24.06.12
Pisane na dunskiej klawiaturze.
Zaczne jednak od wczorajszej daty. Tam zakonczenie wygladalo sielsko. Bo bylo sielsko. Jednak... Gdy zostalem sam w przybudowce katechetycznej, to nie zabralem sie za porzadkowanie rzeczy i spraw. Wpierw podszedlem do znajdujacej sie w jednej z sal figury. Bylo to wyobrazenie Matki Bozej, bodajze w wizerunku z Guadalupe. Ukleklem, i kierujac swoje duchowe jestestwo ku niebu, bardzo goraco dziekowalem za tak dobre zakonczenie ciezkiego dnia. Szybko przyszla refleksja w czasie modlitwy, ze gdy przychodzi cudowne wybawienie z klopotow, to tak latwo ulega sie radosnemu uniesieniu. A co by bylo, gdybym musial isc na ten kemping i rozkladac namiot w deszczu? Czy wtedy bylbym w stanie dziekowac Bogu za cale dobro, ktore i tak przeciez posiadalem i ktorym bylem otoczony? A co by bylo, gdybym nie znalazl noclegu z jakichs wymyslnych powodow, gdybym musial dalej maszerowac, jak do Hamburga? Czy wtedy bym byl taki wylewny wobec Boga? Przyszla mi na mysl postac Hioba. Czy ja bym tak potrafil? Potrafilem prosic w tej chwili Pana, abym potrafil. Nie prosilem o trudne proby. Przeciwnie. Zgodzilem sie jednak na wole Boza proszac, abym nigdy nie byl w stanie odwrocic sie od Pana! I cos na ksztalt proby przyszlo. Caly dzien w deszczu! Pierwszy raz. Dzien monotonnej drogi w przemoczonych ciuchach, w chlupiacych butach, na dorzutke z wiatrem czesto wdzierajacym sie za kurtke. O tych butach to pomyslalem, ze moze to i dobrze. Moze sie wreszcie dopasuja do stop. Przeszedlem w nich prawie caly dzisiejszy dystans. A dystans ten wyniosl... 51 km! Nie z przerostu ambicji to wyniklo. Marzylem o koncu jeszcze przed 40-ka, ale nie bylo miejsca do spania na mojej drodze! Bylo mi zimno. A tymczasem sytuacja zmusila mnie, abym doszedl do Vejle, bo dopiero tam moglem szykac noclegu. Ostatnie 4 km. pokonywalem juz w laczkach, bo w butach wloklem sie niemilosiernie. A bylo po 20.oo. Za to przypomnialem sobie, ze w Vejle jest kosciol katolicki. Ksiadz Jan z Haderslev dal mi broszurke z wykazem wszystkich kosciolow katolickich w Dani. Zastukalem wiec do drzwi plebani w Vejle. Otworzyl czlowiek z kwadratowym, drewnianym krzyzykiem na piersi. Nie wiedzialem czy to ksiadz. Jako pierwszy pokazalem paszport pielgrzyma, proszac o stepel. Ale prosba o nocleg chyba zle zablrzmiala. Odnioslem wrazenie, ze na dach nad glowa nie mam co liczyc. Pan poszedl podbic paszport, a ja, bez cienia zlosci czy zalu powiedzialem: no coz Panie Boze, skoro taka twoja wola... Ok, to ide szukac przytuliska. I ta zgoda byla dla mnie samego budujaca. Sytuacja nie byla tak tragiczna, jak to moze tu wygladac. Bylem w miescie w ktorym na pewno bylo sporo miejsc noclegowych. Drogich zapewne, nie na moja pielgrzymia kieszen, ale byly. Nie wiemy jak Niebo reaguje na nasze intencje. Moje mikrofijat moglo tak zadzialac, ze wrocil do mnie z paszportem juz ksiadz. Posluchal tej mojej koridy jezykowej i zaprosil w progi. Pomogl wniesc bagaze, dal pokoj, osobiscie zmienil posciel, zszedl do kotlowni abym rozwiesil wszystkie mokre ciuchy. Chcial pogadac, ale malo bylem w stanie zrozumiec. Zrozumialem, ze z pochodzenia byl Belgiem. Ze w Dani ksieza katoliccy pochodza wlasnie z innych panstw. Ze moj gospodarz jest proboszczem tutaj, ale i na Horsens, do ktorego jutro zamierzalem dojsc. Bardzo bylem zmeczony. Ale znowu szczesliwy. Zmuszony przejsc taki szmat drogi, aby znalezc sie w progach kosciola. Kosciola, w sensie wspolnoty. Mocne doswiadczenie. Te pisanie nie oddaje przezyc. Coz, kazdy ma jednak swoja pielgrzymke, w ktorej i jemu Pan na pewno chce sie pokazac.
Pielgrzymowałem przez Polskę i przez Europę. Szedłem z Fatimy do Asyżu, potem z Polski przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię na Wyspę Utoya, modląc się za ofiary Andresa Brevika i za jego nawrócenie. Potem była pielgrzymka z Polski do Moskwy i z powrotem, a w tym roku wędrujemy do Brukseli. Ja wyruszę z Monte Cassino, Grzegorz idzie z Głogowca, a Roman z irlandzkiego Knock. Modlimy się o Europę cywilizacji miłości. Św. Benedykcie módl się za nami!
wtorek, 26 czerwca 2012
Drugie wejście. Osobiste!
17.06.12.
Koszmarnie mi sie idzie. No, cóz? Wczoraj zrobilem szmat drogi, a teraz, bez wypoczynku dla nóg, dalsze ich "eksploatowanie rabunkowe". Bola! Srednia musze miec fatalna. I jeszcze te slimaki. W nocy nie jestem w stanie ich omijac, a wylaza z traw stadami. No i autentycznie zasypiam w marszu. Miescina za miescina. Siapi i zime wiatrzysko. Przydaje sie ubiegloroczna kurtka zalatwiona przez nasza Iwonke, a podarowana przez Arka. Ale usiasc to nie ma jak. Mokro. Koszmar. Nogi bola okropnie. Ratuja przystanki autobusowe, ale nie przy kazdym jest lawka. Przedmiescia Hamburga to polaczone ciagiem miasteczka. Tak mi sie wydaje. Gdy w koncu jetem w Hamburgu, to klade sie na lawce i zapadam w drzemke. Troche doklada mi drogi sciezka rowerowa, ale nie ma lepszej drogi. Centrum. Robi wrazenie. W bardzo bliskiej odleglosci kilka kosciolów. Postanawiam isc do Polskiej Misji Katolickiej. Znajduje bez problemów. GPS w telefonie to praktyczna rzecz. Przychodze w trakcie mszy. Mszy po polsku. Nie wiem czy inne tez beda w naszym jezyku. Trudno. Msza to masza. Niezaleznie od jezyka. Mam "Oremus". Czekam przy biurze. W koncu podchodzi do mnie mlody ksiadz. Bez problemu reaguje na moja prosbe. Wózek do salki, moge sie przebrac i mam pare minut do nastepnej mszy. Madry ten Pan Bóg. Gdybym spal w Schwarzenbek, to móglbym nie zdazyc. A tak jeszcze ta ociupine cierpienia moglem ofiarowac w konkretnej intencji. Po ogloszeniach ksiadz iformuje, ze idzie taki oto pielgrzym. Wiec po mszy sporo osób wpisalo intencje. Siostra czestuje mnie obiadem, ale w salce pozostac nie moge. Dzis konczy sie rok szkolny i maja w niej spotkanie. Biedna ta siostra. Meczy ja widac to, ze musi mnie wyprosic. Ta walka rzuca sie w oczy. "Przypadkowy" parafianin, który wpadl w swoich sprawach, tak na chwile, bo spieszy sie tez w sprawach syna, obiecuje zaprowadzic mnie do Kalkutanek i przedlozyc prosbe siostry o przyjecie mnie na noc. Czyli siostrzyczka, mimo urwania glowy, robi cos dla pielgrzyma. Dla mnie wygrala. Takiej postawy uczyl Jezus. U Kalkutanek totalne zamieszanie. Tylko one wydaja dzis posilki biednym i tlum na 4 tury sie zebral. W wiekszosci Polacy i w wiekszosci, niestety, pod wplywem. Mój przewodnik nie zdolal porozumiec sie z siostra kalkutanka w ogólnym zamieszaniu. Seria telefonów. Cóz, musze poczekac z boku, az skonczy sie wydawka. Czekam z 3, a moze i 4 godziny. To doprawdy jest dalsza nauka cierpliwosci. Po tylu kilometrach i nocy bez snu. Przychodzi inny pan, pan Józef, rozmawia z Kalkutankami i okazuje sie, ze nie moga mnie przyjac. Maja na noc kobiety z problemami psychicznymi. Mam wrócic do Polskiej Misji Katolickiej i tam czekac. Bo albo ksieza cos wymysla, albo mój "przypadkowy" przewodnik wezmie mnie do siebie do domu. Przycupnalem na schodkach i... zasnalem. Przyszedl mój dobroczynca i wzial pod swój dach. Przedstawil bardzo uprzejma zone, z pochodzenia Peruwianke. Ich syna Dominika poznalem, gdy odprowadzal mnie z tata do Kalkutanek. Chlopak okolo 12-to letni. To jego pokój ofiarowano mi na te noc. Szkoda tylko, ze bylem tak zakrecony, iz nie zapytalem o imie swojego dobroczynce. No bo jak teraz wyglada powyzszy opis bez imienia czlowieka, który poswiecil mi tyle swojego czasu i podjal goscina?! Przepraszam! Bylem bardzo zakrecony w tym Hamburgu. Zdjec z ciekawymi ludzmi tez nie porobilem. Za to usnalem jak niemowle, przy dzwiekach które Dominik wydobywal z fortepianu. Taki bonus.
