niedziela, 9 grudnia 2012

Eh, te Miłosierdzie...

Nie ma przypadków, czy tylko ten świat jest taki malutki po prostu? W niedzielę 2-go grudnia , po mszy, pewien ksiądz rekolekcjonista zaczął mówić o Miłosierdziu Bożym. No jak do mnie! Lada moment spotkamy się w gronie pielgrzymów miłosierdzia, a tu, proszę, rzecz o miłosierdziu właśnie. I to nietuzinkowo. Cała kwintesencja. Miłosierdzie, Fatima, Jan Paweł II. I cudy z tym związane. Kapłanem tym był Ksiądz Witold Pietrasiuk, pallotyn posługujący w Chorwacji. Prawda, że wszystko jak dla mnie?! Jestem pielgrzymem miłosierdzia. To z Fatimy wyruszałem rok temu w pielgrzymkę do Asyżu. W tym roku pielgrzymowałem przez Chorwację i spotkałem się tam z serdeczną gościną. Chorwaccy katolicy udzielili mi i Maćkowi (współpielgrzym: szukamyjezusa.pl) noclegu i wsparcia. Poczułem, gdy Ksiądz Witold mówił, że tak Bóg przemawia do swoich dzieci, które uszy mają zatkane jak moje. Zaczekałem na Księdza Witolda. Porozmawialiśmy. Wręczyłem mu mój pielgrzymi krzyż tau, z którym szedłem do Trondheim i jechałem do Manopello. Na co dzień go nie nosiłem, a tym razem akurat ubrałem(!). Ksiądz Protestował. Miałem jednak głębokie przekonanie, że tak ma być. Nie przywiązywać się do przedmiotów. Roman to ćwiczy, a ja podjąłem za nim. U mnie tałka pozostałaby już tylko jako pamiątka. A tam, w Chorwacji, Bóg jeden wie, co przez nią zechce zdziałać. W drugą stronę nabyłem książkę z płytą CD, kwestarski dar, oferowany przez panią z Chorwacji. Temat książki, jak wspomniałem powyżej, zapowiada się wręcz jak lektura obowiązkowa. Całą Ludzką Rodzinę Tobie, Matko Zawierzamy. To tytuł książki. A na płycie Akatyst. Cudowne wykonanie! Często będę słuchał. I zachęcam do znalezienia i wysłuchania. Zapewne w sieci są wykonania Akatystu. Ten mój spiewa Schola WŚSD z Katowic. I płytę, i książkę o Miłosierdziu Bożym zaprezentuję braci pielgrzymów miłosierdzia za kilka dni w Warszawie. Bardzo się na to cieszę.

piątek, 3 sierpnia 2012

Droga na Utoyę

Noclegi w starej rozpadającej się szopie, w betonowym garażu i na werandzie mijanego letniego domku. Czyli komandosi pełną gębą. Bo idę teraz z Romanem. Szybkość bardzo spadła. Zaczęła się pielgrzymka! Bo góry. Jest jazda. O opowiadaniach nie ma mowy. Po prostu nie mam siły i możliwości. Szkoda, bo się dzieje. Pozdrowienia!

sobota, 28 lipca 2012

Wojtek dotarł do Trondheim

Wczoraj, po przejściu pieszo około 2000 kilometrów, Wojtek dotarł do norweskiego miasta Trondheim. Więcej informacji umieścimy wkrótce!

poniedziałek, 23 lipca 2012

Dziennik 22.07.12

22.07.12
Pospałbym jeszcze, oj, pospał. No, ale bardzo chcę być w Røros przed 16. To tylko 35km. stąd, więc całkiem realne. W drodze nic niezwykłego. Ot, podziwianie natury w ciszy. Czyli normalnie. Z tej natury jeden element jest jednak bardzo irytujący. Muchy. Gdy przechodzę przez las, to mam całą ich kompanię za sobą. I co czas jakiś próbuje któraś zrobić sobie ze mnie darmowy środek transportu. Często to się źle kończy dla takiej gapowiczki. Zdarzało mi się przenieść dżdżownicę z jezdni, ale dla much, komarów i meszek nie mam litości. W Szwecji jeszcze, miałem napisać o dwóch rodzajach cierpienia. Pierwszy, gdy muszę mijać słodziutkie poziomki. I drugi, gdy muszyska są natrętne nie do zniesienia. To taki paradoks, że skrajnie różne przyczyny, wywołują podobną emocję. A dziś przeszedłem swoją drogę i tyle mogę o niej powiedzieć. Nie dane mi było znaleźć się w świątyni, gdy wierni wielbią Imię Pańskie. Msza była o 12.3o. Ja doszedłem na rogatki pół godziny po 14.. Za to zaordynowałem sobie totalny wywczas. Na kempingu wziąłem pokoik! Szaleństwo. Ciągle mży, a ja tak pragnąłem wygody. Ot, pielgrzym, co?! Usprawiedliwia mnie to, że stary już jestem, czyli zmęczenie materiału. Za to duża ilość czasu i dostęp do Wi-Fi pozwoliły pouzupełniać zaległości wysyłkowe. No i jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Dziś pierwsza rocznica tragedii na Utoi. Trochę czasu spędziłem przed TV pośród Norwegów. Nawet dzieci zachowywały powagę. I chyba cały dzień na tym programie poświęcony był uczczeniu we wspólnocie tamtej tragedii. Tak, dobrze, że dzień dojścia na Utoję pielgrzymki Idzie Człowiek, wypada 11.

niedziela, 22 lipca 2012

Dziennik od 21.07 do 19.07


21.07.12
Co mnie obudziło? Oczywiście zimno, ale bardziej moją uwagę zwróciło słońce, rozświetlające cały namiot, jeszcze promienniej niż wieczorem. Całą noc nie padało! Tu faktycznie wykrzyknik się należy, bo już zapomniałem, kiedy taka noc była. W Drevsjø, 19., na deszcz patrzyłem przez okno, bo nocowałem w prywatnym domu wynajmującym pokoje. Zaskoczyła mnie cena na tablicy przed domem. 200 koron w przeliczeniu na polskie warunki to nie mało, ale w Norwegii i owszem - mało. Po dwóch nocach w polu tak pragnąłem prysznica... No i stały argument, czyli ładowanie baterii telefonu. A całkiem ekstra wyłapałem darmowe Wi-Fi, o urywającym się sygnale, ale cośtam przesłać do Grześka i Jarka mi się udało. Wracam do dziś. Słońce. Od rana. I tak się potoczył cały dzień. Jako jasność. Nie zrywałem się. Poleżałem. Poprzewracałem się z boku na bok. Daaawno tak nie było. Tym bardziej w namiocie. Drogę rozpocząłem około 9.oo. To już w ogóle fanaberia. I jeszcze ten jasny świat. Piękny. Już nie tylko wzgórza, lecz góry w oddali. Las. Cisza. Aż nie chciało się tego spokoju burzyć, nawet modlitwą. Gdy jednak zacząłem się modlić... Nie potrafię przekazać owego stanu ducha. Nie często to się zdarza. A może pierwszy raz mi się przydarzyło w tej pielgrzymce... Byłem duchem naprawdę w innej rzeczywistości. I nie chodzi o wzruszenia towarzyszące wznoszeniu się ku niebiosom. Świadomość wolności przez wiarę, zaufanie... nie, no nie ma właściwych określeń. Myślę, że najwięcej powiem, mówiąc: przez chwil kilka byłem człowiekiem wierzącym w Boga nie umysłem, lecz całym jestestwem. Amen! Zrobiłem dziś 40km., bo jutro niedziela i chcę dotrzeć do Røros, większego miasta. Nawet jeśli nie ma tam kościoła katolickiego, to może uda mi się trafić na „mszę” ewangelicką. Dzień kończy się ciekawie. Kemping przed miejscowością Narbuvoll. Tylko że bez recepcji. Ot, pole namiotowe przy plaży przy jeziorze. I nikogo poza mną. Budka normalnie służąca za kuchenkę będzie tej nocy moim domkiem kempingowym. Mam jednak poważny dylemat. Przeczytałem, że za nocleg powinienem wrzucić 40 koron do skrzyneczki, a ja mam całą stówkę. Ktoś o to wszystko dba. Kuchenka, toalety, trawa skoszona, ławy do posiłków. I nawet łódka do dyspozycji (nikt nie pilnuje!). No trzeba zapłacić. Inaczej czułbym się jak złodziej. Tylko jak to zrobić?


19-20.07.12
Nawet Grześ mi zwrócił uwagę, że powinienem coś napisać. Swoją drogą ciekawe, czy w ogóle ktoś to czyta? No ale coś napiszę. Trzeci już nocleg w Norwegii. Pierwszy normalny. Wysyłam Jarkowi i Grześkowi też filmiki i notatki głosowe, ale nie miałem okazji sprawdzić, czy są na naszej stronie (przyp. G i J - niestety, filmiki nie dotarły z powodu zbyt dużego rozmiaru). Chłopaki absolutnie grzecznościowo wrzucają na stronkę materiał przesłany przeze mnie, więc wdzięczny jestem za wszystko, co się tam ukaże. Tym bardziej że wiem, że choćby ze zdjęciami były jakieś problemy. A na filmikach widać to, jak sypiam na przykład. No i inne ciekawostki. Nie zawsze pamiętam, aby zrobić fotę, choć ciekawe tematy się trafiają. W Trysil aż dwa wypchane niedźwiedzie widziałem i z żadnym nie pstryknąłem sobie foty. Błąd! Zresztą przesympatyczna pani z biura obsługi turystów nastraszyła mnie - nie zaprzeczając, że niedźwiedzi nie ma w tej okolicy. Z jej gestykulacji wynikało, że może się przydarzyć takie spotkanie. A ja te dwie pierwsze noce spałem w lesie! Pierwszą w budce wędkarskiej, a drugą na przystanku autobusowym. Dziś natomiast, tuż przed Drevsjø, na drogę wybiegły dwa karibu. Ot, tak sobie, z lasu, między auta. I myślicie, że się mnie bały? Ba! Jedno obróciło się i nawet trochę podbiegło w moją stronę. A gdyby to był misiek... A w nocy śpię skrępowany śpiworem... Dobrze. Wystarczy. Miśków nie ma w tej części Norwegii. Jeśli, to dalej na północy. Za to są Polacy. Pracują i tu. Dwa razy z takimi się spotkałem. Lub przejeżdżają, bo mijały mnie auta z naszą rejestracją. To jednak nic przy Holendrach. Tych to wszędzie pełno. W Szwecji kupują domy, bo dużo ich do sprzedania. W Norwegii też codziennie mijają mnie na drodze, jadąc w obie strony. Poza tym wiadomo, Niemcy. W Norwegi też mnie pozdrawiają na drodze. Nawet kierowca tutejszego autobusu rejsowego. A dziś, 20., całą drogę moczył mnie siąpiący deszcz. Przestał łaskawie na czas posiłku. Szczęśliwie w jedynym miejscu na trasie, gdzie były stoły z ławkami. A tak, to cały czas marsz. No bo nie ma gdzie usiąść. Droga nie jest przewidziana na piechurów. Nie wiedzieli, że oto tędy właśnie będę pielgrzymował! A ja, idąc z wózkiem, omijam szlak Olafa biegnący przez góry. Idę dłuższą drogą, ale to nie problem. Problem jest odwrotny. Idę za szybko. Dziś wyliczyłem, że na wymiar to po niecałe 30km. dziennie powinienem iść. No ale jak to zrobić? Jak pada - to idę. Dziś, z tą jedną przerwą, przeszedłem 38km. Ciężki to był dzień. Nastrój miałem przeciwny temu, jaki winien grać w piersi pielgrzyma. Tylko użalanie i roszczenia. Klasyka! Coś nie po mojemu, to pretensje do Boga. A tymczasem przestało padać i do wieczora bylem suchy! Mało tego. Niebo się rozpogodziło. Przed samym Sømådalen stał kościół. Drewniany oczywiście. I domek, jako dom spotkań zapewne. Skryć się przed ewentualnym nocnym deszczem, to nie miałem gdzie. Wszystko było zamknięte i żadnego dachu, ale był na zewnątrz kontakt z prądem! I to był argument, aby przy kościele spędzić noc. Łyknąłem na noc pigułkę, a wcześniej sporo kropel Amola na cukrze. Czułem się podziębiony. Gdy usypiałem jednak, po zimnym, pochmurnym i słotnym dniu, słonko ogrzewało ścianę namiotu.

