Idzie Wojtek...
Pielgrzymowałem przez Polskę i przez Europę. Szedłem z Fatimy do Asyżu, potem z Polski przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię na Wyspę Utoya, modląc się za ofiary Andresa Brevika i za jego nawrócenie. Potem była pielgrzymka z Polski do Moskwy i z powrotem, a w tym roku wędrujemy do Brukseli. Ja wyruszę z Monte Cassino, Grzegorz idzie z Głogowca, a Roman z irlandzkiego Knock. Modlimy się o Europę cywilizacji miłości. Św. Benedykcie módl się za nami!
poniedziałek, 14 lipca 2014
Wyruszyłem z Monte Cassino
Wyruszyłem z Klasztoru na Monte Cassino 11 lipca, we wspomnienie św. Benedykta... on ten klasztor założył w V wieku i do dziś jest głównym patronem Europy. Do ciebie św. Benedykcie modlimy się w tej pielgrzymce idąc z trzech miast do Brukseli: oprócz mnie Roman z irlandzkiego maryjnego sanktuarium narodowego w Knock, Grzegorz z polskiego Głogowca. Mamy nadzieję spotkać się 14 września w Brukseli... w Dniu Podniesienia Krzyża Świętego.
niedziela, 23 czerwca 2013
Pielgrzymka Pojednania - mapa aktualizowana w czasie rzeczywistym
Aktualizowaną na bieżąco mapę obecnej Pielgrzymki znajdą Państwo pod adresem:
http://pielgrzymka-pojednania.blogspot.com/
Serdecznie zapraszamy!
poniedziałek, 6 maja 2013
Jan Paweł II - pielgrzymka dziękczynno-intencyjna.
Sam nie wiem. Może to już faktycznie
wiek po prostu. Choć obawiam się, że zaraz zostanę zakrzyczany,
że to pospolite lenistwo. A jest tak, że jak się idzie, to się
idzie i już. Nie ma problemów ze wstawaniem, ociągania się,
potrzebą autodopingu do wykonania koniecznych czynności. Po
powrocie do domu to się zmienia...
Po pielgrzymce „Krukowskiej”
dotarliśmy do Szczecina 29-go kwietnia wieczorem. Rano Roman miał
spokojne połączenie z Poznaniem. Pojechał. A ja miałem cały
niemal dzień na przygotowanie pielgrzymki 1-majowej. Cacy! Sama
pielgrzymka też cacy. Tylko czemu dopiero dziś, 6-go, ją opisuję.
Sam nie wiem. Może to już faktycznie wiek po prostu...
1-majowa pielgrzymka
dziękczynno-intencyjna za pontyfikat Jana Pawła II i o jego
kanonizację okazuje się, rozlała się szerokim kręgiem pośród
chrześcijan. Do nas, pielgrzymów miłosierdzia, idea dotarła przez
siostrę Asumptę. Podjęliśmy, oczywiście! Uruchomiłem nawet
Dominika, choć braciszkowi dzień doczesny gros czasu zabiera. Tak
więc „samotrzeć” w drogę się wybieraliśmy, choć każdy
gdzie indziej. Ja na ten przykład pomyślałem o Myśliborzu. I
pierwotnie pieszko iść chciałem. Około 70km. Dałoby się.
Problemem byłoby to, że aby dojść na sensowną godzinę, np. na
Godzinę Miłosierdzia, to musiałbym iść nocą. Tymczasem droga,
którą nigdy wcześniej nie szedłem, wiodła też przez lasy.
Trudno coś takiego zrealizować. No to komandosem nie jestem! Ale na
rowerku... tak, to było wykonalne. Rower trzeba było naprawiać. Po
jesiennej kraksie. Zakleiłem przebitą dętkę. Powyprostowywałem
pogięty bagażnik. Poczyściłem. Lekka konserwacja też została
dokonana. Czyta się szybko – naprawy dokonuje dłuuuuugooooo.