18.06.12.
Wyspany, slysze krzatanine. Mama szykuje Dominika do szkoly. Jego tato puka, bo chlopak chce sie pozegnac. Myje szybko rece. A Dominis wrecza mi saszetke ze slodyczami na droge. Rozumie, ze to osobisty prezent. Ja mu daje mala talke. Od razu ubral ja na szyje. Swietny dzieciak. Talki podarowalem tez gospodarzom. Nakarmiony, wyprowiantowany przez gospodynie na droge, ide w towarzystwie mojego dobroczyncy do... kosciola sw. Ansgara, czyli po naszemu Oskara. To cel mojej obecnosci w Hamburgu. Mój gospodarz zagaduje dwoch robotników krzatajacych sie przy biurze. Ksiedza nie ma, ale trzeba poczekac. Zegnamy sie. Dziekuje jak potrafie. Po malym wahaniu sciskamy sie na misia. To juz poufala, przyjacielska relacja. Znowu wiec podkresle, ze okropnie podpadlem nie poznajac imienia swojego dobroczyncy. A on musi juz isc do pracy. Ja ide do kosciola. Dziekuje za laske dotarcia tutaj. Bardzo mi na tym zalezalo. W duzej mierze przez to, ze to patron mojego ukochanego syna. Dziekuje do prawdy goraco. Czuje sie szczesliwy. Potem robie kilka zdjec. Relikwi zlozonej w oltarzu, to jest kosci przedramienia. Figury swietego, z jego atrybutem, czyli kosciolem na lewej rece. I wypisu o swietym Anzgarze, wywieszonego w kruchcie. Wracam do modlitwy, gdy jeden z robotników - który okazal sie byc Polakiem - poinformowal mnie, ze przyszedl ksiadz. Biegne do niego. Musze tu przeciez pozostawic pierwsza tablice pokoju. Przedstawiam sie, a potem ów Polak (o imieniu Mariusz), tlumaczy rozmowe. Ksiadz jest zaskoczony i troche zdezorientowany. Szybko jednak wyczuwa istote pielgrzymki. Czyta ulotke. A potem przyjmuje tablice. Nie wiedzialem przez cala droge jak to zrobie. A teraz, ot, dokonalo sie. Pan Bóg dal nawet tlumacza! Poprosilem o blogoslawienstwo i otrzymalem je, i nie tylko. Bo gdy padlo "Amen", ksiad ukleknal przede mna. Teraz ja nie wiedzialem co sie dzieje. Tymczasem tuz u moich stóp lezal krzyzyk. Maly, chyba srebrny, z agafkowym zapieciem. Kaplan wreczyl mi go. Wszystko wygladalo tak, jakby tak wlasnie mialo byc. Tak jakos symbolicznie. Podziekowalem i pozostalo mi jeszcze powierzyc Panu Jezusowi, Matce Przenajswietszej i sw. Oskarowi intencje zlozone na moje rece. Kochani! W swiatyni "Apostola Pólnocy", szystkie intencje zostaly przedstawione. Amen. Ucalowalem jeszcze relikwiarz swietego i w poczuciu spelnienia, taki radosny i lekki, dosc dlugo rozmawialem z Mariuszem. Przyniusl mi od ksiedza medal, jaki wreczja tutaj w szczególnych okazjach. Wiem, kto go dostanie ode mnie. Bo komu medal sw Oskara moze sie nalezec bardziej, niz... tak,tak - Oskarowi! Pozegnalem sie z Mariuszem i ruszylem do kosciola sw Jakuba. Zamierzalem spotkac sie z pastorem ? ?. Bardzo mi go polecal Marek, jako wielkiego milosnika szlaków jakubowego i olafowego. Marek napisal o tym w mailu. Nieco przekorne, ze odczytalem go dzis rano, bo wtedy dopiero uzyskalem wi-fi w domu, w ktorym mnie przyjeto na noc. A byla tez informacja, ze pastor moze mizorganizowac nocleg. Zabawne, prawda? Bylo - minelo. Teraz dogadujemy sie na temat szlaku w Dani. Dostaje wykaz albergów i spisuje sobie wieksze miasta na mojej drodze. Pastor ma specjalny kacik na pamiatki ze szlaków, wreczane mu przez goszczacych pieelgrzymów. Znajduje w nim miejsce i nasza mala talka. Wczesniej to pastor naklada mi na prawy przegub tasiemke z blogoslawienstwem i sam od siebie blogoslawi. Boze kochany! To takie oczywiste, ze mozna! Czemuz tak czesto jestesmy slepi, przez zle emocje i egoizm po prostu!? Pastor pokazuje mi jeszcz - z duma! - slup z drogowskazami do róznych miejsc pielgrzymkowych. A potem i tu przyszlo sie pozegnac i ruszyc dalej w droge. Ba! Latwo sie mówi. I latwo na mapie wyznacza trase. Nie jestem w stanie opisac, jak bladzilem i jakie emocje przezywalem. Z tym, ze nie bylo we mnie zlosci! I to jest jeden z wielkich darów pielgrzymowania - przyjmowanie z pokora wszystkiego, co mnie spotyka. I dobrego, i zlego. Dolozylo mi owe bladzenie pare ladnych kilometrów. Takich pustych, bo nie przyblizajacych do celu. Za to zapytany o droge wiekowy czlowiek z przejeciem wysluchal informacje o pielgrzymce, a potem kategorycznie wcisnal mi 5 euro. Sa w swiecie ludzie dla których wiara ma znaczenie? Sa! Tego dnia raz jeszcze opatrznosc wystawila mnie na próbe. Doczlapalem do malej miesciny i znalazlem nawet miejsce, gdzie byly pokoje. Nie moglem sie jednak dogadac. Zdesperowany zadzwonilem (koszta!) do Marka z Hamburga, aby zadzwonil do wlascicielki i dogadal. Wszystko zajete! Za godzine moge dostac za to garaz do dyspozycji. To i tak duzo, ale 4 km. dalej, w Quickborn, wiekszym miasteczku, jest sporo mozliwosci. 4 km. to mniej niz godzina. Ide! I mysle sobie, ze znowu nie po mojemu, a po Bozemu, i km. przybywa. Trafiam na tablice, ze jest tu katolicki kosciól. Tam sie kieruje. Co najmniej pieczec bedzie. A moze i nocleg. Przez uchylone okno slysze spiew w kosciele. Wchodze, klaniam sie Panu Jezusowi i kieruje do ludzi cwiczacych spiew. Jedna pani rozumie polski. Wyjasniam o co mi chodzi. Ksiedza nie ma. No to klops! Stepla tez nie bedzie. Trudno. Mówie, ze moge zaspiewac. Usmiechy i zgoda. Ide na srodek kosciola, dla lepszej akustyki, a potem niesmialo zaczynam "Maryjo, sliczna pani". Koncze juz na pelny glos. I chyba sie spodobalo, bo nasi niemieccy bracia wysluchali w ciszy, a potem byly brawa. I cos jeszcze. Nocleg. Niemieccy Katolicy zafundowali mi hotel! To sie nazywa kosciól.