środa, 11 lipca 2012

Dziennik 10.07.2012 - 30.06.2012

10.07.2012
Cofnę się jednak do 8-go, do dnia wyjścia z Vadsteny. Wiele nie przeszedłem, ale skoro rozpocząłem drogę w południe, no to te 30km. i tak jest zadowalające. Doszedłem do wioseczki lub nawet czegoś mniejszego. Zauważyłem otwartą stajnię. Pytam człowieka, krzątającego się nieco wcześniej przy domku, czy mogę tam przenocować. Okazało to się jego własnością. Obawiał się. Obejrzał paszport, ulotkę, paszport pielgrzyma. W końcu jednak się zgodził. Zapytał tylko, czy palę. Chyba nie interesował się zbytnio kwestiami wiary, ale później już się rozkręcił i chętnie oprowadzał po stajni. Spałem na stryszku, na słomie, nad pustymi boksami. W nocy była rozmowa z programem czwartym Polskiego Radia. I kontakt z Romanem w studio. Po przespanej nocy droga do Askersund. Poziomki rosnące wzdłuż niemal całej drogi, próbowały mnie zatrzymać. Ze trzy razy im się udało. Co więcej, to choć ciężko było, nie dałem się. Był też dzień śpiewu. Często śpiewam, ale tego dnia... Mam parę ulubionych tekstów. I niesamowicie modliło mi się nimi. Jeszcze to przerobię. W Askersund, w biurze turystycznym, przesympatyczny i uczynny chłopak, znający kilka polskich słów, skierował mnie na kemping. Obawiałem się tego. Chmury źle wróżyły. No, troszkę poprzemawiałem do Opatrzności, ludzkimi argumentami się podpierając, ale to wystarczyło. Nie padało całą noc. Wstałem tuż po 5. Już sobie wyobrażałem, ile to kilometrów dziś zrobię. I nadrobię, bo wczoraj nie poszedłem dalej, za miasto, mimo że miałem ledwie 45km. na liczniku. Tymczasem... Tak pięknie byłem zwinięty! Tylko zaparzyć kawę, a potem się iść golić. Tylko gdzie ja mam klucz magnetyczny do wszystkich drzwi? Szukam. Szukam. Wreszcie zerkam do kuchni, bo tam zostawiłem na noc wózek. I jest! Znalazłem. Leżał sobie na stole. Zamknięty w tej kuchni! Co za typek ze mnie! Wstawiając wózek, klucz położyłem na stole i nie wziąłem, wychodząc. I teraz totalny impas. Wszyscy dookoła śpią. A ja uziemiony. Wyobraźcie sobie, jak się we mnie kotłowało. Tak chciałem wcześnie iść! Musiałem pokornie czekać. To była próba! Po półtora godzinnym oczekiwaniu otworzył mi pan porządkujący. To był pierwszy sygnał tego dnia, że nie muszę tak gnać. Bo ostatecznie jako taki znak to odczytuję. Później wstąpiłem do kościoła ewangelickiego po pieczątkę. Na marginesie przepięknego, drewnianego kościoła. I co? I trafiam na sam początek mszy. Usiadłem i cierpliwie czekałem. Bardzo mi się podobały śpiewy. Bardzo dobrze grał na pianinie młody muzyk. Dostałem zaproszenie na kawę, ale tę niewiele wcześniej piłem. Poczucie straconego czasu grało gdzieś we mnie. Nie bardzo umiałem się z tym pogodzić. Kwintesencja to końcówka dnia. Na wlocie do miasteczka Svartå stały opuszczone domy. Mogłem się w nich zainstalować. Były przecież darem z nieba. Tyle razy prosiłem o taki nocleg. Stały jak zaproszenie. Popatrzyłem w telefon - 42km. Rozterka. Tak mało... No, ale takie noclegowisko... Nie przyjąłem daru. Poszedłem dalej. A kilometr dalej zaczęło padać. Na początek. Bo gdy wszedłem do miasta, to po prostu lało. Takiego deszczu jeszcze nie przerabiałem. Byłem kompletnie przemoczony. I tak człapałem, nie wiedząc co w tej sytuacji zrobić. Mówiłem tylko: dobrze, Panie Boże, przepraszam za upór i nieodczytywanie Twojej woli. No i ulitował się Bóg. Wpierw skinieniem zaprosił mnie na ganek swojego domu Fin, mieszkający tutaj, a potem zaprowadził do Polaków. Sławek z kolegą pracują w Szwecji od kilku lat. Początkowo, na moją prośbę, pozwolił mi rozlokować się na noc w pustawej przydomowej szopce narzędziowej. Poszedłem więc po wózek, bo został na werandzie. A żeby było wesoło, to uczynny fin wcisnął mi jeszcze 100 koron! Czyli zaprosił pod dach, w deszczu zaprowadził do Polaków, a potem jeszcze obdarował groszem. Sławek też mnie zaskoczył. Szopka była dla mnie pałacem. Ale on przyszedł i powiedział, że właściwie to mogę nocować w sąsiednim, remontowanym mieszkaniu. Teraz to już nie rozumiałem opatrzności. Tak się zmienia nastrój i rzeczywistość. Noc w łóżku. Dzisiaj nie galopuję. Zrobiłem do 13.00 dwadzieścia-parę km. A teraz cierpliwie to wszystko opisuję, bo mam darmowe wi-fi, aby wysłać do Grześka, aby wrzucił na stronę, żeby się z Wami podzielić. Zaraz, zaraz! Już prawie 16.oo... A ja mam zaledwie 20km..? Jeju! W drogę!


30.06.2012
Rzeczywiście, parę dni na raz. Tyle się działo i tylko byłem zbyt zmęczony, by zapisać. To, co pamiętam, przywołuję. Fenomenalnie przydały się spodenki kupione w Horsens. Zasłoniły mi łydki dotkliwie poparzone przez słońce. A Arek się z nich śmiał! Bo słońce zdarza się na trasie. Zdarza też się zmoknąć. Drugi raz przemokłem w drodze do Frederikshavn. Poul czekał za to na mnie ze śniadaniem. Do wspólnej drogi nie doszło, ale pojedliśmy razem i razem przywitaliśmy księdza Mikołaja. Wysiadając z auta, zobaczył polską flagę przy moim wózku i pierwszy przywitał nas, mówiąc "szczęść Boże!". Porozmawialiśmy, podbił mi paszport, a potem przypomniał modlitwę doskonałą z książki "Pielgrzym". Z pokoju gościnnego nie skorzystałem. Za mało czasu było na spanie. I tak zaniedbałem nieco Poula. Ostatecznie, w jednej ławce, doczekaliśmy się mszy. Poul, ewangelik, rozumiał liturgię, bo była po duńsku. Ja, katolik, musiałem podpierać się "Oremusem". Co ciekawe, na mszy najwięcej było Cejlończyków z pochodzenia. A po uczcie sakramentalnej trzeba było zadbać o bilet na prom do Geteborga. I tu nasz duński przyjaciel okazł się być mężem opatrznościowym. Prowadził cały dialog przy kasie, a gdy okazało się, że przez internet bilet jest o połowę tańszy, zabrał mnie do swojego przyjaciela i tam dokonał transakcji. Oczywiście w duńskim, więc ja sam nie miałbym szans. Więcej! Poul wyłożył bez wahania należność, gdy z mojej karty nie chciało pobrać. Przyjaciel Poula opiekuje się kościołem ewangelickim w Frederikshavn. Pojechaliśmy tam zrobić kilka zdjęć. Wcześniej myślałem, że będziemy na mszy. Ale Polowi bardzo zależało na samej, wspólnej obecności w jego świątyni. Poprosili mnie też, abym odmówił modlitwę. Pomodliłem się na głos Modlitwą Pańska, a moi przyjaciele uczestniczyli w niej w skupieniu. Byli bardzo przejęci. Aż się dziwiłem. Tak jak wtedy, gdy Poul napisał mi, że w Hals, przy kościele, czeka na mnie "prist". Kościół był ewangelicki. Nikogo tam nie było, więc poszedłem do domu pastora. Pytam spotkanego na ogródku mężczyznę, a on mi, że pastor to jego żona. Pierwszy raz rozmawiałem z "proboszczem" kobietą. Sofii (fonetycznie) odniosła się bardzo radośnie i poprosiła o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć. Zastanawiam się, do czego te wszystkie zdjęcia? Choć... faktycznie, to ja robię błąd, tak mało fotografując ludzi na drodze pielgrzymki. Dobrze, że Poul przesłał swoje foty Romanowi. W tym też te z cypla duńskiego, przy którym Bałtyk spotyka się z Morzem Północnym. Poul bardzo się starał, aby czas do promu do Szwecji jak najbardziej mi uatrakcyjnić. W końcu jednak trzeba było się rozstać. Przysnąłem sobie w pustej poczekalni, bo prom miałem o 3.45, a potem jeszcze z połowę trzech godzin rejsu. W Geteborgu, po tradycyjnym śródmiejskim błądzeniu, dotarłem do cioci. Spędziłem z nią cały dzień. Zaprowadziła mnie do Polskiej Misji Katolickiej, gdzie podbiłem pielgrzymi paszport, ale nie poprosiłem o wykaz kościołów katolickich w Szwecji. To by było duże ułatwienie w dalszej drodze. Następnego dnia wyruszyłem bez wykazu, ale za to z niezwykłym animuszem. Dużo energi dodała mi ta wizyta i spotkanie po latach. Szkoda jednak, że tej energii pokaźną dozę straciłem na błądzenie po pewnym parku, biegnącym wzdłuż drogi nr 40. Owa 40. stała się moim koszmarem. Otóż na mapie zaznaczona jest jako droga krajowa, czyli taka, po której wolno mi się poruszać. W rzeczywistości zautostradziła się, a to mnie kompletnie wybiło z rytmu. Strach blady padł na mnie. Nawigacja w moim telefonie pokazywała drogi zastępcze tak pokręcone, że nie do ogarnięcia. Wydłużające okropnie całą drogę, a na dodatek w wielu miejscach nie było widać połączeń między nimi. Tak mnie zaskoczyła Szwecja. Nie miałem nic do stracenia i szedłem przez ten park, bo alejka początkowo biegła blisko 40. Długo to nie twrało. Potem była tylko niepewność. I natrętna myśl, czy poruszając się takimi obejściami, mam jakąkolwiek szansę zdążyć do Trondheim na 29 lipca, na święto Olafa. Opatrzność jednak prowadzi. Po swojemu! Wyszedłem na lokalną drogę, gdzie po kilku kilometrach zatrzymało się przy mnie autko typu osobowo-dostawcze. Po polsku kto ja, co ja? Ano tak i siak. Po chwili propozycja nie do odrzucenia. Przewiozą mnie przez odcinek autostrady, na którym kończy się moja droga. Tak na nową pułapkę odpowiedziała opatrzność! W drodze było jeszcze lepiej. Dostałem zaproszenie na rosół! Godzinę wcześniej głowa pełna katastroficznych myśli i niemal rezygnacji, a teraz coś tak mało realnego tutaj, jak polski rosół. Jolanta, niesamowicie zażywna osoba, mieszka w Szwecji od prawie 40 lat. Jechała z pasierbem wywieść rzeczy nie potrzebne w domu i widząc piechura z polską flagą, zagadnęli. Pogadaliśmy. Przyjęli medaliki z Niepokalanowa, bo są wierzącymi Polakami. Potem pokazali mi drogę lokalną, która ma mnie zawieść do Boros, dużego miasta na mojej nieszczęśliwej 40-ce. Cdn?

Dziennik - 29.06.2012 - 25.06.2012



29.06.2012
Budzik nastawiłem na 6.30. Obudziłem się oczywiście wcześniej. I dobrze. W nocy nie padało. Za to w chwilę po przebudzeniu zaczęło wstępnie kropić. Ewakuacja była błyskawiczna. Zdążyłem. Gdy lało jak z konewki, ja spokojnie popijałem kawę i zwijałem sprzęt pod daszkiem. Opuścić kemping mogłem i tak o 8.00, bo o tej godzinie umówiłem się z gospodarzem. Wieczorem już go nie było, więc płaciłem z rana. I tak jak późno się ten dzień zaczął, tak też się i wlókł. Sporo czasu umknęło, abym mógł się wreszcie spotkać z Poulem. Trochę mnie szukał. Koordynacja prowadzona była z Polski, przez Romana. Za to, gdy już się zeszliśmy, to mogłem zasiąść do śniadania przywiezionego przez Poula. Piknik w dworcowej poczekalni! Tam były ławki. Nie za dużo, ale wymieniliśmy podstawowe informacje. Poul dołączy do mnie na fragment trasy. I chyba będzie to jutro. Zobaczymy. Później najnormalniej usypiałem na trasie. Nie jeden kierowca brał mnie pewnie za pijanego. Aż pszyszedł moment, że rozłożyłem kurtkę i zdrzemnąłem się. Jak się okazało, kilkaset metrów od nadmorskiego kurorciku. Bo szedłem w stronę wybrzeża. Ujrzałem więc dziś cieśninę duńską. Teraz już do końca Dani będę szedł wybrzeżem. Byleby żwawiej niż dziś. Ożywiła mnie i to bardzo wieść od syna. Rok kończy ze średnią 4,43. To bardzo dobra średnia. Oj, łechce to bardzo moją ojcowską dumę. Do każdej dziesiątki Różańca dokładam jedno Pozdrowienie Anielskie właśnie za niego. Tyle mogę. I chcę. Mimo śniętego dnia i bolących, jakby bardziej, nóg, normę przeszedłem. Leżę w namiocie i słucham, jak deszcz bębni o tropik. Namiot jest dobry. Dziękuję ci Lucynko zań bardzo, bardzo! Tylko jak ja go jutro zwinę?