Około północy zauważyłem, że powietrze z łatanej dętki
uchodzi! Zapasowej było brak. Cóż, ponowne klejenie! I żadnej
gwarancji, że rano powietrze będzie w kole. A bez powietrza raczej
trudno jechać. Cała wyprawa stanęła pod pewnym znakiem zapytania.
Spać poszedłem około pierwszej. Chrrrrry! Śśśśśśśś! 6.3o.
Ciężko się wstaje. Godzinę później siadam na rower. Na początek
przez pół miasta. Na rogatkach okazuje się, że internetowa i ta w
telefonie mapa, wyznaczyły mi drogę przez Puszczę Bukową. Miejsce
urokliwe, ale krosowe dla mojego rowerka. Bruk i koleiny. Zaczęło
się więc fajnie. To pierwszy w sezonie kontakt z siodełkiem. Jak
ta „delikatna materia” wytrzyma te wszystkie wstrząsy? Trzeba
jechać. Drogi boczne wolne są od samochodów i panoramę piękną
oferują, ale bruk jednak jakby troszkę przywoływał do prozy.
Wyobraźnia starała się mnie przestraszyć wizją, co to będzie w
drodze powrotnej.
Jadę. I kontempluję. Jest pięknie.
Jak to na pielgrzymce. I te niespodzianki...
Na przykład tam, gdzie mapa wskazuje
drogę gminną, dziś jest ogromne, zaorane pole. I już! Rezon
straciłem na krótko.
Przedarłem się. I nawet - po żwirówce
- trafiłem na regionalną, międzygminną ścieżkę rowerową.
Zachód, normalnie! Tak to można jechać. Na półmetku jednak
awaria. I na asfalcie wróg czyha. Akurat dojechałem do Bani, gdy
zauważyłem, że ponownie trzeba kleić.
W tym miejscu konkretnie już chciałem
być w klasztorze na 15.oo. Oj, sprężałem się! To odbijało się
oczywiście na wytrzymałości organizmu. I kondycyjnych jego
ograniczeń przeskoczyć nie mogłem, i „miękkości” pewnych
jego części również. Do Myśliborza wjeżdżałem gdy mój budzik
w zegarku wydzwaniał 14.59. To bolało! Ile wcześniej i w tej
chwili myśli przebiegło przez głowę! Ile pytań! DLACZEGO?!? Tak
chciałem zdążyć. Ale równolegle było i poddanie się. Jako nie
mojej woli. Nie ma przypadków. Więc tak miało być. W jakimś
celu. I nie koniecznie też ja musiałem jasno to wiedzieć.
Najwidoczniej po prostu miałem się poddać. Trudno wyłączyć
rozczarowanie. Ale cichość wobec „wyższej woli” świeciła
jaśniej. Do kaplicy klasztoru Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego wszedłem w czasie
drugiej dziesiątki Koronki. Przyłączyłem się z marszu.
Po to jechałem. Ale w ławce wytrzymać ciężko było. Łapały mnie skurcze w nogi. Przy gwałtownym wysiłku tak bywa. Za to
miła niespodzianka tuż po modlitwie. Siostra dyżurująca tego dnia
w kuchni zaprosiła mnie i poczęstowała obiadem. Dyskutowanie z mojej strony nie miałoby sensu. Na obiad i tyle. Później chwila rozmowy. Bywałem wcześniej w
Myśliborzu. Raz na rekolekcjach, raz na kursie Emaus. Dwa razy
doszedłem z pielgrzymką z Rokitna. Kilka razy byłem indywidualnie.
A potem już droga powrotna. Nie kombinowałem mimo tych kilku
rozczarowań. Owe zaorane pola postanowiłem objechać po prostu. Przy objeździe – jak się okazało - też nie istniała droga widoczna na mapie w
telefonie. Ale byłem zbyt zadowolony z jednej strony i zmęczony z drugiej, aby marudzić.
Końcówkę jechałem już po zmroku.