19÷22.06.12. Nie daje rady z pisaniem. W dzien ide, a wieczorem zasypiam ze zmeczenia. Bedzie wiec krótko i opisowo. Stracilem przednie kolo. Odlamalo sie! "Przypadkiem" za chwile byl warsztat samochodowy. Mlodziutki chlopak bez problemu zajal sie sprawa. Wyrzucilismy kólko, a z jego widelca zrobilismy podpórke. Od tej pory wózek jedzie na dwóch kolach, ale stoi bez stalego trzymania go. W najblizszym wiekszym miescie zaszedlem do kosciola, po pieczatke. Ksiadz nazywal sie Kochanowski, ale po polsku nie mówil. Ponownie szalenstwo bladzenia, przy wyjsciu z Rentburga, jak wczoraj, z Flensburga. Ominac Schlezwik, to tez korowody. Mysle, ze dobra dniówke stracilem na puste kilometry. Z mojej i nie mojej winy. Bo czesto to gapiostwo, ale czasami mapa nie pokazuje, ze wczesniej opracowana droga nie wolno isc pieszo. Oczywiscie zostalem tez potraktowany jak kloszard. A jak! W duzych miastach ludzie odseparowuja sie. Sporo mmusi byc natretów, przez których tak sie dzieje. Ale tez i znieczulica ludzi bogatych zmienia reakcje i relacje. Podtrzymuje, ze generalnie Niemcy to uprzejmy naród. Ot, chocby ostatni nocleg na ich ziemi. Kemping w malusiej miescinie. Jestem sam. Przyjezdza gospodarz. Za pole namiotowe 6 eu i 2 eu za zeton do prysznica. Dogaduje sie, ze skoro jestem sam, to nie rozbije namiotu, lecz przespie te jedna noc w umywalni. Zrobiil wielkie oczy i dlugo krecil nosem. W koncu jakby co, to on nic nie wie. Ale przyjechali Dunczycy. Trudno - pomyslalem - trzeba rozbijac. Tymczasem przychodzi gospodarz, przerywa mi wymaczanie nóg w goracej wodzie z mydelkiem, i prowadzi mnie do domku, jakie sie stawia dzieciom w ogródku. Ale! W srodku pietrowe lózko z materacami. Ok? - pyta. Lol! Super - odpowiadam. I jeszcze pytal czy droge pokonuje w laczkach, bo tylko te u mnie widzial. Gdybym nie pokazal butów, to pewno i taki prezent bym otrzymal. Slowem - Niemiec! Doloze i te jakze istotna informacje, ze pierwsza opona dopelnila zywota. Przetarla sie. Jaj siostra jeszcze sie trzyma.Detka z przetartej otrzymala latke. Ot, duchowe informacje. Bylo sporo zdarzen, które obowiazkowo winny sie tu znalezc, ale nie zapisane od reki, po prostu umknely z pamieci. A co najgorsze, to nie moge obiecac poprawy.
23.06.12.
23. Tak stoi dzisiejsza data. Dzien musial byc dobry. 23 to dzien ojca - dzis wlasnie. 23 mam imieniny. 23 nr. nosil Michael Jordan. 23 mnie aresztowano... Ups! Z tym ostatnim to mnie ponioslo. Tak czy inaczej, lubie liczbe 23. Wczesnie sie obudzilem i czulem wyspany. Zjadlem sniadanko, co nie czesto mi sie zdarza. Nie pomylilem drogi! Sprawdzilem i poszedlem we wlasciwym kierunku. A droga byla dzis prosta jak sznurek w kieszeni. Zart! Naprawde byla prosta. I szlo mi sie niesamowicie. No bo skoro w sztywnych butach przeszedlem ponad 30 km..! Troszke mnie dzis pokropilo, ale tak bardziej dla straszenia. Przed eskalacja, krótka na szczescie, schowalem sie, bo akurat bylem w Aabensraa. Jeszcze w Niemczech, widzac ta nazwe na drogowskazach, usmiechalem sie, ze dla nas to kuriozum po dwa "a" na poczatku i jeszcze koncu. A pózniej szedlem przez te miasto. Na wlocie prawdopodobnie stoi elektrownia nuklearna. Takie wrazenie sprawia. Jesli dobrze zgadlem, to pierwszy raz bylem przy takim zakladzie. A pózniej poszedlem do kosciola sw. Ansgara. Niestety byl zamkniety na cztery spusty. Zywego ducha! No to pa i dalej. I to tak skutecznie, ze przeszedlem dzis 52 km. Nadrobilem dwa ostatnie, fatalne dni. Super ujmujacym zdarzeniem byl telefon od Oskara. Raczej nie nalezy do pamietajacych o datach i rocznicach. To tak po mnie. O dniu ojca jednak pamietal. Dochodzac do Haderslev z blaganiem w oczach rozgladalem sie za kempingiem. Nie bylo informacji. Zalamka. W miescie mozliwosci sa kiepskie. No to trzeba bylo popatrzec na koscioly. A jest ich tu kilka i o dziwnych nazwach. Zauwazylem kosciól z Maryja w nazwie. Czyli najprawdopodobniej katolicki. I faktycznie. I wiecej! "Msza w jezyku polskim o 17.oo." A na domofonie imie i nazwisko polskiego ksiedza. Tylko ze niikogo nie bylo na plebani. Tu po 20.oo, trzeba sie zdecydowac, wiec nie moglem czekac, nie majac zadnej pewnosci, ze ktos przyjdzie. Uprzejmy policjant dal mi mapke z zaznaczonym kempingiem, który okazalo sie, ze jadnak jest. Idac tam, przypomnialem sobie, ze jutro niedziela. Nie zapamietalem godzin mszy, cofnalem sie zeby to sprawdzic. A potem tak raz jeszcze, nacisnalem dzwonek na plebani i... spie dzisiaj na lózeczku polowym, a deszcze, chocby najmocniejsze, nie sa mi straszne. Chwala Panu!