28.06.2012
Wczoraj szło się świetnie, no to dzś nie szło iść. To tak dla urozmaicenia widać. Pogoda fajna, a ciśnienia brak. Wciąż bym tylko stawał i odpoczywał. Ale człapałem. Akcent dnia to zatrzymujące się auto, gość około czterdziestki, wręcza mi buteleczkę koli. Ot, tak! Czy normalnie ludzie zatrzymują się, aby coś komuś wręczyć? Co nim powodowało? Każdy niech sam szuka odpowiedzi. Teraz jeszcze Poul. Duńczyk, poznany przez Romana w Asyżu. Seria SMS-ów, a nawet jeden telefon do mnie. Tylko że ja... Za tłumacza trzeba było Romana. A Poul chce dołączyć do mnie, choćby na pół dnia. Ma to nastąpić jutro. No to do zobaczenia Poul! Tymczasem robię coś, czego bardzo nie lubię robić. Sam dodaję sobie kilometry. Muszę się jednak dziś wykąpać. Po dwóch dniach intensywnej drogi i noclegu w dziennych ciuchach... Obieram więc kurs na Mariager, choć to oznacza +8 km., jak obliczyłem. Ale za to nazwa miasteczka bardzo mi się podoba.

27.06.2012
Wstaję pierwszy. Muszę prócz brody ogolić i głowę. No i koniecznie wypić kawę. Pożegnanie męskie. Strzała, uścisk i basta. Na powtórne odwiedziny zaproszenie dostałem już pierwszego dnia i wczoraj. Arek do pracy, a ja w drogę. Od rana świetna pogoda. Nie idę, lecz mnie niesie. W Skanderborgu podchodzi do mnie człowiek i mówi coś po angielsku. Wyłapałem, że chodzi o Włochy z ubiegłego roku. Potwierdzam - tak, byłem. Okazuje się, że spotkaliśmy się na szlaku do Rzymu. I pierwszy raz byłem zażenowany swoją ignorancją lingwistyczną. Człowiek mi mówi co, gdzie i jak, a mi obwody się przepalają od intensywności próby zrozumienia. Powoli jednak zacząłem sobie przypominać. Poprosiłem o wpisanie imienia, abym mógł spotkanie opisać. I oto osobista notatka brata-pielgrzyma: "Peter pellegrino danese Balsena". Balsena to miasto, w którym nocowaliśmy w jednym alberge. Stwierdziłem, że mały ten świat. Peter przytaknął oczywiście. Głupio mi było, że nie potrafię swobodnie pogadać, więc pożegnaliśmy się i poszedłem dalej. Gdy ochłonąłem, uderzyłem się w czoło: czemu nie dałem Peterowi tałki?! Ależ matołek ze mnie! Choć tak mogłem odpowiedzieć na tą radość, z jaką Peter mnie witał. No to też pielgrzym przecież. Przepraszam, Peter! Trudno. Trzeba iść dalej. Tylko jak długo można iść? Jak nie ma kempingu po drodze, to naprawdę długo. W końcu ma się dość i desperackie pomysły przychodzą do głowy. Zacząłem się rozglądać za takim lasem, w którym mógłbym się ukryć. A dokładnie to namiot, bo te w Dani można rozbijać wyłącznie na polach namiotowych. Przy pewnym zjeździe do lasu wydało mi się, że coś prześwituje przez drzewa. Liczyłem na jakąś opuszczoną leśną szopę. I prawie trafiłem. Trafiłem na zaplecze gospodarcze bodajże robotników leśnych. Barakowóz, mimo że chyba był otwarty, zostawiłem w spokoju. Spanie rozłożyłem na ławie, przy której spożywano posiłki. Całość osłonięta była foliowym namiotem, więc nic więcej nie potrzebowałem. Jedynym problemem, były muszki i komary. Uratował mnie mój kapelusz. Ma on w bocznych ściankach zamontowane wywietrzniki, czyli metalowe kółeczka z bardzo drobną siateczką. Oddychać można było przez to swobodnie. Kapelusz na twarz, boki ściągnięte kapturem śpiwora, i dobranoc. I ani jednego ukąszenia!


26.06.2012
Dzień pracy. Nie na trasie, ale jednak dla pielgrzymki. Wreszcie miałem dostęp do internetu. I nawet osobiście uzupełniłem dziennik pielgrzyma. Z tym, że Grzesiu, spec i mój dobroczyńca od tych tematów, i tak musiał robić poprawki. Posprawdzałem za to wszystko, co do sprawdzenia w sieci miałem. Arek oprowadził mnie po odpowiednich sklepach. Kupiłem oponki, gaziki, maść na pięty (fenomenalny linomag kończy się), a także krótkie spodenki. Te ostatnie w miejsce tych, które dokończyły żywota na trasie, podobnie jak pierwszy komplet opon. Musiałem też być w dwóch szczególnych miejscach. Pierwsze to wyeksponowane armaty, które zapisały się w historii miasta, a dzisiaj będąc w Horsens, nie można nie mieć przy nich zdjęcia. Drugie miejsce i zdjęcie to zerowy punkt miasta. Nie widziałem nigdzie indziej punktu określającego dokładnie środek miejscowości. Sporo do zrobienia było tego dnia, więc ja się zająłem naprawą kół, dalszymi sprawkami w sieci, a chrześniak obiadem. Do obiadku była bajka. A jak! Szkoda, że Ümyt nie przyszedł na obiad, choć był zaproszony. Przyszedł po pracy, wieczorem. Arek znowu za tłumacza. Ümyt jest muzułmaninem. Siłą rzeczy rozmowy od mojej pielgrzymki zeszły na religie w ogóle. Kontrowersji żadnych. Identycznego widzenia świata dużo. Chrześniakowi, gospodarzowi przyjmującemu po królewsku pielgrzyma, wręczyłem oczywiście tałkę. Nie mogłem nie obdarować nią jego przyjaciela, z którym duchowe porozumienie w wierze w jednego Boga poprostu wisiało w powietrzu. Jednak to Ümyt mnie powalił w tamtej chwili. On też miał dla mnie podarek. Małą kaletkę, zawieszaną na rzemyku na szyi. A w niej... cytat z Koranu z błogosławieństwem Bożym dla wędrowca. Autentycznie zaniemówiłem. To bardzo znaczący symbol osobistego sprzyjania człowieka człowiekowi. Inne wyznanie nie tylko nie przeszkadza w relacjach, lecz na tym przykładzie udowadnia jak żyć wartościami religijnymi w praktyce. Wartościami właściwymi dla obu wyznań zresztą. A potem jeszcze dość długo padały pytania z mojej strony i rozmowy o wierze. Najciekawsze było, to gdy niemal jednocześnie wskazaliśmy na Arka, mówiąc, że cała ta rozmowa w rzeczywistości trwa tylko dla niego. Arek, niestety, nie należy do żyjących w zgodzie z wiarą. Za to i ja dostanę do odpokutowania. Nie jestem najlepszym ojcem chrzestnym. Dziś jednak uczestniczy w katechezie, gdy jego przyjaciel i chrzestny rozmawiali o Bogu. Gdy Ümyt musiał już iść, pożegnaliśmy się serdecznie, padając sobie w ramiona. Cudowny dzień!


25.06.2012
Dzień, który ma być tylko spokojny i przyjemny. Do przejścia 25 km. Bo idę tylko do Horsens. Tam mieszka mój bratanek. To mój chrześniak, Arek. Cieszyłem się na te odwiedziny od dawna. Droga jest po prostu przyjemna. Na rogatkach sms: kiedy będziesz i co potrzebujesz? Będę za niecałą godzinę, potrzebna wanna z gorącą wodą. Ulica okazała się krótka, dotarłem w pół godziny. Serdeczny miś i do domu. A tam kanapa. Nogi na oparcie, poduszka pod głowę. Leż sobie stary i wypoczywaj. Herbatka już się robi. A potem rozmowy i plany na jutro. Na śniadanie jajecznica! Tylko telefon do szefa, o dzień wolny w pracy. Po 16. jestem zaproszony do "chińczyka" na potrawy azjatyckie bez limitu. Smacznie, wreszcie obficie i nastrojowo. Dołączył do nas przyjaciel Arka, Ümyt. Jego tato pochodzi z Turcji. Arek ma do wypełniania mało wdzięczną fuchę tłumacza. Dziś nie za długo. Umawiamy się na jutro, na obiad, który ma przygotować mój chrześniak. Tego dnia nic nie zrobiłem, choć miałem poczynić przynajmniej przygotowania i plany jutrzejszych napraw i zakupów. Gadaliśmy. Obejrzałem też sentymentalny film. To chyba nie grzech na szlaku pielgrzymim?

sobota, 7 lipca 2012

Utworzyliśmy galerię zdjęć

Przed chwilą umieściliśmy galerię zdjęć z aktualnej pielgrzymki Wojciecha. Zapraszamy pod adres: http://www.aforyzmy.internet.v.pl/varia/north/. Wszystkie fotografie pochodzą z czerwca, opóźnienie jest spowodowane małymi problemami technicznymi, jak i utrudnionym dostępem do internetu.

wtorek, 26 czerwca 2012

W deszczu.

24.06.12
Pisane na dunskiej klawiaturze. Zaczne jednak od wczorajszej daty. Tam zakonczenie wygladalo sielsko. Bo bylo sielsko. Jednak... Gdy zostalem sam w przybudowce katechetycznej, to nie zabralem sie za porzadkowanie rzeczy i spraw. Wpierw podszedlem do znajdujacej sie w jednej z sal figury. Bylo to wyobrazenie Matki Bozej, bodajze w wizerunku z Guadalupe. Ukleklem, i kierujac swoje duchowe jestestwo ku niebu, bardzo goraco dziekowalem za tak dobre zakonczenie ciezkiego dnia. Szybko przyszla refleksja w czasie modlitwy, ze gdy przychodzi cudowne wybawienie z klopotow, to tak latwo ulega sie radosnemu uniesieniu. A co by bylo, gdybym musial isc na ten kemping i rozkladac namiot w deszczu? Czy wtedy bylbym w stanie dziekowac Bogu za cale dobro, ktore i tak przeciez posiadalem i ktorym bylem otoczony? A co by bylo, gdybym nie znalazl noclegu z jakichs wymyslnych powodow, gdybym musial dalej maszerowac, jak do Hamburga? Czy wtedy bym byl taki wylewny wobec Boga? Przyszla mi na mysl postac Hioba. Czy ja bym tak potrafil? Potrafilem prosic w tej chwili Pana, abym potrafil. Nie prosilem o trudne proby. Przeciwnie. Zgodzilem sie jednak na wole Boza proszac, abym nigdy nie byl w stanie odwrocic sie od Pana! I cos na ksztalt proby przyszlo. Caly dzien w deszczu! Pierwszy raz. Dzien monotonnej drogi w przemoczonych ciuchach, w chlupiacych butach, na dorzutke z wiatrem czesto wdzierajacym sie za kurtke. O tych butach to pomyslalem, ze moze to i dobrze. Moze sie wreszcie dopasuja do stop. Przeszedlem w nich prawie caly dzisiejszy dystans. A dystans ten wyniosl... 51 km! Nie z przerostu ambicji to wyniklo. Marzylem o koncu jeszcze przed 40-ka, ale nie bylo miejsca do spania na mojej drodze! Bylo mi zimno. A tymczasem sytuacja zmusila mnie, abym doszedl do Vejle, bo dopiero tam moglem szykac noclegu. Ostatnie 4 km. pokonywalem juz w laczkach, bo w butach wloklem sie niemilosiernie. A bylo po 20.oo. Za to przypomnialem sobie, ze w Vejle jest kosciol katolicki. Ksiadz Jan z Haderslev dal mi broszurke z wykazem wszystkich kosciolow katolickich w Dani. Zastukalem wiec do drzwi plebani w Vejle. Otworzyl czlowiek z kwadratowym, drewnianym krzyzykiem na piersi. Nie wiedzialem czy to ksiadz. Jako pierwszy pokazalem paszport pielgrzyma, proszac o stepel. Ale prosba o nocleg chyba zle zablrzmiala. Odnioslem wrazenie, ze na dach nad glowa nie mam co liczyc. Pan poszedl podbic paszport, a ja, bez cienia zlosci czy zalu powiedzialem: no coz Panie Boze, skoro taka twoja wola... Ok, to ide szukac przytuliska. I ta zgoda byla dla mnie samego budujaca. Sytuacja nie byla tak tragiczna, jak to moze tu wygladac. Bylem w miescie w ktorym na pewno bylo sporo miejsc noclegowych. Drogich zapewne, nie na moja pielgrzymia kieszen, ale byly. Nie wiemy jak Niebo reaguje na nasze intencje. Moje mikrofijat moglo tak zadzialac, ze wrocil do mnie z paszportem juz ksiadz. Posluchal tej mojej koridy jezykowej i zaprosil w progi. Pomogl wniesc bagaze, dal pokoj, osobiscie zmienil posciel, zszedl do kotlowni abym rozwiesil wszystkie mokre ciuchy. Chcial pogadac, ale malo bylem w stanie zrozumiec. Zrozumialem, ze z pochodzenia byl Belgiem. Ze w Dani ksieza katoliccy pochodza wlasnie z innych panstw. Ze moj gospodarz jest proboszczem tutaj, ale i na Horsens, do ktorego jutro zamierzalem dojsc. Bardzo bylem zmeczony. Ale znowu szczesliwy. Zmuszony przejsc taki szmat drogi, aby znalezc sie w progach kosciola. Kosciola, w sensie wspolnoty. Mocne doswiadczenie. Te pisanie nie oddaje przezyc. Coz, kazdy ma jednak swoja pielgrzymke, w ktorej i jemu Pan na pewno chce sie pokazac.