Przez las w sporej części. Dobrze, że w większości było z
górki. Bo pod górkę prowadziłem rower już pieszo. Tak byłem
zmęczony, po tych w przybliżeniu 150km. Z przedmieścia pojechałem
już komunikacją miejską, by w domu usiąść około 23.oo. Tak
wyglądała pielgrzymka za i dla Jana Pawła II. Bogu niech będą
dzięki!
Wojtek
niedziela, 9 grudnia 2012
Eh, te Miłosierdzie...
Nie ma przypadków, czy tylko ten świat jest taki malutki po prostu? W niedzielę 2-go grudnia , po mszy, pewien ksiądz rekolekcjonista zaczął mówić o Miłosierdziu Bożym. No jak do mnie! Lada moment spotkamy się w gronie pielgrzymów miłosierdzia, a tu, proszę, rzecz o miłosierdziu właśnie. I to nietuzinkowo. Cała kwintesencja. Miłosierdzie, Fatima, Jan Paweł II. I cudy z tym związane. Kapłanem tym był Ksiądz Witold Pietrasiuk, pallotyn posługujący w Chorwacji. Prawda, że wszystko jak dla mnie?! Jestem pielgrzymem miłosierdzia. To z Fatimy wyruszałem rok temu w pielgrzymkę do Asyżu. W tym roku pielgrzymowałem przez Chorwację i spotkałem się tam z serdeczną gościną. Chorwaccy katolicy udzielili mi i Maćkowi (współpielgrzym: szukamyjezusa.pl) noclegu i wsparcia. Poczułem, gdy Ksiądz Witold mówił, że tak Bóg przemawia do swoich dzieci, które uszy mają zatkane jak moje. Zaczekałem na Księdza Witolda. Porozmawialiśmy. Wręczyłem mu mój pielgrzymi krzyż tau, z którym szedłem do Trondheim i jechałem do Manopello. Na co dzień go nie nosiłem, a tym razem akurat ubrałem(!). Ksiądz Protestował. Miałem jednak głębokie przekonanie, że tak ma być. Nie przywiązywać się do przedmiotów. Roman to ćwiczy, a ja podjąłem za nim. U mnie tałka pozostałaby już tylko jako pamiątka. A tam, w Chorwacji, Bóg jeden wie, co przez nią zechce zdziałać. W drugą stronę nabyłem książkę z płytą CD, kwestarski dar, oferowany przez panią z Chorwacji. Temat książki, jak wspomniałem powyżej, zapowiada się wręcz jak lektura obowiązkowa. Całą Ludzką Rodzinę Tobie, Matko Zawierzamy. To tytuł książki. A na płycie Akatyst. Cudowne wykonanie! Często będę słuchał. I zachęcam do znalezienia i wysłuchania. Zapewne w sieci są wykonania Akatystu. Ten mój spiewa Schola WŚSD z Katowic. I płytę, i książkę o Miłosierdziu Bożym zaprezentuję braci pielgrzymów miłosierdzia za kilka dni w Warszawie. Bardzo się na to cieszę.
piątek, 3 sierpnia 2012
Droga na Utoyę
Noclegi w starej rozpadającej się
szopie, w betonowym garażu i na werandzie mijanego letniego domku.
Czyli komandosi pełną gębą. Bo idę teraz z Romanem. Szybkość
bardzo spadła. Zaczęła się pielgrzymka! Bo góry. Jest jazda. O
opowiadaniach nie ma mowy. Po prostu nie mam siły i możliwości.