Koszmarnie mi sie idzie. No, cóz? Wczoraj zrobilem szmat drogi, a teraz, bez wypoczynku dla nóg, dalsze ich "eksploatowanie rabunkowe". Bola! Srednia musze miec fatalna. I jeszcze te slimaki. W nocy nie jestem w stanie ich omijac, a wylaza z traw stadami. No i autentycznie zasypiam w marszu. Miescina za miescina. Siapi i zime wiatrzysko. Przydaje sie ubiegloroczna kurtka zalatwiona przez nasza Iwonke, a podarowana przez Arka. Ale usiasc to nie ma jak. Mokro. Koszmar. Nogi bola okropnie. Ratuja przystanki autobusowe, ale nie przy kazdym jest lawka. Przedmiescia Hamburga to polaczone ciagiem miasteczka. Tak mi sie wydaje. Gdy w koncu jetem w Hamburgu, to klade sie na lawce i zapadam w drzemke. Troche doklada mi drogi sciezka rowerowa, ale nie ma lepszej drogi. Centrum. Robi wrazenie. W bardzo bliskiej odleglosci kilka kosciolów. Postanawiam isc do Polskiej Misji Katolickiej. Znajduje bez problemów. GPS w telefonie to praktyczna rzecz. Przychodze w trakcie mszy. Mszy po polsku. Nie wiem czy inne tez beda w naszym jezyku. Trudno. Msza to masza. Niezaleznie od jezyka. Mam "Oremus". Czekam przy biurze. W koncu podchodzi do mnie mlody ksiadz. Bez problemu reaguje na moja prosbe. Wózek do salki, moge sie przebrac i mam pare minut do nastepnej mszy. Madry ten Pan Bóg. Gdybym spal w Schwarzenbek, to móglbym nie zdazyc. A tak jeszcze ta ociupine cierpienia moglem ofiarowac w konkretnej intencji. Po ogloszeniach ksiadz iformuje, ze idzie taki oto pielgrzym. Wiec po mszy sporo osób wpisalo intencje. Siostra czestuje mnie obiadem, ale w salce pozostac nie moge. Dzis konczy sie rok szkolny i maja w niej spotkanie. Biedna ta siostra. Meczy ja widac to, ze musi mnie wyprosic. Ta walka rzuca sie w oczy. "Przypadkowy" parafianin, który wpadl w swoich sprawach, tak na chwile, bo spieszy sie tez w sprawach syna, obiecuje zaprowadzic mnie do Kalkutanek i przedlozyc prosbe siostry o przyjecie mnie na noc. Czyli siostrzyczka, mimo urwania glowy, robi cos dla pielgrzyma. Dla mnie wygrala. Takiej postawy uczyl Jezus. U Kalkutanek totalne zamieszanie. Tylko one wydaja dzis posilki biednym i tlum na 4 tury sie zebral. W wiekszosci Polacy i w wiekszosci, niestety, pod wplywem. Mój przewodnik nie zdolal porozumiec sie z siostra kalkutanka w ogólnym zamieszaniu. Seria telefonów. Cóz, musze poczekac z boku, az skonczy sie wydawka. Czekam z 3, a moze i 4 godziny. To doprawdy jest dalsza nauka cierpliwosci. Po tylu kilometrach i nocy bez snu. Przychodzi inny pan, pan Józef, rozmawia z Kalkutankami i okazuje sie, ze nie moga mnie przyjac. Maja na noc kobiety z problemami psychicznymi. Mam wrócic do Polskiej Misji Katolickiej i tam czekac. Bo albo ksieza cos wymysla, albo mój "przypadkowy" przewodnik wezmie mnie do siebie do domu. Przycupnalem na schodkach i... zasnalem. Przyszedl mój dobroczynca i wzial pod swój dach. Przedstawil bardzo uprzejma zone, z pochodzenia Peruwianke. Ich syna Dominika poznalem, gdy odprowadzal mnie z tata do Kalkutanek. Chlopak okolo 12-to letni. To jego pokój ofiarowano mi na te noc. Szkoda tylko, ze bylem tak zakrecony, iz nie zapytalem o imie swojego dobroczynce. No bo jak teraz wyglada powyzszy opis bez imienia czlowieka, który poswiecil mi tyle swojego czasu i podjal goscina?! Przepraszam! Bylem bardzo zakrecony w tym Hamburgu. Zdjec z ciekawymi ludzmi tez nie porobilem. Za to usnalem jak niemowle, przy dzwiekach które Dominik wydobywal z fortepianu. Taki bonus.
18.06.12.
Wyspany, slysze krzatanine. Mama szykuje Dominika do szkoly. Jego tato puka, bo chlopak chce sie pozegnac. Myje szybko rece. A Dominis wrecza mi saszetke ze slodyczami na droge. Rozumie, ze to osobisty prezent. Ja mu daje mala talke. Od razu ubral ja na szyje. Swietny dzieciak. Talki podarowalem tez gospodarzom. Nakarmiony, wyprowiantowany przez gospodynie na droge, ide w towarzystwie mojego dobroczyncy do... kosciola sw. Ansgara, czyli po naszemu Oskara. To cel mojej obecnosci w Hamburgu. Mój gospodarz zagaduje dwoch robotników krzatajacych sie przy biurze. Ksiedza nie ma, ale trzeba poczekac. Zegnamy sie. Dziekuje jak potrafie. Po malym wahaniu sciskamy sie na misia. To juz poufala, przyjacielska relacja. Znowu wiec podkresle, ze okropnie podpadlem nie poznajac imienia swojego dobroczyncy. A on musi juz isc do pracy. Ja ide do kosciola. Dziekuje za laske dotarcia tutaj. Bardzo mi na tym zalezalo. W duzej mierze przez to, ze to patron mojego ukochanego syna. Dziekuje do prawdy goraco. Czuje sie szczesliwy. Potem robie kilka zdjec. Relikwi zlozonej w oltarzu, to jest kosci przedramienia. Figury swietego, z jego atrybutem, czyli kosciolem na lewej rece. I wypisu o swietym Anzgarze, wywieszonego w kruchcie. Wracam do modlitwy, gdy jeden z robotników - który okazal sie byc Polakiem - poinformowal mnie, ze przyszedl ksiadz. Biegne do niego. Musze tu przeciez pozostawic pierwsza tablice pokoju. Przedstawiam sie, a potem ów Polak (o imieniu Mariusz), tlumaczy rozmowe. Ksiadz jest zaskoczony i troche zdezorientowany. Szybko jednak wyczuwa istote pielgrzymki. Czyta ulotke. A potem przyjmuje tablice. Nie wiedzialem przez cala droge jak to zrobie. A teraz, ot, dokonalo sie. Pan Bóg dal nawet tlumacza! Poprosilem o blogoslawienstwo i otrzymalem je, i nie tylko. Bo gdy padlo "Amen", ksiad ukleknal przede mna. Teraz ja nie wiedzialem co sie dzieje. Tymczasem tuz u moich stóp lezal krzyzyk. Maly, chyba srebrny, z agafkowym zapieciem. Kaplan wreczyl mi go. Wszystko wygladalo tak, jakby tak wlasnie mialo byc. Tak jakos symbolicznie. Podziekowalem i pozostalo mi jeszcze powierzyc Panu Jezusowi, Matce Przenajswietszej i sw. Oskarowi intencje zlozone na moje rece. Kochani! W swiatyni "Apostola Pólnocy", szystkie intencje zostaly przedstawione. Amen. Ucalowalem jeszcze relikwiarz swietego i w poczuciu spelnienia, taki radosny i lekki, dosc dlugo rozmawialem z Mariuszem. Przyniusl mi od ksiedza medal, jaki wreczja tutaj w szczególnych okazjach. Wiem, kto go dostanie ode mnie. Bo komu medal sw Oskara moze sie nalezec bardziej, niz... tak,tak - Oskarowi! Pozegnalem sie z Mariuszem i ruszylem do kosciola sw Jakuba. Zamierzalem spotkac sie z pastorem ? ?. Bardzo mi go polecal Marek, jako wielkiego milosnika szlaków jakubowego i olafowego. Marek napisal o tym w mailu. Nieco przekorne, ze odczytalem go dzis rano, bo wtedy dopiero uzyskalem wi-fi w domu, w ktorym mnie przyjeto na noc. A byla tez informacja, ze pastor moze mizorganizowac nocleg. Zabawne, prawda? Bylo - minelo. Teraz dogadujemy sie na temat szlaku w Dani. Dostaje wykaz albergów i spisuje sobie wieksze miasta na mojej drodze. Pastor ma specjalny kacik na pamiatki ze szlaków, wreczane mu przez goszczacych pieelgrzymów. Znajduje w nim miejsce i