Drugie wejście. Osobiste!

17.06.12.
Koszmarnie mi sie idzie. No, cóz? Wczoraj zrobilem szmat drogi, a teraz, bez wypoczynku dla nóg, dalsze ich "eksploatowanie rabunkowe". Bola! Srednia musze miec fatalna. I jeszcze te slimaki. W nocy nie jestem w stanie ich omijac, a wylaza z traw stadami. No i autentycznie zasypiam w marszu. Miescina za miescina. Siapi i zime wiatrzysko. Przydaje sie ubiegloroczna kurtka zalatwiona przez nasza Iwonke, a podarowana przez Arka. Ale usiasc to nie ma jak. Mokro. Koszmar. Nogi bola okropnie. Ratuja przystanki autobusowe, ale nie przy kazdym jest lawka. Przedmiescia Hamburga to polaczone ciagiem miasteczka. Tak mi sie wydaje. Gdy w koncu jetem w Hamburgu, to klade sie na lawce i zapadam w drzemke. Troche doklada mi drogi sciezka rowerowa, ale nie ma lepszej drogi. Centrum. Robi wrazenie. W bardzo bliskiej odleglosci kilka kosciolów. Postanawiam isc do Polskiej Misji Katolickiej. Znajduje bez problemów. GPS w telefonie to praktyczna rzecz. Przychodze w trakcie mszy. Mszy po polsku. Nie wiem czy inne tez beda w naszym jezyku. Trudno. Msza to masza. Niezaleznie od jezyka. Mam "Oremus". Czekam przy biurze. W koncu podchodzi do mnie mlody ksiadz. Bez problemu reaguje na moja prosbe. Wózek do salki, moge sie przebrac i mam pare minut do nastepnej mszy. Madry ten Pan Bóg. Gdybym spal w Schwarzenbek, to móglbym nie zdazyc. A tak jeszcze ta ociupine cierpienia moglem ofiarowac w konkretnej intencji. Po ogloszeniach ksiadz iformuje, ze idzie taki oto pielgrzym. Wiec po mszy sporo osób wpisalo intencje. Siostra czestuje mnie obiadem, ale w salce pozostac nie moge. Dzis konczy sie rok szkolny i maja w niej spotkanie. Biedna ta siostra. Meczy ja widac to, ze musi mnie wyprosic. Ta walka rzuca sie w oczy. "Przypadkowy" parafianin, który wpadl w swoich sprawach, tak na chwile, bo spieszy sie tez w sprawach syna, obiecuje zaprowadzic mnie do Kalkutanek i przedlozyc prosbe siostry o przyjecie mnie na noc. Czyli siostrzyczka, mimo urwania glowy, robi cos dla pielgrzyma. Dla mnie wygrala. Takiej postawy uczyl Jezus. U Kalkutanek totalne zamieszanie. Tylko one wydaja dzis posilki biednym i tlum na 4 tury sie zebral. W wiekszosci Polacy i w wiekszosci, niestety, pod wplywem. Mój przewodnik nie zdolal porozumiec sie z siostra kalkutanka w ogólnym zamieszaniu. Seria telefonów. Cóz, musze poczekac z boku, az skonczy sie wydawka. Czekam z 3, a moze i 4 godziny. To doprawdy jest dalsza nauka cierpliwosci. Po tylu kilometrach i nocy bez snu. Przychodzi inny pan, pan Józef, rozmawia z Kalkutankami i okazuje sie, ze nie moga mnie przyjac. Maja na noc kobiety z problemami psychicznymi. Mam wrócic do Polskiej Misji Katolickiej i tam czekac. Bo albo ksieza cos wymysla, albo mój "przypadkowy" przewodnik wezmie mnie do siebie do domu. Przycupnalem na schodkach i... zasnalem. Przyszedl mój dobroczynca i wzial pod swój dach. Przedstawil bardzo uprzejma zone, z pochodzenia Peruwianke. Ich syna Dominika poznalem, gdy odprowadzal mnie z tata do Kalkutanek. Chlopak okolo 12-to letni. To jego pokój ofiarowano mi na te noc. Szkoda tylko, ze bylem tak zakrecony, iz nie zapytalem o imie swojego dobroczynce. No bo jak teraz wyglada powyzszy opis bez imienia czlowieka, który poswiecil mi tyle swojego czasu i podjal goscina?! Przepraszam! Bylem bardzo zakrecony w tym Hamburgu. Zdjec z ciekawymi ludzmi tez nie porobilem. Za to usnalem jak niemowle, przy dzwiekach które Dominik wydobywal z fortepianu. Taki bonus.

18.06.12.
Wyspany, slysze krzatanine. Mama szykuje Dominika do szkoly. Jego tato puka, bo chlopak chce sie pozegnac. Myje szybko rece. A Dominis wrecza mi saszetke ze slodyczami na droge. Rozumie, ze to osobisty prezent. Ja mu daje mala talke. Od razu ubral ja na szyje. Swietny dzieciak. Talki podarowalem tez gospodarzom. Nakarmiony, wyprowiantowany przez gospodynie na droge, ide w towarzystwie mojego dobroczyncy do... kosciola sw. Ansgara, czyli po naszemu Oskara. To cel mojej obecnosci w Hamburgu. Mój gospodarz zagaduje dwoch robotników krzatajacych sie przy biurze. Ksiedza nie ma, ale trzeba poczekac. Zegnamy sie. Dziekuje jak potrafie. Po malym wahaniu sciskamy sie na misia. To juz poufala, przyjacielska relacja. Znowu wiec podkresle, ze okropnie podpadlem nie poznajac imienia swojego dobroczyncy. A on musi juz isc do pracy. Ja ide do kosciola. Dziekuje za laske dotarcia tutaj. Bardzo mi na tym zalezalo. W duzej mierze przez to, ze to patron mojego ukochanego syna. Dziekuje do prawdy goraco. Czuje sie szczesliwy. Potem robie kilka zdjec. Relikwi zlozonej w oltarzu, to jest kosci przedramienia. Figury swietego, z jego atrybutem, czyli kosciolem na lewej rece. I wypisu o swietym Anzgarze, wywieszonego w kruchcie. Wracam do modlitwy, gdy jeden z robotników - który okazal sie byc Polakiem - poinformowal mnie, ze przyszedl ksiadz. Biegne do niego. Musze tu przeciez pozostawic pierwsza tablice pokoju. Przedstawiam sie, a potem ów Polak (o imieniu Mariusz), tlumaczy rozmowe. Ksiadz jest zaskoczony i troche zdezorientowany. Szybko jednak wyczuwa istote pielgrzymki. Czyta ulotke. A potem przyjmuje tablice. Nie wiedzialem przez cala droge jak to zrobie. A teraz, ot, dokonalo sie. Pan Bóg dal nawet tlumacza! Poprosilem o blogoslawienstwo i otrzymalem je, i nie tylko. Bo gdy padlo "Amen", ksiad ukleknal przede mna. Teraz ja nie wiedzialem co sie dzieje. Tymczasem tuz u moich stóp lezal krzyzyk. Maly, chyba srebrny, z agafkowym zapieciem. Kaplan wreczyl mi go. Wszystko wygladalo tak, jakby tak wlasnie mialo byc. Tak jakos symbolicznie. Podziekowalem i pozostalo mi jeszcze powierzyc Panu Jezusowi, Matce Przenajswietszej i sw. Oskarowi intencje zlozone na moje rece. Kochani! W swiatyni "Apostola Pólnocy", szystkie intencje zostaly przedstawione. Amen. Ucalowalem jeszcze relikwiarz swietego i w poczuciu spelnienia, taki radosny i lekki, dosc dlugo rozmawialem z Mariuszem. Przyniusl mi od ksiedza medal, jaki wreczja tutaj w szczególnych okazjach. Wiem, kto go dostanie ode mnie. Bo komu medal sw Oskara moze sie nalezec bardziej, niz... tak,tak - Oskarowi! Pozegnalem sie z Mariuszem i ruszylem do kosciola sw Jakuba. Zamierzalem spotkac sie z pastorem ? ?. Bardzo mi go polecal Marek, jako wielkiego milosnika szlaków jakubowego i olafowego. Marek napisal o tym w mailu. Nieco przekorne, ze odczytalem go dzis rano, bo wtedy dopiero uzyskalem wi-fi w domu, w ktorym mnie przyjeto na noc. A byla tez informacja, ze pastor moze mizorganizowac nocleg. Zabawne, prawda? Bylo - minelo. Teraz dogadujemy sie na temat szlaku w Dani. Dostaje wykaz albergów i spisuje sobie wieksze miasta na mojej drodze. Pastor ma specjalny kacik na pamiatki ze szlaków, wreczane mu przez goszczacych pieelgrzymów. Znajduje w nim miejsce i nasza mala talka. Wczesniej to pastor naklada mi na prawy przegub tasiemke z blogoslawienstwem i sam od siebie blogoslawi. Boze kochany! To takie oczywiste, ze mozna! Czemuz tak czesto jestesmy slepi, przez zle emocje i egoizm po prostu!? Pastor pokazuje mi jeszcz - z duma! - slup z drogowskazami do róznych miejsc pielgrzymkowych. A potem i tu przyszlo sie pozegnac i ruszyc dalej w droge. Ba! Latwo sie mówi. I latwo na mapie wyznacza trase. Nie jestem w stanie opisac, jak bladzilem i jakie emocje przezywalem. Z tym, ze nie bylo we mnie zlosci! I to jest jeden z wielkich darów pielgrzymowania - przyjmowanie z pokora wszystkiego, co mnie spotyka. I dobrego, i zlego. Dolozylo mi owe bladzenie pare ladnych kilometrów. Takich pustych, bo nie przyblizajacych do celu. Za to zapytany o droge wiekowy czlowiek z przejeciem wysluchal informacje o pielgrzymce, a potem kategorycznie wcisnal mi 5 euro. Sa w swiecie ludzie dla których wiara ma znaczenie? Sa! Tego dnia raz jeszcze opatrznosc wystawila mnie na próbe. Doczlapalem do malej miesciny i znalazlem nawet miejsce, gdzie byly pokoje. Nie moglem sie jednak dogadac. Zdesperowany zadzwonilem (koszta!) do Marka z Hamburga, aby zadzwonil do wlascicielki i dogadal. Wszystko zajete! Za godzine moge dostac za to garaz do dyspozycji. To i tak duzo, ale 4 km. dalej, w Quickborn, wiekszym miasteczku, jest sporo mozliwosci. 4 km. to mniej niz godzina. Ide! I mysle sobie, ze znowu nie po mojemu, a po Bozemu, i km. przybywa. Trafiam na tablice, ze jest tu katolicki kosciól. Tam sie kieruje. Co najmniej pieczec bedzie. A moze i nocleg. Przez uchylone okno slysze spiew w kosciele. Wchodze, klaniam sie Panu Jezusowi i kieruje do ludzi cwiczacych spiew. Jedna pani rozumie polski. Wyjasniam o co mi chodzi. Ksiedza nie ma. No to klops! Stepla tez nie bedzie. Trudno. Mówie, ze moge zaspiewac. Usmiechy i zgoda. Ide na srodek kosciola, dla lepszej akustyki, a potem niesmialo zaczynam "Maryjo, sliczna pani". Koncze juz na pelny glos. I chyba sie spodobalo, bo nasi niemieccy bracia wysluchali w ciszy, a potem byly brawa. I cos jeszcze. Nocleg. Niemieccy Katolicy zafundowali mi hotel! To sie nazywa kosciól.

