Pielgrzymowałem przez Polskę i przez Europę. Szedłem z Fatimy do Asyżu, potem z Polski przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię na Wyspę Utoya, modląc się za ofiary Andresa Brevika i za jego nawrócenie. Potem była pielgrzymka z Polski do Moskwy i z powrotem, a w tym roku wędrujemy do Brukseli. Ja wyruszę z Monte Cassino, Grzegorz idzie z Głogowca, a Roman z irlandzkiego Knock. Modlimy się o Europę cywilizacji miłości. Św. Benedykcie módl się za nami!
niedziela, 23 czerwca 2013
Pielgrzymka Pojednania - mapa aktualizowana w czasie rzeczywistym
Aktualizowaną na bieżąco mapę obecnej Pielgrzymki znajdą Państwo pod adresem:
http://pielgrzymka-pojednania.blogspot.com/
Serdecznie zapraszamy!
poniedziałek, 6 maja 2013
Jan Paweł II - pielgrzymka dziękczynno-intencyjna.
Sam nie wiem. Może to już faktycznie
wiek po prostu. Choć obawiam się, że zaraz zostanę zakrzyczany,
że to pospolite lenistwo. A jest tak, że jak się idzie, to się
idzie i już. Nie ma problemów ze wstawaniem, ociągania się,
potrzebą autodopingu do wykonania koniecznych czynności. Po
powrocie do domu to się zmienia...
Po pielgrzymce „Krukowskiej”
dotarliśmy do Szczecina 29-go kwietnia wieczorem. Rano Roman miał
spokojne połączenie z Poznaniem. Pojechał. A ja miałem cały
niemal dzień na przygotowanie pielgrzymki 1-majowej. Cacy! Sama
pielgrzymka też cacy. Tylko czemu dopiero dziś, 6-go, ją opisuję.
Sam nie wiem. Może to już faktycznie wiek po prostu...
1-majowa pielgrzymka
dziękczynno-intencyjna za pontyfikat Jana Pawła II i o jego
kanonizację okazuje się, rozlała się szerokim kręgiem pośród
chrześcijan. Do nas, pielgrzymów miłosierdzia, idea dotarła przez
siostrę Asumptę. Podjęliśmy, oczywiście! Uruchomiłem nawet
Dominika, choć braciszkowi dzień doczesny gros czasu zabiera. Tak
więc „samotrzeć” w drogę się wybieraliśmy, choć każdy
gdzie indziej. Ja na ten przykład pomyślałem o Myśliborzu. I
pierwotnie pieszko iść chciałem. Około 70km. Dałoby się.
Problemem byłoby to, że aby dojść na sensowną godzinę, np. na
Godzinę Miłosierdzia, to musiałbym iść nocą. Tymczasem droga,
którą nigdy wcześniej nie szedłem, wiodła też przez lasy.
Trudno coś takiego zrealizować. No to komandosem nie jestem! Ale na
rowerku... tak, to było wykonalne. Rower trzeba było naprawiać. Po
jesiennej kraksie. Zakleiłem przebitą dętkę. Powyprostowywałem
pogięty bagażnik. Poczyściłem. Lekka konserwacja też została
dokonana. Czyta się szybko – naprawy dokonuje dłuuuuugooooo.
Około północy zauważyłem, że powietrze z łatanej dętki
uchodzi! Zapasowej było brak. Cóż, ponowne klejenie! I żadnej
gwarancji, że rano powietrze będzie w kole. A bez powietrza raczej
trudno jechać. Cała wyprawa stanęła pod pewnym znakiem zapytania.
Spać poszedłem około pierwszej. Chrrrrry! Śśśśśśśś! 6.3o.
Ciężko się wstaje. Godzinę później siadam na rower. Na początek
przez pół miasta. Na rogatkach okazuje się, że internetowa i ta w
telefonie mapa, wyznaczyły mi drogę przez Puszczę Bukową. Miejsce
urokliwe, ale krosowe dla mojego rowerka. Bruk i koleiny. Zaczęło
się więc fajnie. To pierwszy w sezonie kontakt z siodełkiem. Jak
ta „delikatna materia” wytrzyma te wszystkie wstrząsy? Trzeba
jechać. Drogi boczne wolne są od samochodów i panoramę piękną
oferują, ale bruk jednak jakby troszkę przywoływał do prozy.
Wyobraźnia starała się mnie przestraszyć wizją, co to będzie w
drodze powrotnej.
Jadę. I kontempluję. Jest pięknie.
Jak to na pielgrzymce. I te niespodzianki...
Na przykład tam, gdzie mapa wskazuje
drogę gminną, dziś jest ogromne, zaorane pole. I już! Rezon
straciłem na krótko.
Przedarłem się. I nawet - po żwirówce
- trafiłem na regionalną, międzygminną ścieżkę rowerową.
Zachód, normalnie! Tak to można jechać. Na półmetku jednak
awaria. I na asfalcie wróg czyha. Akurat dojechałem do Bani, gdy
zauważyłem, że ponownie trzeba kleić.
W tym miejscu konkretnie już chciałem
być w klasztorze na 15.oo. Oj, sprężałem się! To odbijało się
oczywiście na wytrzymałości organizmu. I kondycyjnych jego
ograniczeń przeskoczyć nie mogłem, i „miękkości” pewnych
jego części również. Do Myśliborza wjeżdżałem gdy mój budzik
w zegarku wydzwaniał 14.59. To bolało! Ile wcześniej i w tej
chwili myśli przebiegło przez głowę! Ile pytań! DLACZEGO?!? Tak
chciałem zdążyć. Ale równolegle było i poddanie się. Jako nie
mojej woli. Nie ma przypadków. Więc tak miało być. W jakimś
celu. I nie koniecznie też ja musiałem jasno to wiedzieć.
Najwidoczniej po prostu miałem się poddać. Trudno wyłączyć
rozczarowanie. Ale cichość wobec „wyższej woli” świeciła
jaśniej. Do kaplicy klasztoru Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego wszedłem w czasie
drugiej dziesiątki Koronki. Przyłączyłem się z marszu.
Po to jechałem. Ale w ławce wytrzymać ciężko było. Łapały mnie skurcze w nogi. Przy gwałtownym wysiłku tak bywa. Za to
miła niespodzianka tuż po modlitwie. Siostra dyżurująca tego dnia
w kuchni zaprosiła mnie i poczęstowała obiadem. Dyskutowanie z mojej strony nie miałoby sensu. Na obiad i tyle. Później chwila rozmowy. Bywałem wcześniej w
Myśliborzu. Raz na rekolekcjach, raz na kursie Emaus. Dwa razy
doszedłem z pielgrzymką z Rokitna. Kilka razy byłem indywidualnie.
A potem już droga powrotna. Nie kombinowałem mimo tych kilku
rozczarowań. Owe zaorane pola postanowiłem objechać po prostu. Przy objeździe – jak się okazało - też nie istniała droga widoczna na mapie w
telefonie. Ale byłem zbyt zadowolony z jednej strony i zmęczony z drugiej, aby marudzić.
Końcówkę jechałem już po zmroku.
Przez las w sporej części. Dobrze, że w większości było z
górki. Bo pod górkę prowadziłem rower już pieszo. Tak byłem
zmęczony, po tych w przybliżeniu 150km. Z przedmieścia pojechałem
już komunikacją miejską, by w domu usiąść około 23.oo. Tak
wyglądała pielgrzymka za i dla Jana Pawła II. Bogu niech będą
dzięki!
Wojtek
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