nasza mala talka. Wczesniej to pastor naklada mi na prawy przegub tasiemke z blogoslawienstwem i sam od siebie blogoslawi. Boze kochany! To takie oczywiste, ze mozna! Czemuz tak czesto jestesmy slepi, przez zle emocje i egoizm po prostu!? Pastor pokazuje mi jeszcz - z duma! - slup z drogowskazami do róznych miejsc pielgrzymkowych. A potem i tu przyszlo sie pozegnac i ruszyc dalej w droge. Ba! Latwo sie mówi. I latwo na mapie wyznacza trase. Nie jestem w stanie opisac, jak bladzilem i jakie emocje przezywalem. Z tym, ze nie bylo we mnie zlosci! I to jest jeden z wielkich darów pielgrzymowania - przyjmowanie z pokora wszystkiego, co mnie spotyka. I dobrego, i zlego. Dolozylo mi owe bladzenie pare ladnych kilometrów. Takich pustych, bo nie przyblizajacych do celu. Za to zapytany o droge wiekowy czlowiek z przejeciem wysluchal informacje o pielgrzymce, a potem kategorycznie wcisnal mi 5 euro. Sa w swiecie ludzie dla których wiara ma znaczenie? Sa! Tego dnia raz jeszcze opatrznosc wystawila mnie na próbe. Doczlapalem do malej miesciny i znalazlem nawet miejsce, gdzie byly pokoje. Nie moglem sie jednak dogadac. Zdesperowany zadzwonilem (koszta!) do Marka z Hamburga, aby zadzwonil do wlascicielki i dogadal. Wszystko zajete! Za godzine moge dostac za to garaz do dyspozycji. To i tak duzo, ale 4 km. dalej, w Quickborn, wiekszym miasteczku, jest sporo mozliwosci. 4 km. to mniej niz godzina. Ide! I mysle sobie, ze znowu nie po mojemu, a po Bozemu, i km. przybywa. Trafiam na tablice, ze jest tu katolicki kosciól. Tam sie kieruje. Co najmniej pieczec bedzie. A moze i nocleg. Przez uchylone okno slysze spiew w kosciele. Wchodze, klaniam sie Panu Jezusowi i kieruje do ludzi cwiczacych spiew. Jedna pani rozumie polski. Wyjasniam o co mi chodzi. Ksiedza nie ma. No to klops! Stepla tez nie bedzie. Trudno. Mówie, ze moge zaspiewac. Usmiechy i zgoda. Ide na srodek kosciola, dla lepszej akustyki, a potem niesmialo zaczynam "Maryjo, sliczna pani". Koncze juz na pelny glos. I chyba sie spodobalo, bo nasi niemieccy bracia wysluchali w ciszy, a potem byly brawa. I cos jeszcze. Nocleg. Niemieccy Katolicy zafundowali mi hotel! To sie nazywa kosciól.
19÷22.06.12. Nie daje rady z pisaniem. W dzien ide, a wieczorem zasypiam ze zmeczenia. Bedzie wiec krótko i opisowo. Stracilem przednie kolo. Odlamalo sie! "Przypadkiem" za chwile byl warsztat samochodowy. Mlodziutki chlopak bez problemu zajal sie sprawa. Wyrzucilismy kólko, a z jego widelca zrobilismy podpórke. Od tej pory wózek jedzie na dwóch kolach, ale stoi bez stalego trzymania go. W najblizszym wiekszym miescie zaszedlem do kosciola, po pieczatke. Ksiadz nazywal sie Kochanowski, ale po polsku nie mówil. Ponownie szalenstwo bladzenia, przy wyjsciu z Rentburga, jak wczoraj, z Flensburga. Ominac Schlezwik, to tez korowody. Mysle, ze dobra dniówke stracilem na puste kilometry. Z mojej i nie mojej winy. Bo czesto to gapiostwo, ale czasami mapa nie pokazuje, ze wczesniej opracowana droga nie wolno isc pieszo. Oczywiscie zostalem tez potraktowany jak kloszard. A jak! W duzych miastach ludzie odseparowuja sie. Sporo mmusi byc natretów, przez których tak sie dzieje. Ale tez i znieczulica ludzi bogatych zmienia reakcje i relacje. Podtrzymuje, ze generalnie Niemcy to uprzejmy naród. Ot, chocby ostatni nocleg na ich ziemi. Kemping w malusiej miescinie. Jestem sam. Przyjezdza gospodarz. Za pole namiotowe 6 eu i 2 eu za zeton do prysznica. Dogaduje sie, ze skoro jestem sam, to nie rozbije namiotu, lecz przespie te jedna noc w umywalni. Zrobiil wielkie oczy i dlugo krecil nosem. W koncu jakby co, to on nic nie wie. Ale przyjechali Dunczycy. Trudno - pomyslalem - trzeba rozbijac. Tymczasem przychodzi gospodarz, przerywa mi wymaczanie nóg w goracej wodzie z mydelkiem, i prowadzi mnie do domku, jakie sie stawia dzieciom w ogródku. Ale! W srodku pietrowe lózko z materacami. Ok? - pyta. Lol! Super - odpowiadam. I jeszcze pytal czy droge pokonuje w laczkach, bo tylko te u mnie widzial. Gdybym nie pokazal butów, to pewno i taki prezent bym otrzymal. Slowem - Niemiec! Doloze i te jakze istotna informacje, ze pierwsza opona dopelnila zywota. Przetarla sie. Jaj siostra jeszcze sie trzyma.Detka z przetartej otrzymala latke. Ot, duchowe informacje. Bylo sporo zdarzen, które obowiazkowo winny sie tu znalezc, ale nie zapisane od reki, po prostu umknely z pamieci. A co najgorsze, to nie moge obiecac poprawy.
23.06.12.
23. Tak stoi dzisiejsza data. Dzien musial byc dobry. 23 to dzien ojca - dzis wlasnie. 23 mam imieniny. 23 nr. nosil Michael Jordan. 23 mnie aresztowano... Ups! Z tym ostatnim to mnie ponioslo. Tak czy inaczej, lubie liczbe 23. Wczesnie sie obudzilem i czulem wyspany. Zjadlem sniadanko, co nie czesto mi sie zdarza. Nie pomylilem drogi! Sprawdzilem i poszedlem we wlasciwym kierunku. A droga byla dzis prosta jak sznurek w kieszeni. Zart! Naprawde byla prosta. I szlo mi sie niesamowicie. No bo skoro w sztywnych butach przeszedlem ponad 30 km..! Troszke mnie dzis pokropilo, ale tak bardziej dla straszenia. Przed eskalacja, krótka na szczescie, schowalem sie, bo akurat bylem w Aabensraa. Jeszcze w Niemczech, widzac ta nazwe na drogowskazach, usmiechalem sie, ze dla nas to kuriozum po dwa "a" na poczatku i jeszcze koncu. A pózniej szedlem przez te miasto. Na wlocie prawdopodobnie stoi elektrownia nuklearna. Takie wrazenie sprawia. Jesli dobrze zgadlem, to pierwszy raz bylem przy takim zakladzie. A pózniej poszedlem do kosciola sw. Ansgara. Niestety byl zamkniety na cztery spusty. Zywego ducha! No to pa i dalej. I to tak skutecznie, ze przeszedlem dzis 52 km. Nadrobilem dwa ostatnie, fatalne dni. Super ujmujacym zdarzeniem byl telefon od Oskara. Raczej nie nalezy do pamietajacych o datach i rocznicach. To tak po mnie. O dniu ojca jednak pamietal. Dochodzac do Haderslev z blaganiem w oczach rozgladalem sie za kempingiem. Nie bylo informacji. Zalamka. W miescie mozliwosci sa kiepskie. No to trzeba bylo popatrzec na koscioly. A jest ich tu kilka i o dziwnych nazwach. Zauwazylem kosciól z Maryja w nazwie. Czyli najprawdopodobniej katolicki. I faktycznie. I wiecej! "Msza w jezyku polskim o 17.oo." A na domofonie imie i nazwisko polskiego ksiedza. Tylko ze niikogo nie bylo na plebani. Tu po 20.oo, trzeba sie zdecydowac, wiec nie moglem czekac, nie majac zadnej pewnosci, ze ktos przyjdzie. Uprzejmy policjant dal mi mapke z zaznaczonym kempingiem, który okazalo sie, ze jadnak jest. Idac tam, przypomnialem sobie, ze jutro niedziela. Nie zapamietalem godzin mszy, cofnalem sie zeby to sprawdzic. A potem tak raz jeszcze, nacisnalem dzwonek na plebani i... spie dzisiaj na lózeczku polowym, a deszcze, chocby najmocniejsze, nie sa mi straszne. Chwala Panu!