19÷22.06.12.
Nie daje rady z pisaniem. W dzien ide, a wieczorem zasypiam ze zmeczenia. Bedzie wiec krótko i opisowo. Stracilem przednie kolo. Odlamalo sie! "Przypadkiem" za chwile byl warsztat samochodowy. Mlodziutki chlopak bez problemu zajal sie sprawa. Wyrzucilismy kólko, a z jego widelca zrobilismy podpórke. Od tej pory wózek jedzie na dwóch kolach, ale stoi bez stalego trzymania go. W najblizszym wiekszym miescie zaszedlem do kosciola, po pieczatke. Ksiadz nazywal sie Kochanowski, ale po polsku nie mówil. Ponownie szalenstwo bladzenia, przy wyjsciu z Rentburga, jak wczoraj, z Flensburga. Ominac Schlezwik, to tez korowody. Mysle, ze dobra dniówke stracilem na puste kilometry. Z mojej i nie mojej winy. Bo czesto to gapiostwo, ale czasami mapa nie pokazuje, ze wczesniej opracowana droga nie wolno isc pieszo. Oczywiscie zostalem tez potraktowany jak kloszard. A jak! W duzych miastach ludzie odseparowuja sie. Sporo mmusi byc natretów, przez których tak sie dzieje. Ale tez i znieczulica ludzi bogatych zmienia reakcje i relacje. Podtrzymuje, ze generalnie Niemcy to uprzejmy naród. Ot, chocby ostatni nocleg na ich ziemi. Kemping w malusiej miescinie. Jestem sam. Przyjezdza gospodarz. Za pole namiotowe 6 eu i 2 eu za zeton do prysznica. Dogaduje sie, ze skoro jestem sam, to nie rozbije namiotu, lecz przespie te jedna noc w umywalni. Zrobiil wielkie oczy i dlugo krecil nosem. W koncu jakby co, to on nic nie wie. Ale przyjechali Dunczycy. Trudno - pomyslalem - trzeba rozbijac. Tymczasem przychodzi gospodarz, przerywa mi wymaczanie nóg w goracej wodzie z mydelkiem, i prowadzi mnie do domku, jakie sie stawia dzieciom w ogródku. Ale! W srodku pietrowe lózko z materacami. Ok? - pyta. Lol! Super - odpowiadam. I jeszcze pytal czy droge pokonuje w laczkach, bo tylko te u mnie widzial. Gdybym nie pokazal butów, to pewno i taki prezent bym otrzymal. Slowem - Niemiec! Doloze i te jakze istotna informacje, ze pierwsza opona dopelnila zywota. Przetarla sie. Jaj siostra jeszcze sie trzyma.Detka z przetartej otrzymala latke. Ot, duchowe informacje. Bylo sporo zdarzen, które obowiazkowo winny sie tu znalezc, ale nie zapisane od reki, po prostu umknely z pamieci. A co najgorsze, to nie moge obiecac poprawy.

23.06.12.
23. Tak stoi dzisiejsza data. Dzien musial byc dobry. 23 to dzien ojca - dzis wlasnie. 23 mam imieniny. 23 nr. nosil Michael Jordan. 23 mnie aresztowano... Ups! Z tym ostatnim to mnie ponioslo. Tak czy inaczej, lubie liczbe 23. Wczesnie sie obudzilem i czulem wyspany. Zjadlem sniadanko, co nie czesto mi sie zdarza. Nie pomylilem drogi! Sprawdzilem i poszedlem we wlasciwym kierunku. A droga byla dzis prosta jak sznurek w kieszeni. Zart! Naprawde byla prosta. I szlo mi sie niesamowicie. No bo skoro w sztywnych butach przeszedlem ponad 30 km..! Troszke mnie dzis pokropilo, ale tak bardziej dla straszenia. Przed eskalacja, krótka na szczescie, schowalem sie, bo akurat bylem w Aabensraa. Jeszcze w Niemczech, widzac ta nazwe na drogowskazach, usmiechalem sie, ze dla nas to kuriozum po dwa "a" na poczatku i jeszcze koncu. A pózniej szedlem przez te miasto. Na wlocie prawdopodobnie stoi elektrownia nuklearna. Takie wrazenie sprawia. Jesli dobrze zgadlem, to pierwszy raz bylem przy takim zakladzie. A pózniej poszedlem do kosciola sw. Ansgara. Niestety byl zamkniety na cztery spusty. Zywego ducha! No to pa i dalej. I to tak skutecznie, ze przeszedlem dzis 52 km. Nadrobilem dwa ostatnie, fatalne dni. Super ujmujacym zdarzeniem byl telefon od Oskara. Raczej nie nalezy do pamietajacych o datach i rocznicach. To tak po mnie. O dniu ojca jednak pamietal. Dochodzac do Haderslev z blaganiem w oczach rozgladalem sie za kempingiem. Nie bylo informacji. Zalamka. W miescie mozliwosci sa kiepskie. No to trzeba bylo popatrzec na koscioly. A jest ich tu kilka i o dziwnych nazwach. Zauwazylem kosciól z Maryja w nazwie. Czyli najprawdopodobniej katolicki. I faktycznie. I wiecej! "Msza w jezyku polskim o 17.oo." A na domofonie imie i nazwisko polskiego ksiedza. Tylko ze niikogo nie bylo na plebani. Tu po 20.oo, trzeba sie zdecydowac, wiec nie moglem czekac, nie majac zadnej pewnosci, ze ktos przyjdzie. Uprzejmy policjant dal mi mapke z zaznaczonym kempingiem, który okazalo sie, ze jadnak jest. Idac tam, przypomnialem sobie, ze jutro niedziela. Nie zapamietalem godzin mszy, cofnalem sie zeby to sprawdzic. A potem tak raz jeszcze, nacisnalem dzwonek na plebani i... spie dzisiaj na lózeczku polowym, a deszcze, chocby najmocniejsze, nie sa mi straszne. Chwala Panu!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Dziennik Wojtka - od 10.06.2012 do 16.06.2012

Ze względu na utrudniony dostęp do internetu, w szczególności w drodze między miastami, trudno jest wysyłać regularnie notatki, dlatego zdecydowaliśmy, że ze względu na sposób działania bloga, najwygodniej będzie umieszczać je większymi porcjami, z datą OD - DO. Do wyboru mieliśmy tworzenie od razu kilku nowych notatek - ale data notatki nie byłaby zgodna z dniem, który dany opis pokrywa. Moglibyśmy również tworzyć notatki z datą wstecz - ale to rozwiązanie zupełnie odpada. Reasumując, notatki, które powstają w czasie drogi, publikowane będą porcjami, pokrywając kilka dni w jednym poście.

Notatka: 10.06.12
Od Ottona do Ottona! Ze Szczecina wyszedłem z parafii św. Ottona, a w Pasewalku kościół katolicki ma tego samego patrona. Na razie siedzę przed plebanią i mam czas na pisanie, bo nikt nie otwiera. Co będzie dalej? Będę czekał do skutku. Po pierwsze - muszę podbić paszport pielgrzyma. Po drugie - w Pasewalku nie ma kempingu, więc muszę prosić o pozwolenie na rozbicie namiotu tutaj, na skwerku. Jest fajne miejsce pod lipami, schowane za garażami, a więc hałas z ulicy będzie mniejszy. Oby tylko ktoś się zjawił! Przeszedłem dziś dobre 40 km. Dodać sobie dodałem, a jakże, przez pomylenie drogi już na początku, ale około 1 km., więc nie ma o czym mówić. Pogodę trafiłem idealną. Lekko zachmurzone niebo chroniło przed słońcem. Skwar tonował przyjemny wiaterek. I tak sobie szedłem w tych nowych butach. Trzeci dzień. Ale z przerwą czterech. W tym trzy wizyty u fizykoterapeuty. Oj, przydał się kontakt z panem Markiem! Co fachmen, to fachmen. Podparty wcześniej zrobionym zdjęciem rentgenowskim, spokojnie mógł ponaciągać, porozluźniać, a i postrzelac również co niektórymi stawami stopy. A zaaplikowanie trzech sesji z urządzeniem zwanym bodajże pulsometrem, było genialne. Obrzęk zszedł całkowicie i nadwyrężone ścięgna przestały boleć. Od Loknitz jednak buciki zastąpiłem chińskimi, lanymi klapkami. Czyli po około 25 km. Nie forsuję zgrywania się stóp z butami, tym bardziej, że forsuję tempo. Jeśli chcę zdążyć do Trondheim, do grobu św. Olafa na dzień jego święta, muszę iść szybko. Przyjechał ksiądz. Pogadaliśmy. Nie ma problemu z namiotem. Toaleta i prąd do dyspozycji. Co więcej, to się nie narzucam. A namiot jest śwyetny. To prezent od Lucyny, miłośniczki dróg Camino, z Warszawy. Lucyna w tej chwili bodajże, pielgrzymuje do Ziemi Świętej. Krzysztof, który wynajmuje mieszkanie w Loknitz (pracuje w Szczecinie!), zaprosił mnie na cherbatę. Dokończyliśmy rozmowę z drogi, gdzie się spotkaliśmy, gdy wracał z przejażdżki rowerowej. Podkręcił mi tempo marszu. Jakoś automatycznie przyśpieszłem przy rowerze. A chwilę wcześniej wlokłem się ledwie. Ciekawe! Kucha dnia, to zgubiona rejestracja. A tak! Zrobiłem sobie taką. Za słabo jednak była przyklejona i teraz leży sobie gdzieś na drodze. Tekst ten prześlę Grzesiowi do wklejenia na stronę dopiero gdy załapię się gdzieś po drodze na darmowe wi-fi. Droga długa i trzeba oszczędzać, co jest zresztą cnotą.

Notatka: 12.06.12
Wyszedłem przy siąpiącym deszczyku. ... Nie zapisałem. Zapomniałem, co napisać miałem. Takie też się zdarzać będą. ... Doszedłem do Mollenhagen. Jest kościół, może będzie pastor. Może poproszę o miejsce pod namiot. Pani ze stacji benzynowej tłumaczyła jak dojść do kościoła, ale i wyjaśniła, że pastor to mieszka w następnej miejscowości. Nie idę! Śpię tutaj. Przy stacji? Nie ma problemu! I jeszcze z łazienki korzystam. Za 3 euro, ale warto, bo prócz prysznica golę brodę i głowę.