Szkoda, bo się dzieje. Pozdrowienia!
sobota, 28 lipca 2012
Wojtek dotarł do Trondheim
Wczoraj, po przejściu pieszo około 2000 kilometrów, Wojtek dotarł do norweskiego miasta Trondheim. Więcej informacji umieścimy wkrótce!
poniedziałek, 23 lipca 2012
Dziennik 22.07.12
22.07.12
Pospałbym jeszcze, oj, pospał. No, ale bardzo chcę być w Røros przed 16. To tylko 35km. stąd, więc całkiem realne. W drodze nic niezwykłego. Ot, podziwianie natury w ciszy. Czyli normalnie. Z tej natury jeden element jest jednak bardzo irytujący. Muchy. Gdy przechodzę przez las, to mam całą ich kompanię za sobą. I co czas jakiś próbuje któraś zrobić sobie ze mnie darmowy środek transportu. Często to się źle kończy dla takiej gapowiczki. Zdarzało mi się przenieść dżdżownicę z jezdni, ale dla much, komarów i meszek nie mam litości. W Szwecji jeszcze, miałem napisać o dwóch rodzajach cierpienia. Pierwszy, gdy muszę mijać słodziutkie poziomki. I drugi, gdy muszyska są natrętne nie do zniesienia. To taki paradoks, że skrajnie różne przyczyny, wywołują podobną emocję. A dziś przeszedłem swoją drogę i tyle mogę o niej powiedzieć. Nie dane mi było znaleźć się w świątyni, gdy wierni wielbią Imię Pańskie. Msza była o 12.3o. Ja doszedłem na rogatki pół godziny po 14.. Za to zaordynowałem sobie totalny wywczas. Na kempingu wziąłem pokoik! Szaleństwo. Ciągle mży, a ja tak pragnąłem wygody. Ot, pielgrzym, co?! Usprawiedliwia mnie to, że stary już jestem, czyli zmęczenie materiału. Za to duża ilość czasu i dostęp do Wi-Fi pozwoliły pouzupełniać zaległości wysyłkowe. No i jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Dziś pierwsza rocznica tragedii na Utoi. Trochę czasu spędziłem przed TV pośród Norwegów. Nawet dzieci zachowywały powagę. I chyba cały dzień na tym programie poświęcony był uczczeniu we wspólnocie tamtej tragedii. Tak, dobrze, że dzień dojścia na Utoję pielgrzymki Idzie Człowiek, wypada 11.
Pospałbym jeszcze, oj, pospał. No, ale bardzo chcę być w Røros przed 16. To tylko 35km. stąd, więc całkiem realne. W drodze nic niezwykłego. Ot, podziwianie natury w ciszy. Czyli normalnie. Z tej natury jeden element jest jednak bardzo irytujący. Muchy. Gdy przechodzę przez las, to mam całą ich kompanię za sobą. I co czas jakiś próbuje któraś zrobić sobie ze mnie darmowy środek transportu. Często to się źle kończy dla takiej gapowiczki. Zdarzało mi się przenieść dżdżownicę z jezdni, ale dla much, komarów i meszek nie mam litości. W Szwecji jeszcze, miałem napisać o dwóch rodzajach cierpienia. Pierwszy, gdy muszę mijać słodziutkie poziomki. I drugi, gdy muszyska są natrętne nie do zniesienia. To taki paradoks, że skrajnie różne przyczyny, wywołują podobną emocję. A dziś przeszedłem swoją drogę i tyle mogę o niej powiedzieć. Nie dane mi było znaleźć się w świątyni, gdy wierni wielbią Imię Pańskie. Msza była o 12.3o. Ja doszedłem na rogatki pół godziny po 14.. Za to zaordynowałem sobie totalny wywczas. Na kempingu wziąłem pokoik! Szaleństwo. Ciągle mży, a ja tak pragnąłem wygody. Ot, pielgrzym, co?! Usprawiedliwia mnie to, że stary już jestem, czyli zmęczenie materiału. Za to duża ilość czasu i dostęp do Wi-Fi pozwoliły pouzupełniać zaległości wysyłkowe. No i jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Dziś pierwsza rocznica tragedii na Utoi. Trochę czasu spędziłem przed TV pośród Norwegów. Nawet dzieci zachowywały powagę. I chyba cały dzień na tym programie poświęcony był uczczeniu we wspólnocie tamtej tragedii. Tak, dobrze, że dzień dojścia na Utoję pielgrzymki Idzie Człowiek, wypada 11.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