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Dziennik Wojtka - od 10.06.2012 do 16.06.2012
Ze względu na utrudniony dostęp do internetu, w szczególności w drodze między miastami, trudno jest wysyłać regularnie notatki, dlatego zdecydowaliśmy, że ze względu na sposób działania bloga, najwygodniej będzie umieszczać je większymi porcjami, z datą OD - DO. Do wyboru mieliśmy tworzenie od razu kilku nowych notatek - ale data notatki nie byłaby zgodna z dniem, który dany opis pokrywa. Moglibyśmy również tworzyć notatki z datą wstecz - ale to rozwiązanie zupełnie odpada. Reasumując, notatki, które powstają w czasie drogi, publikowane będą porcjami, pokrywając kilka dni w jednym poście.
Notatka: 10.06.12
Od Ottona do Ottona! Ze Szczecina wyszedłem z parafii św. Ottona, a w Pasewalku kościół katolicki ma tego samego patrona. Na razie siedzę przed plebanią i mam czas na pisanie, bo nikt nie otwiera. Co będzie dalej? Będę czekał do skutku. Po pierwsze - muszę podbić paszport pielgrzyma. Po drugie - w Pasewalku nie ma kempingu, więc muszę prosić o pozwolenie na rozbicie namiotu tutaj, na skwerku. Jest fajne miejsce pod lipami, schowane za garażami, a więc hałas z ulicy będzie mniejszy. Oby tylko ktoś się zjawił! Przeszedłem dziś dobre 40 km. Dodać sobie dodałem, a jakże, przez pomylenie drogi już na początku, ale około 1 km., więc nie ma o czym mówić. Pogodę trafiłem idealną. Lekko zachmurzone niebo chroniło przed słońcem. Skwar tonował przyjemny wiaterek. I tak sobie szedłem w tych nowych butach. Trzeci dzień. Ale z przerwą czterech. W tym trzy wizyty u fizykoterapeuty. Oj, przydał się kontakt z panem Markiem! Co fachmen, to fachmen. Podparty wcześniej zrobionym zdjęciem rentgenowskim, spokojnie mógł ponaciągać, porozluźniać, a i postrzelac również co niektórymi stawami stopy. A zaaplikowanie trzech sesji z urządzeniem zwanym bodajże pulsometrem, było genialne. Obrzęk zszedł całkowicie i nadwyrężone ścięgna przestały boleć. Od Loknitz jednak buciki zastąpiłem chińskimi, lanymi klapkami. Czyli po około 25 km. Nie forsuję zgrywania się stóp z butami, tym bardziej, że forsuję tempo. Jeśli chcę zdążyć do Trondheim, do grobu św. Olafa na dzień jego święta, muszę iść szybko. Przyjechał ksiądz. Pogadaliśmy. Nie ma problemu z namiotem. Toaleta i prąd do dyspozycji. Co więcej, to się nie narzucam. A namiot jest śwyetny. To prezent od Lucyny, miłośniczki dróg Camino, z Warszawy. Lucyna w tej chwili bodajże, pielgrzymuje do Ziemi Świętej. Krzysztof, który wynajmuje mieszkanie w Loknitz (pracuje w Szczecinie!), zaprosił mnie na cherbatę. Dokończyliśmy rozmowę z drogi, gdzie się spotkaliśmy, gdy wracał z przejażdżki rowerowej. Podkręcił mi tempo marszu. Jakoś automatycznie przyśpieszłem przy rowerze. A chwilę wcześniej wlokłem się ledwie. Ciekawe! Kucha dnia, to zgubiona rejestracja. A tak! Zrobiłem sobie taką. Za słabo jednak była przyklejona i teraz leży sobie gdzieś na drodze. Tekst ten prześlę Grzesiowi do wklejenia na stronę dopiero gdy załapię się gdzieś po drodze na darmowe wi-fi. Droga długa i trzeba oszczędzać, co jest zresztą cnotą.
Notatka: 12.06.12
Wyszedłem przy siąpiącym deszczyku. ... Nie zapisałem. Zapomniałem, co napisać miałem. Takie też się zdarzać będą. ... Doszedłem do Mollenhagen. Jest kościół, może będzie pastor. Może poproszę o miejsce pod namiot. Pani ze stacji benzynowej tłumaczyła jak dojść do kościoła, ale i wyjaśniła, że pastor to mieszka w następnej miejscowości. Nie idę! Śpię tutaj. Przy stacji? Nie ma problemu! I jeszcze z łazienki korzystam. Za 3 euro, ale warto, bo prócz prysznica golę brodę i głowę.
Notatka: 11.06.12
Wczoraj ćwiczyłem prowadzenie wózka. Dziś ćwiczyłem spanie w czasie drogi, opierając się na jego rączce. Pierwsze okazało się dość proste, ale zanim do tego doszedłem... Nie, nie używałem brzydkich słów, choć powody były. Nie chciał jechać prosto. Dopiero gdy dokręciłem śróbę mocującą przednie koło, te przestało się chybotać i znosić wózek na boki. Spanie nawet, nawet mi wychodziło. Tylko nie mogłem opierać się całym ciężarem poprostu. A około południa spać mi się chciało przeokropnie. Słońce niemal cały dzień było za chmurami, a to oznaczło niskie ciśnienie. Na mnie to działa. Kubek kawy w przydrożnej gasztetce polepszył znacznie moją wydolność. Do moich stałych modlitw na drogę Ania dorzuciła mi Anioł Pański. Wyrabiam się spokojnie. A nawet jeszzcze lepiej układa się czas. Ze zdarzeń dobrych, to podniosłem z chodnika nielotnego jeszcze wróbelka. Wcale nie uciekał o dziwo. Wrzuciłem go na dach przystanku i dorzuciłem mu pół bułki. Jeśli jego rodzice obserwowali go, to chyba ma szansę przeżyć. Ciekawostka, że szedłem przez Strasburg! Ten był nieporównywalnie mniejszy od francuskiego. W pewnej wiosce zainteresował się mną plicjant. Ostatecznie "pouczył", aby iść lewą stroną szosy. Nie wszyscy kierowcy mają takie samo zdanie. Klakson i gestykulacja starszego pana do miłych nie należały. Młody chłopak był jeszcze złośliwszy. Zatrąbił w momencie mijania mnie. Ale to epizody. Ogólnie kierowcy są do przesady cierpliwi i nie brakuje akcentów sympatii, jak chćby pozdrawiający mnie żołnierz Bundeswery z mijającej mnie kolumny. Trzech Poznaniaków zatrzymało się, aby pogadać. Wcisneli truskawki, jabłko i pomidora. To chyba akurat mieli w szoferce. A potem, obalając obiegową opinię, wcisneli mi garść euro. Najfajniejsze jednak było ich żywe zainteresowanie. Odwdzięczyłem się dając każdemu małą tałkę - symbol pielgrzymki, zrobiobione specjalnie na takie okazje przez Piotra z Warszawy. Dzień był udany. Szedłem do wieczora i w końcówce wisiałem na wózku, ale zrobiłem ponad 40 km. Oby tak dalej! Nocleg wypadł przy zagrodzie młodego gospodarza. Był prąd, woda i miejsce na namiot. A doprowadził mnie tam inny pan, taki widać lubiący nadużywać. I bez znajomości języka można się dogadać.