Notatka: 11.06.12
Wczoraj ćwiczyłem prowadzenie wózka. Dziś ćwiczyłem spanie w czasie drogi, opierając się na jego rączce. Pierwsze okazało się dość proste, ale zanim do tego doszedłem... Nie, nie używałem brzydkich słów, choć powody były. Nie chciał jechać prosto. Dopiero gdy dokręciłem śróbę mocującą przednie koło, te przestało się chybotać i znosić wózek na boki. Spanie nawet, nawet mi wychodziło. Tylko nie mogłem opierać się całym ciężarem poprostu. A około południa spać mi się chciało przeokropnie. Słońce niemal cały dzień było za chmurami, a to oznaczło niskie ciśnienie. Na mnie to działa. Kubek kawy w przydrożnej gasztetce polepszył znacznie moją wydolność. Do moich stałych modlitw na drogę Ania dorzuciła mi Anioł Pański. Wyrabiam się spokojnie. A nawet jeszzcze lepiej układa się czas. Ze zdarzeń dobrych, to podniosłem z chodnika nielotnego jeszcze wróbelka. Wcale nie uciekał o dziwo. Wrzuciłem go na dach przystanku i dorzuciłem mu pół bułki. Jeśli jego rodzice obserwowali go, to chyba ma szansę przeżyć. Ciekawostka, że szedłem przez Strasburg! Ten był nieporównywalnie mniejszy od francuskiego. W pewnej wiosce zainteresował się mną plicjant. Ostatecznie "pouczył", aby iść lewą stroną szosy. Nie wszyscy kierowcy mają takie samo zdanie. Klakson i gestykulacja starszego pana do miłych nie należały. Młody chłopak był jeszcze złośliwszy. Zatrąbił w momencie mijania mnie. Ale to epizody. Ogólnie kierowcy są do przesady cierpliwi i nie brakuje akcentów sympatii, jak chćby pozdrawiający mnie żołnierz Bundeswery z mijającej mnie kolumny. Trzech Poznaniaków zatrzymało się, aby pogadać. Wcisneli truskawki, jabłko i pomidora. To chyba akurat mieli w szoferce. A potem, obalając obiegową opinię, wcisneli mi garść euro. Najfajniejsze jednak było ich żywe zainteresowanie. Odwdzięczyłem się dając każdemu małą tałkę - symbol pielgrzymki, zrobiobione specjalnie na takie okazje przez Piotra z Warszawy. Dzień był udany. Szedłem do wieczora i w końcówce wisiałem na wózku, ale zrobiłem ponad 40 km. Oby tak dalej! Nocleg wypadł przy zagrodzie młodego gospodarza. Był prąd, woda i miejsce na namiot. A doprowadził mnie tam inny pan, taki widać lubiący nadużywać. I bez znajomości języka można się dogadać.

Notatka: 13.06.12
Nie jest dobrze najeść się przed snem. Nie przespałem nocy snem głębokim, jak poprzednią. A wstałem już kwadrans po czwartej. Pewnie później się to odbije. Nic to! Spanie w czasie drogi już ćwiczyłem. Nie ubieram butów. Idę w klapkach. Do Waren idę niemal za jednym razem. A to 14 km. No, były ze dwa przystanki, ale króciutkie. Wreszcie dostaję pieczątkę do paszportu pielgrzyma. Nie w kościele katolickim, bo mimo, że otwarty, to jednak nie było nikogo z duchowieństwa. Kawałk drogi wcześniej mijałem Carritas. Miła pani zaprowadziła mnie do brata..., hm! imię mi uciekło... Ten mi jednak podbił bez problemów. A potem zachwycałem się miasteczkiem i jego terenami rekreacyjnymi, z parkiem naturalnym włącznie. Nic dziwnego. To miejscowość wypoczynkowa. Tuż za, w przerwie na posilenie się, gdy tak spojrzałem w niebo między koronami sosen, to... Bóg był tak blisko! A potem szedłem ścieżkami rowerowymi poprzez lasy. Zapach traw był po prostu upojny. Przypomniał mi wczesne dzieciństwo, gdy z grupą maluchów chodziliśmy na spacery do pobliskiego parku-lasku. Pięknie się modli w takich okolicznościach. Mijający mnie rowerzyści uśmiechali się serdecznie i pozdrawiali. Kilku grupkom wręczyłem ulotki i wyjaśniłem kto ja i gdzie zmierzam. W takich chwilach zapominałem o coraz bardziej bolących nogach. Po 38 km po prostu stanąłem. I to na kilka ledwie przed zamierzonym na dziś końcem. Jako dobry pretekst przyjąłem konieczność zjedzenia czegoś teraz, by potem przetrawć przed snem maszerując. Przyszło jednak podreptać więcej niż zamierzałem. W Alt Schwerin trafiłem na emerytowanego pastora. Nie posiadał pieczęci. Spytał czy mam jedzenie. Wolałbym pytanie, czy mam gdzie spać. Do kempingu musiałem iść jeszcze 3 km. I nie położyłem się wcześnie spać. Za te pieniądze musiałem wykorzystać wszystkie możliwości, tj. pranie, kompanie i gotowanie... ale już tylko herbatki. Jeju, jak taka herbata smakuje!

Notatka: 14.06.12
Z rana przeczytałem wczorajsze czytania. Inaczej niż do tychczas spojrzałem na św. Mateusza w rozdziale 5, gdzie powiedziane jest " Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. ... A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego." Skoro cały sens pielgrzymki polega na krzyczeniu o Cywilizacji Miłości, to oznacza to, że wszystkich ludzi na świecie uznaję za dzieci Boże. A każde dziecko Boże jest mibratem... Dzień był zoologiczny. Trawy porastające przydrożny rów były tak wysokie, że ukryły jelonka. Ten jednak na dźwięk mojego głosu nie wytrzymał i zaczął uciekać. Tak nieszczęśliwie dla niego, że wyskoczył przy drodze. Spojrzał w przeciwną stronę, a potem w moją. Jeju! Jaką on woltę wykonał! Miałem ubaw. A potem blisko jezdni w zbożu żerowało ze 20 żurawi. Aut się nie bały. Przede mną większość jednak przezornie odleciała. Z kilku ptaków drapieżnych jeden dziwnie zaczął się zbliżać do mnie. Leżałem w czas odpoczynku, a on kołował co rusz niżej. Pomachałem mu stopą. Odleciał. Czy ptaki mają zmysł powonienia? I clou wieczoru. Leżę już, myślę tylko jakby tu zasnąć mimo pragnienia (skończyła mi się woda), i słyszę polskią mowę! Wypad z namiotu, w piżamowych spodniach, witam się i proszę o wodę. Poznałem polaków, którzy przyjechali do siostry i szwagra, którzy z kolei wyjechali z Polski 20 lat temu i tu się osiedlili. Ich dom stał przy boisku, przy którym rozłożyłem namiot. Mały ten świat!

Notatka: 15.06.12
Dziwne, że usłyszałem budzik. Nie wyspałem się. Wieczorem dobrą godzinę straciłem na naprawę rączki wózka. Odłamała się! Chińszczyzna! No, ale fakt, że dużo musiała znosić. Za to poznany wczoraj rodak, przyniusł mi kanapki i gorącą, cytrynową herbatę! Hmm! Cuuudo! Nogi bolą od rana. Dziwne, bo miękkie adidaski podrażniają dopiero co zaleczoną kontuzję. Ale ubieram je i ruszam. W pewnym momencie musiałem zjechać na miękkie pobocze, ustępując samochdom. I... Przejechałem nad myszką. Myślałem, że nie żyje. Ale zatrzymałem się, schyliłem, przyjrzałem, a ona trzymała jakieś nasionko i tylko zamarła w bezruchu. Nie uciekła nawet gdy pogłaskałem ją różańcem. I to ze trzy razy. Rozbujałem się. Wreszcie znalazłem market w którym mogę płacić moją kartą. I to w takim, którego w Polsce nie widziałem. W dwóch popularnych u nas mojej karty nie honorują. Popiłem dopalacza, czyli coli i wtedy zacząłem "robić kilometry". I jakie to sympatyczne, że na obwodnicy Schwerina kilku kierowców zatrąbiło aby mnie pozdrowić. Generalnie Niemcy są bardzo uprzejmi. Bardzo się też ucieszyłem z telefonu od Romana. Normalnie unikam rozmów, bo później ciężko się wypłacić. Tej rozmowy nie mogłem sobie odmówić. Wierzę też, że są tacy, którzy czekają na opisy z drogi, takie jak choćby ten. Muszę więc jutro znaleźć darmowe wi-fi i wysłać, bo mimo zmęczenia piszę każdego wieczora. Nie liczyłem dziś kilometrów. Domyślałem się, że 40-kę osiągnę. W pewnym momencie miałem dość. Myślałem, że dalej nie zrobię kilku kroków. W wiosce, do której doczłapałem, spytałem o pokoje noclegowe. Tak, byłem gotów wywalić choćby i 20 euro. Pan mi powiedział, że najbliższe to w Wittenburgu. Załamałem się. Tym bardziej, że wszystko wskazywało, że zaraz lunie. Jednak do miasta nie było jak się obawiałem 8 km., lecz tylko 3. Psychologiczna różnica. Dostałem od pana flachę gazowanej wody i podreptałem. Kościół, katolicki, był zarqaz przy wejściu do miasta. A przy nim sporo nowoczesnych zabudowań. I tylko księdza nie było. Zanim to stwierdziłem, przez dłuższy. czs mogłem cieszyć się modlitwą i śpiewaniem w ciszy kościoła. Lubię, gdy jestem sam w takiej świątyni. Nie krępuję się śpiewać. A tu na dodatek nie powstrzymałem się od silnych wzruszeń. Dzień był ciekawy. O świcie człapałem śpiąc jeszcze. Potem nabrałem tak radosnego wigoru, że unosiłem ręce i wołałem "dzięki, Boże!". Wieczorem padałem ze zmęczenia i przez ból całych nóg. Teraz mogłem pochlipać w świątyni oczekując w niepewności na przyjazd księdza. Niemieckiego księdza. Kościół był otwarty, wię przyje chać musiał. Ale czy użyczy schronienia, czy skończy się na stemplu w paszporcie pielgrzyma? Tymczasem było znacznie po 21.oo. a jeszcze trzeba się oporządzić. Ksiąd okazał się radosnym człowiekiem. Oczywistym dla niego było przyjęcie pielgrzyma. Za kolację podziękowałem, bo pełny żołądek to zły sen. Za to podarowane truskawki zjadłem z rozkoszą. Przed zgaszeniem światła pograłem jeszcze na gitarze. A potem kanapa... eeech!

Notatka: 16.06.12
Monotonia drogi. Ubrałem "sztywne buty". Teraz niech nogi odpoczną od miękkich. Ciężko się idzie. Nie ma tej swobody co w adidasach. Po 20 km z ulgą zdejmuję je, siadam na krzesełku przy kafejce, czekam, bo pani sprząta, a ja marzę o kawie. Ukazuje się druga pani i... informuje mnie, że zamykają! Zwijają też krzesełka. No, ta! Faktycznie w sobotę zamykają o 12.3o. Ale pech! Przenooszę się na przystanek autobusowy, na drugą stronę ulicy. I z tej perspektywy zauważam na ścianie kafejki kontakty. Po paru minutach piję gorącą, aromatyczną elgrejkę. A tak! Mam ze sobą grzałkę elektryczną. Doszedłem do Schwarcebek. Choć 3 km. musiałem usiąść i dać odpocząć nogom. Nie ma księdza. Za to spowodowałem małą panikę w przykościelnym domu samotnej matki. Mężczyzna źle się kojarzy. Jedna z pań okazuje się być Polką. Przyszła do koleżanki Rosjanki. Wysłuchała mnie i zaproponowała nocleg u niej, ale na podłodze, bo mieszkanie w malowaniu. Zestawiłem już wózek do piwnicy, gdy pani zeszła z przeprosinami. Jej chłopak nie chce gościa w domu. To on maluje i zagroził porzuceniem pracy. Ostro. Ale i tak bywa. A ja jestem w kropce. Księdz nie ma i raczej nie będzie. Wracamy jednak pod kościół. Trochę poczekam pisząc w tym czasie. Nawiązuje się rozmowa z Polką i rosjanką. Pytania typowe. Co mi daje takie pielgrzymowanie? Z czego się utrzymuję? A potem te najczęstsze - czemu Pan Bóg pozwala na zło na tym świecie. Klasyka. Osoby boleśnie doświadczone mają pretansje do Boga. Choć w tym przypadku to kościół je przygarnął i dał schronienie. Na koniec Polka podziękowała mi za rozmowę. Coś z niej chyba przyswoiła. A ja ruszam do ewangelików. Na dzwonki nikt nie odpowiada. Ale gdy już chcę zrezygnować, nadchodzi młody człowiek, indyjskiej urody, informuje, że pastora w sobotę to nie złapię. Przejął się jednak pielgrzymką i moją sytuacją. Wciska mi pięć euro. Rozmyśla na głos co by tu zaradzić. Na dobry początek przynosi mi jedzenie i picie. Potem zatrzymuje policję aby mnie dowieźli do taniego domu noclegowego (bez skutku). Na koniec tłumaczy, gdzie taki jest i prosi o modlitwę za niego, ewangelika. Daję mu zeszyt. Wpisuje intencję. Pan Bog na pewno zna niemiecki! Osobna historia ile się naszukałem owego zimmerfrei. Chyba znowu była to nauka cierpliwości i zgody na niepowodzenia. Ostatecznie postanawiam po prostu iść do hamburga. Właśnie mija północ. Przede mną 46 km.