Notatka: 13.06.12
Nie jest dobrze najeść się przed snem. Nie przespałem nocy snem głębokim, jak poprzednią. A wstałem już kwadrans po czwartej. Pewnie później się to odbije. Nic to! Spanie w czasie drogi już ćwiczyłem. Nie ubieram butów. Idę w klapkach. Do Waren idę niemal za jednym razem. A to 14 km. No, były ze dwa przystanki, ale króciutkie. Wreszcie dostaję pieczątkę do paszportu pielgrzyma. Nie w kościele katolickim, bo mimo, że otwarty, to jednak nie było nikogo z duchowieństwa. Kawałk drogi wcześniej mijałem Carritas. Miła pani zaprowadziła mnie do brata..., hm! imię mi uciekło... Ten mi jednak podbił bez problemów. A potem zachwycałem się miasteczkiem i jego terenami rekreacyjnymi, z parkiem naturalnym włącznie. Nic dziwnego. To miejscowość wypoczynkowa. Tuż za, w przerwie na posilenie się, gdy tak spojrzałem w niebo między koronami sosen, to... Bóg był tak blisko! A potem szedłem ścieżkami rowerowymi poprzez lasy. Zapach traw był po prostu upojny. Przypomniał mi wczesne dzieciństwo, gdy z grupą maluchów chodziliśmy na spacery do pobliskiego parku-lasku. Pięknie się modli w takich okolicznościach. Mijający mnie rowerzyści uśmiechali się serdecznie i pozdrawiali. Kilku grupkom wręczyłem ulotki i wyjaśniłem kto ja i gdzie zmierzam. W takich chwilach zapominałem o coraz bardziej bolących nogach. Po 38 km po prostu stanąłem. I to na kilka ledwie przed zamierzonym na dziś końcem. Jako dobry pretekst przyjąłem konieczność zjedzenia czegoś teraz, by potem przetrawć przed snem maszerując. Przyszło jednak podreptać więcej niż zamierzałem. W Alt Schwerin trafiłem na emerytowanego pastora. Nie posiadał pieczęci. Spytał czy mam jedzenie. Wolałbym pytanie, czy mam gdzie spać. Do kempingu musiałem iść jeszcze 3 km. I nie położyłem się wcześnie spać. Za te pieniądze musiałem wykorzystać wszystkie możliwości, tj. pranie, kompanie i gotowanie... ale już tylko herbatki. Jeju, jak taka herbata smakuje!
Notatka: 14.06.12
Z rana przeczytałem wczorajsze czytania. Inaczej niż do tychczas spojrzałem na św. Mateusza w rozdziale 5, gdzie powiedziane jest " Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. ... A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego." Skoro cały sens pielgrzymki polega na krzyczeniu o Cywilizacji Miłości, to oznacza to, że wszystkich ludzi na świecie uznaję za dzieci Boże. A każde dziecko Boże jest mibratem... Dzień był zoologiczny. Trawy porastające przydrożny rów były tak wysokie, że ukryły jelonka. Ten jednak na dźwięk mojego głosu nie wytrzymał i zaczął uciekać. Tak nieszczęśliwie dla niego, że wyskoczył przy drodze. Spojrzał w przeciwną stronę, a potem w moją. Jeju! Jaką on woltę wykonał! Miałem ubaw. A potem blisko jezdni w zbożu żerowało ze 20 żurawi. Aut się nie bały. Przede mną większość jednak przezornie odleciała. Z kilku ptaków drapieżnych jeden dziwnie zaczął się zbliżać do mnie. Leżałem w czas odpoczynku, a on kołował co rusz niżej. Pomachałem mu stopą. Odleciał. Czy ptaki mają zmysł powonienia? I clou wieczoru. Leżę już, myślę tylko jakby tu zasnąć mimo pragnienia (skończyła mi się woda), i słyszę polskią mowę! Wypad z namiotu, w piżamowych spodniach, witam się i proszę o wodę. Poznałem polaków, którzy przyjechali do siostry i szwagra, którzy z kolei wyjechali z Polski 20 lat temu i tu się osiedlili. Ich dom stał przy boisku, przy którym rozłożyłem namiot. Mały ten świat!
Notatka: 15.06.12
Dziwne, że usłyszałem budzik. Nie wyspałem się. Wieczorem dobrą godzinę straciłem na naprawę rączki wózka. Odłamała się! Chińszczyzna! No, ale fakt, że dużo musiała znosić. Za to poznany wczoraj rodak, przyniusł mi kanapki i gorącą, cytrynową herbatę! Hmm! Cuuudo! Nogi bolą od rana. Dziwne, bo miękkie adidaski podrażniają dopiero co zaleczoną kontuzję. Ale ubieram je i ruszam. W pewnym momencie musiałem zjechać na miękkie pobocze, ustępując samochdom. I... Przejechałem nad myszką. Myślałem, że nie żyje. Ale zatrzymałem się, schyliłem, przyjrzałem, a ona trzymała jakieś nasionko i tylko zamarła w bezruchu. Nie uciekła nawet gdy pogłaskałem ją różańcem. I to ze trzy razy. Rozbujałem się. Wreszcie znalazłem market w którym mogę płacić moją kartą. I to w takim, którego w Polsce nie widziałem. W dwóch popularnych u nas mojej karty nie honorują. Popiłem dopalacza, czyli coli i wtedy zacząłem "robić kilometry". I jakie to sympatyczne, że na obwodnicy Schwerina kilku kierowców zatrąbiło aby mnie pozdrowić. Generalnie Niemcy są bardzo uprzejmi. Bardzo się też ucieszyłem z telefonu od Romana. Normalnie unikam rozmów, bo później ciężko się wypłacić. Tej rozmowy nie mogłem sobie odmówić. Wierzę też, że są tacy, którzy czekają na opisy z drogi, takie jak choćby ten. Muszę więc jutro znaleźć darmowe wi-fi i wysłać, bo mimo zmęczenia piszę każdego wieczora. Nie liczyłem dziś kilometrów. Domyślałem się, że 40-kę osiągnę. W pewnym momencie miałem dość. Myślałem, że dalej nie zrobię kilku kroków. W wiosce, do której doczłapałem, spytałem o pokoje noclegowe. Tak, byłem gotów wywalić choćby i 20 euro. Pan mi powiedział, że najbliższe to w Wittenburgu. Załamałem się. Tym bardziej, że wszystko wskazywało, że zaraz lunie. Jednak do miasta nie było jak się obawiałem 8 km., lecz tylko 3. Psychologiczna różnica. Dostałem od pana flachę gazowanej wody i podreptałem. Kościół, katolicki, był zarqaz przy wejściu do miasta. A przy nim sporo nowoczesnych zabudowań. I tylko księdza nie było. Zanim to stwierdziłem, przez dłuższy. czs mogłem cieszyć się modlitwą i śpiewaniem w ciszy kościoła. Lubię, gdy jestem sam w takiej świątyni. Nie krępuję się śpiewać. A tu na dodatek nie powstrzymałem się od silnych wzruszeń. Dzień był ciekawy. O świcie człapałem śpiąc jeszcze. Potem nabrałem tak radosnego wigoru, że unosiłem ręce i wołałem "dzięki, Boże!". Wieczorem padałem ze zmęczenia i przez ból całych nóg. Teraz mogłem pochlipać w świątyni oczekując w niepewności na przyjazd księdza. Niemieckiego księdza. Kościół był otwarty, wię przyje chać musiał. Ale czy użyczy schronienia, czy skończy się na stemplu w paszporcie pielgrzyma? Tymczasem było znacznie po 21.oo. a jeszcze trzeba się oporządzić. Ksiąd okazał się radosnym człowiekiem. Oczywistym dla niego było przyjęcie pielgrzyma. Za kolację podziękowałem, bo pełny żołądek to zły sen. Za to podarowane truskawki zjadłem z rozkoszą. Przed zgaszeniem światła pograłem jeszcze na gitarze. A potem kanapa... eeech!