Wojtek już w Hamburgu...

>>> WPIS ROMANA PO SMS-ie ODEBRANYM OD WOJTKA...>>> Wojtek przysłał nam smsa:

niedziela, 17 czerwca 2012

WPIS KOLEGI...

>>> WPIS ROMANA PO ROZMOWIE TELEFONICZNEJ Z WOJTKIEM...>>> Rozmawiałem z Wojtkiem. Przekroczył Schwerin. Kondycja ok. Bolą trochę nogi, ale duch pielgrzymowania obecny! Dzień po dniu realizuje założony ambitny plan marszowy. Obiecał, że jak tylko wejdzie w strefę wolnego wi-fi, to wrzuci coś na swojego bloga. Mówi, że pękła mu rączka wózka, ale już naprawił. Poza tym doświadcza miłego traktowania ze strony Niemców. Trąbią dodając mu otuchy i pozdrawiają. Wojtek ma na wózku zatkniętą polską flagę, a pod nią powiesił niemiecką. Będzie dodawał kolejno flagi mijanych państw. Rozdaje ulotki z opisem misji w językach lokalnych. Wojtek, bracie! Trzymaj fason i z Panem Bogiem! Do zobaczenia w Trondheim! R

sobota, 2 czerwca 2012

Plan Boży, czy dla Boga?

Plan Boży, czy dla Boga? Różnica zasadnicza, lecz ostatecznie wyjdzie i tak, jak Panu Bogu miłe! Taką konkluzją się ratuję, po „nieudanym początku” pielgrzymki Idzie Człowiek - Północ. Okazało się, że co było w roku ubiegłym, to zupełnie inna rzeczywistość niż stan na dziś. W październiku, po trzymiesięcznej, codziennej zaprawie, przejście 40 km. dziennie, było normą. Pół roku później nie jestem tym samym człowiekiem. Przesadziłem bardzo mocno z pofolgowaniem sobie w zbieraniu zapasów na drogę. Wtedy ze 107 kg straciłem blisko 20. Jednak 113 na tegorocznym starcie okazało się być jednym ze zgubnych czynników. Ciężaru plecaczka też nie sprawdziłem. Brałem to za radosną wiarę w siebie. Teraz z poczuciem zażenowania nazywam to zadufaniem. A przecież mój dobry duch wszystkich pielgrzymek, dziś już śp. Ksiądz Grzegorz Zaklika, przed wyjściem w pierwszą z nich mówił, że powyżej 10 kg w plecaku, to błąd. Wziąłem pewnie blisko dwa razy tyle. I żeby to przynajmniej był plecak! Wziąłem plecaczek spacerowy. Po pierwszych kilometrach ramiączka wżynały się nie do wytrzymania! Leszek Podolecki, który zawsze uczestniczy w mszach przed moim wyjściem, zdecydowanie stwierdził, że nie mam szans dojść do Dębogóry z tym plecaczkiem. A ja jeszcze próbowałem dyskutować. Teraz się pytam sam siebie: to było zadufanie czy już głupota? Leszek dowiózł mi nowy, porządny plecak. Nie uratowało mnie to przed bolesnym poczuciem sprawienia zawodu. Nie uratowały mnie nowe, profesjonalne buty, które również kupił i dowiózł mi dnia następnego. A ja wyruszyłem w sandałkach. Choć tu błędu się nie dopatruję. W tychże sandałach przeszedłem przecież całe Włochy. Skąd mogłem wiedzieć więc, że okażą się najfatalniejszym z wyborów?! Tymczasem starta pięta prawego z nich sprawiła, że wysklepiony środek uciskał podbicie stopy, ostatecznie doprowadzając do urazu ortopedycznego. Przez cztery dni drogi dorobiłem się kilkunastu, w tym kilku doprawdy dorodnych bąbli. Miałem co ofiarować w intencjach każdego z dni. Że doszedłem do Piły, po 44-ech km. z Drawna, uważam za cud. I tak mi przykro, że pomimo gościny u Ojców Kapucynów, kolacji, krzepiącego snu i śniadania, pomimo ofiarowania mi przez jednego z gospodarzy nowych japonek, które przecież sam otrzymał w prezencie, zawiodłem i przerwałem pieszą pielgrzymkę! Tak, powtórzę - przerwałem pieszą pielgrzymkę. Ów Franciszkanin, na wzór Jana Pawła II, podarował mi swoje klapki, słysząc, że nie dam rady założyć tych nowych butów na poobcierane nogi. Wyszedłem z klasztoru w Pile w tych klapkach i początkowo radośnie dreptałem. Po kilku kilometrach nastąpiło to, czego przed wyruszeniem w ogóle nie brałem pod uwagę. Dalej iść nie mogłem. Człapałem, zatrzymując się co parę metrów. Tu przełamywanie bólu było bez sensu. Dokuśtykałem do restauracji motelu, zamówiłem herbatę i dałem sobie czas na przetrawienie sytuacji. Zgrzeszyłem brakiem roztropności w dniu wyruszenia w pielgrzymkę. A w tym momencie musiałem zadecydować, czy z poczucia wstydu iść (!) dalej zagryzając usta, czy myśląc perspektywicznie nie narażać się na gorszą kontuzję, przełykając naprawdę gorzką pigułkę zawodu. Wybrałem pokorę. To dlatego na wstępie zwrot „nieudanym początku” ująłem w cudzysłów. Nauka pokory i roztropności to nie strata, lecz ogromny zysk. A mi w szczególności przydała się taka katecheza. Dwa dni leżakowania na poduszkach uszkodzonej nogi i okładów z octu wyraźnie przyniosły poprawę. Jutro zaś przyjedzie po mnie Szczepan i dowiezie ostatnie 50 km. na spotkanie z Dominikiem i Romanem w Dębogórze. A tam, po opisanym tu doświadczeniu, Duch Święty zadecyduje co dalej. Amen!

czwartek, 24 maja 2012

Tablice Pokoju

Gościnnie wpisał się Roman, bo Wojtek zajęty teraz... W drodze na Północ Wojtek, wzorem ubiegłorocznej pielgrzymki do Asyżu będzie niósł dębowe Tablice Pokoju. Jedną zostawi przy grobie św. Oskara w Hamburgu, jedną w Vadstenie, u św. Brygidy Szwedzkiej, patronki Europy, jedną przy grobie św. Olafa w Norweskim Trondheim. Ostatnia Tablica zostanie przekazana na Wyspie Utoya, gdzie zakończy się pielgrzymka "Idzie Człowiek na Północ" (ostatnie 500 km pokona wspólnie trójka pielgrzymów: Wojtek, Dominik i Roman). Modlimy się o pokój w sercu człowieka, Europy i świata, o powrót do wspólnego fundamentu ludzkich wartości oraz o rozwój oparty na poszanowaniu godności i odmienności każdego człowieka. Uważamy, że Europa żyjąca chrześcijańskimi wartościami nie musi obawiać się tych, którzy wierzą w tego samego Boga. Nasze ideały wyrażają cztery prymaty Cywilizacji Miłości, które głosimy w pielgrzymkach. Mottem tegoroczne drogi są słowa z Księgi Izajasza: "Mój dom jest domem modlitwy dla wszystkich narodów" (Iz. 56,7). Drogę na Północ każdy z trzech pielgrzymów rozpocznie w swoim rodzinnym mieście (każdy będzie niósł Tablicę Pokoju): Wojtkek (Szczecin), Romana (Łódź) i Dominika (Gdańsk). Po pokonaniu w tydzień 200 km spotkamy się w Dębogórze na Kujawach (tam wypadł punkt spotkania równo oddalony od każdego z naszych miast). Z Dębogóry Wojtek wyruszy na Północ, do Trondheim. A tak wyglądają Tablice Pokoju, które wykonał dla pielgrzymów nieodpłatnie nasz przyjaciel, Piotr Szpunar...

poniedziałek, 21 maja 2012

Tydzień przed...

Skoro nie ma przypadków... miałem nie iść do kościoła na żadną z rannych czy południowych mszy. Miałem za to zaplanowane odwiedziny. Obiecałem Ani różaniec z Szymanowa, z Sanktuarium MB Jazłowieckiej. Czas od popołudnia do wieczora upłynął wręcz błyskawicznie. Przykro jej było, że opuszczałem jej gościnny dom tak szybko i jechałem do Szczecina. Musiałem jednak zdążyć na ostatnią niedzielną mszę. Tym razem podjechałem pod Katedrę. Msza akademicka – 21.oo. Wystarczyło czasu na dziesiątkę Różańca. A potem tych kilka informacji, przygotowanych specjalnie, dokładnie dla mnie. Kazanie księdza z Kamerunu o Wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Kapłan zwrócił moją uwagę, że „niebo” to nie miejsce, lecz „stan”. Stan ducha. Następnie, że mimo iż dzieje i działalność kościoła zaczynają się od Zesłania Ducha Świętego, to misję kościołowi Pan Jezus wyznaczył już w dniu Wniebowstąpienia. To wtedy powiedział Apostołom, że pójdą w świat, aż po jego krańce, aby głosić Dobrą Nowinę. Uderzyło mnie to niesamowicie. Kościół nasz jest kościołem apostolskim. A ja, dokładnie za tydzień wyruszam w pielgrzymkę. Na północ. O misji apostolskiej przypomniał mi duchowny z południa. Aż z Kamerunu. I słyszę to przypomnienie w świątyni patrona pielgrzymów, w Katedrze pw. św. Jakuba. Na mszy w Katedrze byłem bodajże trzeci raz w życiu. Czemu tam właśnie tego dnia słuchałem Słowa Bożego? Nie ma przypadków. Psalm: Wszystkie narody klaskajcie w dłonie, radosnym głosem wykrzykujcie Bogu, bo Pan Najwyższy straszliwy, jest wielkim Królem nad całą ziemią. (Mt 28,19.20) Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. (Mk 16,15-20) I rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. Amen! A przy okazji: Dębogóra – Szczecin : 240 km 11 czerwca Szczecin – Hamburg: 350 km 20 czerwca Hamburg – Horsens: 300 kmr 28 czerwca Horsens – Frederikshavn: 200 km 03 lipca Geteborg – Vadstena: 240 km 09 lipca Vadstena – Trondheim: 770 km 29 lipca Trondheim – Utoya: 500 km 11 sierpnia razem (w zaokrągleniu) 2600 km

piątek, 20 kwietnia 2012

Emocje rosną.

Miesiąc i sześć dni... Dokładnie 27 maja. Ja ze Szczecina, Roman z Łodzi, a Dominik z Gdańska. Wyruszymy z naszych miast rodzinnych, a spotkamy się w Dębogórze. Po tygodniu drogi. Do przejścia każdy z nas ma po 200 km. z haczykiem. To takie powtórzenie, w skali mikro, ubiegłorocznej pielgrzymki do Asyżu. To ciekawe, że nasze miasta ułożone są względem siebie podobnie jak Fatima z Moskwą i Jerozolimą. Sami jeszcze nie wiemy,  o co w tej pielgrzymce chodzi. To sprawa wyłącznie Ducha Świętego. W niedzielę Zesłania, a jakże, przyjdzie nam wyjść, aby się dowiedzieć. Dowiedzieć w dniu Przenajświętszej Trójcy. A później... wprost z Dębogóry pójdę do Nidaros... Stawiam wielokropki, bo faktycznie coraz głębiej się nad tym zastanawiam i przeżywam to. Tyle kilometrów samotnej drogi. Choć nie mam nic przeciwko, aby się ktoś dołączył. Tylko tempo moje trzeba by przyjąć. Choć tym razem wcale nie musi być ono specjalnie wielkie. Tym razem idę z bagażem na plecach. Czyli bez wózeczka. Z grubsza liczę po 35km/24h. Bardzo ostrożnie. Czyli zajmie mi to 65 dni. Oj, chyba jednak trzeba będzie podkręcić. A! Droga zweryfikuje chęci podług zamiarów.  W każdym razie w Trondheim planuję być około dnia Przemienienia Pańskiego, czyli 6 sierpnia. To wersja ostrożna. Bo jeżeli dam radę, to zamierzam wrócić do Polski na ... O, rany! W tej chwili spojrzałem do kalendarza i wiecie co? A to, że 29 lipca jest Olafa! Nie wiem czemu myślałem, że dopiero na jesieni. No to teraz już nie mam wątpliwości, jakiego dnia muszę dotrzeć do Nidaros, do grobu św. Olafa! I tak, jak teraz obliczyłem, będę musiał dzień w dzień pokonywać ponad 40 km. No... nie wiem... Muszę przywołać się do głębszej wiary, bo jak patrzę na wszystkie "przeciw"... Około 2300 km. w 56 dni. Z 65 zrobiło mi się 56. Ciekawe. I nie wiem, czy mi nie przybędzie drogi przez pomyłki, konieczność obchodzenia przeszkód, itp., czy może Opatrzność łaskawie tę drogę skróci nieco. Różnie bywa. Wiem już na pewno, że nie wrócę do Polski na początek Pielgrzymki Szczecińskiej. Bo o tym chciałem powyżej wspomnieć. Dołączę do niej z kilkudniowym opóźnieniem. No, ale to już temat na inny czas. Dziś usnę z myślą o Idzie Człowiek - północ.

środa, 11 kwietnia 2012

Polonia z Berlina i namiot.

No to mogę uzupełnić. Bo w poprzednim wpisie nie ująłem. A od czwartku (22 marca) do soboty byłem w Górce Klasztornej. Nie sam. Leszek Podolecki, mimo przeciwności, stara się i organizuje. Tym razem rekolekcje dla więźniów miały w planie wyjazd do Okonka, do ich patronki, Matki Bożej od Wykupu Niewolników, Matki Bożej Wolności, oraz Misterium Męki Pańskiej w Górce Klasztornej. Fajnie obserwuje się człowieka, więźnia, który po dwudziestu paru latach, ponownie służy do mszy. Te przejęcie, ale i ta radość po! A misterium, to ja sam widziałem pierwszy raz w życiu. Wymowna inscenizacja! Nie mgliste wyobrażenie, lecz żywi ludzie, nadający odgrywanym postaciom ludzki właśnie wymiar. I bardzo ważne spotkanie. Dla mnie. Z Polonią niemiecką. Z Berlińczykami. W jednej sali mieliśmy posiłki. No to im zaśpiewaliśmy z wtórem gitary "Matkę". Mocne wejście i wrażenie. Później i inne pieśni, i wspólne ich śpiewanie. A przy ostatnim posiłku zostaliśmy z Tadeuszem dłużej. On grał, ja próbowałem mu pomagać na swojej gitarze. Pośpiewaliśmy Polonii, a potem opowiedziałem o zbliżającym się moim pielgrzymowaniu na północ, do Nidaros, o którym Leszek wcześniej poinformował rodaków. Zapraszali do Berlina, do Polskiej Misji Katolickiej. I szkoda, że to nie po drodze. Żałowałem też, że nie wziąłem zeszytu intencji. Żal tym bardziej, że Berlińczycy spontanicznie zrzucili się na namiot dla mnie. Tak całkowicie od siebie i z serca. Bardzo miły gest. Był to mój największy sprzętowy problem. Teraz jak dorzucę parę groszy od siebie, to będę miał bardzo dobry namiot. Choć... po 1 kwietnia, trochę się zmieniło. Tego dnia byłem ponownie w Schronisku dla Młodzieży na Modrej w Szczecinie. Powód znalazł się naprawdę nie codzienny. Otóż Arcybiskup Szczecińsko-Kamieński, Andrzej Dzięga, postanowił, że w Niedzielę Palmową uroczystą mszę odprawi właśnie tam, bierzmując młodzież, i to młodzież o trudnych drogach życiowych. To się nazywa duszpasterstwo! Wielu biskupów zdecydowałoby się na taki ośrodek zamiast na katedrę?! Dla mnie "kozacka" decyzja. A przy tej okazji wicedyrektor ośrodka ponowił ofertę sprezentowania mi namiotu, co dnia następnego dokonało się. Namiot lekki, mimo iż 3-osobowy. Jedna rzecz mnie niepokoi. Czy nie będzie przeciekał, bo na to nie mogę sobie pozwolić w drodze. A to jest namiot bez tropiku. No i co? Ano mam jeszcze parę dni czasu. Po prostu spędzę noc, albo i więcej w tym namiocie i w praktyce sprawdzę jego przydatność. Ciekawe jest to jednak, jak problemy "same się rozwiązują". Tak zwane przypadki. A jakże! Opatrzność nade mną. Wierzę! Proste więc, że niczego mi nie zabraknie. A zresztą, co tam wyposażenie. Modlitwy nie zabraknie, a to jest najważniejsze. Rozmowa ze Stwórcą to pielgrzymka.

piątek, 6 kwietnia 2012

Po usilnej próbie napisania...


W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! Boże w Trójcy jedyny! Doznaję totalnej bezsilności. Nie umiem sobie z tym poradzić. Ty wiesz. Proszę Cię Boże o pomoc. Na piśmie. Bo o pisanie w tej chwili najbardziej chodzi. Proszę, napisz. Tylko Ty możesz. Taka mała kreaturka jak ja, nie może. Ty wiesz. Boże, gdy proszę Ducha Twojego, aby przemawiał do młodych na rekolekcjach, czyni to. To działa. Tu i teraz też więc proszę: Duchu Święty przyjdź i napisz do tych wszystkich, którym jesteśmy to winni. Wiem, że sporo ludzi czeka na Facebooku i na Idzie Człowiek. Sam przecież odsyłałem. I co teraz? Są wejścia na stronę, a tam cisza. Nawet wiatr nie wieje. Tak przecież nie może być. Proszę o pomoc z nieba. Uznaję z całą pokorą, że tu, na ziemi nie ma siły, która by mi pomogła. Zapraszam Cię Duchu Święty do mojego serca. Proszę, rozgość się. I daj nam, małym w wierze, chleb Niebieskiego Słowa. Amen.


Działo się! Hm. W tym momencie pomyślałem o ostatnich dniach. A dzieje się przecież nieprzerwanie od bardzo dawna. Wymienię, aby sobie samemu przypomnieć, co powinienem był Wam opisać. 24 lutego. Gryfino i „Włóczykij”. Spotkanie podróżników i eksploratorów. A my w trzech mówiąc o drodze Idzie Człowiek, mówimy o pielgrzymce. Mówimy o duchowym wymiarze drogi. Koszalin, 6 marca, rekolekcje dla gimnazjalistów z Ustki. Zaprosił nas ksiądz Jacek, wcześniej posługujący w Okonku, w parafii Matki Boskiej od Wykupu Niewolników, Matki Boskiej Wolności. Z Leszkiem Podoleckim i Dominikiem mieliśmy po kilka konferencji. Pracowity czas. A dla mnie szczególny za sprawą Tasi. Uderzyło ją świadectwo mojego życia. A konkretnie relacja wobec syna. Bo relacja z ojcem jest jej traumą. Potem 9-go, w kawiarence przyparafialnej w Gdańsku–Wrzeszczu, spotkanie ze znajomkami Dominika. Znajomkami, bo nie pierwszy raz opowiadał im o pielgrzymowaniu. No i wielkie wydarzenie następnego dnia - gdyńskie „Kolosy”! Chyba największy w Polsce festiwal podróżników i eksploratorów. Mieliśmy tremę. A przynajmniej ja. Tysiące ludzi, a tu trzeba było mówić o Bogu. Pielgrzymka bez Boga byłaby karykaturą. Jak umieliśmy, tak powiedzieliśmy. Dla mnie „Kolosy” cudowne były z innego powodu. Piękną nauką pokory. A tak! Pan Bóg pokazuje, że choćbyśmy nie wiem co zdziałali „dla Boga”, to nigdy nie mamy prawa popadać w samouwielbienie. A to co mieliśmy zaszczyt uczynić, to tak naprawdę jest podarkiem i łaską od Pana Boga dla nas. Niesamowicie mocno odczułem to dzień później, dzięki konferencji Piotra Kuryło. To, że gościu nie przeszedł, a przebiegł, i nie 4 000 km, a 20 000 km, to jeszcze pikuś. Ale jak On mówił o WIERZE! Tak pięknie wkomponował istotę wiary w swoją opowieść, że tylko się uczyć i naśladować. Naturalnie, skromnie i kontaktowo. To za słowa o sile wiary dostał największe brawa. A ja byłem zachwycony. Zaprosiliśmy Piotrka do stolika na wieczorne spotkanie prelegentów. Tam znowu dane mi było cieszyć się faktem, że zaszczyt takiego spotkania jest po mojej stronie. Było fantastycznie wesoło. Piotr ma ogromne poczucie humoru i dystansu do siebie. Słowem: katecheza. Może kiedyś ruszymy razem w drogę i modlitwę? Póki co, 12 marca rekolekcje w Zespołu Szkół nr 4 im. Armii Krajowej w Szczecinie, na zaproszenie uczącej tam, mojej serdecznej koleżanki Ani. Nazajutrz pierwszy z trzech dni rekolekcji w Schronisku dla Nieletnich na Modrej w Szczecinie. Chłopaki słuchali i chętnie śpiewali do wtóru gitary Tadeusza, który od wielu lat towarzyszy Leszkowi w ewangelizacji wśród więźniów. 21-go panel w Wyższej Szkole Humanistycznej Towarzystwa Wiedzy Powszechnej w moim mieście. Zaproszeni oficjele, a i samo miejsce, aż onieśmielało. Oprócz podziękowania na piśmie, dostałem też (wczoraj) kartę z życzeniami świątecznymi. Tyle fatygi... To robi wrażenie. 27-go w Warszawie, u Sióstr Loretanek, w rekolekcjach pomyślanych dla pracowników ich wydawnictwa, prócz Dominika i Romana, gościł też Szczepan, który „poszukuje” i po Kalwarii Zebrzydowskiej zawitał do naszych Braci ze Wspólnot Jerozolimskich. A ja wprosiłem się do posługi przy mszy celebrowanej w kaplicy SL przez biskupa Stanisława Stefanka! Znowu więc większy zaszczyt dla mnie, niż służba bliźnim rekolekcjami. Po nocy spędzonej w pociągu, na 18.oo stawiłem się w kościele w Płotach. Tam, za sprawą umawiającego mnie z dwa miesiące wcześniej kolegi z czasów więzienia (nie był więźniem), mówiłem do młodzieży przygotowującej się do bierzmowania. Później, choć pora młoda nie była, kolega ugościł mnie kolacją. Wspominam o tym, by móc powiedzieć o wysłuchanej u niego historii dziewczynki chorej na raka. Z jednej strony pozwoliło mi to kolejny raz w życiu utwierdzić się, że i tak jestem szczęściarzem, mimo niespełnienia życiowych pragnień. Ojciec dziewczynki może być przy niej każdego dnia. Ja przez swoją głupotę straciłem taką możliwość wobec syna. Jednak ten ojciec pewnego dnia otrzymał większy cios ode mnie i cały czas drży z niepokoju. A mój syn jest zdrowy. Wiara czyni cuda. Te dziecko, ta dziewczynka będzie przykładem. Przykładem dla kościoła o sile wiary i modlitwy. Bo modlą się o nią nie tylko rodzice, ale modli się pewien więzień. Mocno narozrabiał w życiu. W więzieniu jednak zostało mu dane poznawanie, odczuwanie znaczenie łaski Bożej. Wypełnia tę łaskę. Ofiarowuje siebie innym. To się nazywa KOŚCIÓŁ. Módlmy się za innych, bo nawet jak jest źle w naszym życiu, to wielu ma naprawdę gorzej. I na zakończenie, 4 kwietnia świadczyłem o łasce Pańskiej dwóm grupom gimnazjalistów z parafii św. Maksymiliana Kolbe na szczecińskich Pomorzanach. Duży spokój odczuwam po tych rekolekcjach. Jak zawsze zdałem się na Ducha Świętego. Jednak o ile czasami dopadał mnie niepokój, czy było według planu Bożego, to nie tym razem. Może dlatego, że sam otrzymałem swoisty znak. Otóż na jednym ze slajdów, z Maryją i apostołami w pięćdziesiątnicy, nad ich głowami uwidoczniony został Duch Święty jako gołębica. Niby nic nowego. Jednak... Ten kształt. Rozpostarte skrzydła to ramiona tałki! Tej tałki, która niedługo zawiśnie na mojej piersi, gdy wyruszę w najbliższą pielgrzymkę. I tu znowu prowokacyjnie zapytam: przypadek?
            Panie Boże błogosław!

piątek, 23 marca 2012

Idzie Człowiek na Północ

Hura! Pierwszy raz osobiście motam coś przy blogu. Zacząłem od wymiany mapki. Tej widocznej po prawej. Wcześniej była mniej dokładna. Teraz jest to, co być powinno. Czyli krzyż szlaku św. Olafa. Miejsce startu i mety. Flagi państw, przez które będę przechodził. Miasta, w których zajdę do grobów świętych. Jest dobrze!