Notatka: 16.06.12
Monotonia drogi. Ubrałem "sztywne buty". Teraz niech nogi odpoczną od miękkich. Ciężko się idzie. Nie ma tej swobody co w adidasach. Po 20 km z ulgą zdejmuję je, siadam na krzesełku przy kafejce, czekam, bo pani sprząta, a ja marzę o kawie. Ukazuje się druga pani i... informuje mnie, że zamykają! Zwijają też krzesełka. No, ta! Faktycznie w sobotę zamykają o 12.3o. Ale pech! Przenooszę się na przystanek autobusowy, na drugą stronę ulicy. I z tej perspektywy zauważam na ścianie kafejki kontakty. Po paru minutach piję gorącą, aromatyczną elgrejkę. A tak! Mam ze sobą grzałkę elektryczną. Doszedłem do Schwarcebek. Choć 3 km. musiałem usiąść i dać odpocząć nogom. Nie ma księdza. Za to spowodowałem małą panikę w przykościelnym domu samotnej matki. Mężczyzna źle się kojarzy. Jedna z pań okazuje się być Polką. Przyszła do koleżanki Rosjanki. Wysłuchała mnie i zaproponowała nocleg u niej, ale na podłodze, bo mieszkanie w malowaniu. Zestawiłem już wózek do piwnicy, gdy pani zeszła z przeprosinami. Jej chłopak nie chce gościa w domu. To on maluje i zagroził porzuceniem pracy. Ostro. Ale i tak bywa. A ja jestem w kropce. Księdz nie ma i raczej nie będzie. Wracamy jednak pod kościół. Trochę poczekam pisząc w tym czasie. Nawiązuje się rozmowa z Polką i rosjanką. Pytania typowe. Co mi daje takie pielgrzymowanie? Z czego się utrzymuję? A potem te najczęstsze - czemu Pan Bóg pozwala na zło na tym świecie. Klasyka. Osoby boleśnie doświadczone mają pretansje do Boga. Choć w tym przypadku to kościół je przygarnął i dał schronienie. Na koniec Polka podziękowała mi za rozmowę. Coś z niej chyba przyswoiła. A ja ruszam do ewangelików. Na dzwonki nikt nie odpowiada. Ale gdy już chcę zrezygnować, nadchodzi młody człowiek, indyjskiej urody, informuje, że pastora w sobotę to nie złapię. Przejął się jednak pielgrzymką i moją sytuacją. Wciska mi pięć euro. Rozmyśla na głos co by tu zaradzić. Na dobry początek przynosi mi jedzenie i picie. Potem zatrzymuje policję aby mnie dowieźli do taniego domu noclegowego (bez skutku). Na koniec tłumaczy, gdzie taki jest i prosi o modlitwę za niego, ewangelika. Daję mu zeszyt. Wpisuje intencję. Pan Bog na pewno zna niemiecki! Osobna historia ile się naszukałem owego zimmerfrei. Chyba znowu była to nauka cierpliwości i zgody na niepowodzenia. Ostatecznie postanawiam po prostu iść do hamburga. Właśnie mija północ. Przede mną 46 km.
Notatka: 10.06.12
Od Ottona do Ottona! Ze Szczecina wyszedłem z parafii św. Ottona, a w Pasewalku kościół katolicki ma tego samego patrona. Na razie siedzę przed plebanią i mam czas na pisanie, bo nikt nie otwiera. Co będzie dalej? Będę czekał do skutku. Po pierwsze - muszę podbić paszport pielgrzyma. Po drugie - w Pasewalku nie ma kempingu, więc muszę prosić o pozwolenie na rozbicie namiotu tutaj, na skwerku. Jest fajne miejsce pod lipami, schowane za garażami, a więc hałas z ulicy będzie mniejszy. Oby tylko ktoś się zjawił! Przeszedłem dziś dobre 40 km. Dodać sobie dodałem, a jakże, przez pomylenie drogi już na początku, ale około 1 km., więc nie ma o czym mówić. Pogodę trafiłem idealną. Lekko zachmurzone niebo chroniło przed słońcem. Skwar tonował przyjemny wiaterek. I tak sobie szedłem w tych nowych butach. Trzeci dzień. Ale z przerwą czterech. W tym trzy wizyty u fizykoterapeuty. Oj, przydał się kontakt z panem Markiem! Co fachmen, to fachmen. Podparty wcześniej zrobionym zdjęciem rentgenowskim, spokojnie mógł ponaciągać, porozluźniać, a i postrzelac również co niektórymi stawami stopy. A zaaplikowanie trzech sesji z urządzeniem zwanym bodajże pulsometrem, było genialne. Obrzęk zszedł całkowicie i nadwyrężone ścięgna przestały boleć. Od Loknitz jednak buciki zastąpiłem chińskimi, lanymi klapkami. Czyli po około 25 km. Nie forsuję zgrywania się stóp z butami, tym bardziej, że forsuję tempo. Jeśli chcę zdążyć do Trondheim, do grobu św. Olafa na dzień jego święta, muszę iść szybko. Przyjechał ksiądz. Pogadaliśmy. Nie ma problemu z namiotem. Toaleta i prąd do dyspozycji. Co więcej, to się nie narzucam. A namiot jest śwyetny. To prezent od Lucyny, miłośniczki dróg Camino, z Warszawy. Lucyna w tej chwili bodajże, pielgrzymuje do Ziemi Świętej. Krzysztof, który wynajmuje mieszkanie w Loknitz (pracuje w Szczecinie!), zaprosił mnie na cherbatę. Dokończyliśmy rozmowę z drogi, gdzie się spotkaliśmy, gdy wracał z przejażdżki rowerowej. Podkręcił mi tempo marszu. Jakoś automatycznie przyśpieszłem przy rowerze. A chwilę wcześniej wlokłem się ledwie. Ciekawe! Kucha dnia, to zgubiona rejestracja. A tak! Zrobiłem sobie taką. Za słabo jednak była przyklejona i teraz leży sobie gdzieś na drodze. Tekst ten prześlę Grzesiowi do wklejenia na stronę dopiero gdy załapię się gdzieś po drodze na darmowe wi-fi. Droga długa i trzeba oszczędzać, co jest zresztą cnotą.
Notatka: 12.06.12
Wyszedłem przy siąpiącym deszczyku. ... Nie zapisałem. Zapomniałem, co napisać miałem. Takie też się zdarzać będą. ... Doszedłem do Mollenhagen. Jest kościół, może będzie pastor. Może poproszę o miejsce pod namiot. Pani ze stacji benzynowej tłumaczyła jak dojść do kościoła, ale i wyjaśniła, że pastor to mieszka w następnej miejscowości. Nie idę! Śpię tutaj. Przy stacji? Nie ma problemu! I jeszcze z łazienki korzystam. Za 3 euro, ale warto, bo prócz prysznica golę brodę i głowę.
Notatka: 11.06.12
Wczoraj ćwiczyłem prowadzenie wózka. Dziś ćwiczyłem spanie w czasie drogi, opierając się na jego rączce. Pierwsze okazało się dość proste, ale zanim do tego doszedłem... Nie, nie używałem brzydkich słów, choć powody były. Nie chciał jechać prosto. Dopiero gdy dokręciłem śróbę mocującą przednie koło, te przestało się chybotać i znosić wózek na boki. Spanie nawet, nawet mi wychodziło. Tylko nie mogłem opierać się całym ciężarem poprostu. A około południa spać mi się chciało przeokropnie. Słońce niemal cały dzień było za chmurami, a to oznaczło niskie ciśnienie. Na mnie to działa. Kubek kawy w przydrożnej gasztetce polepszył znacznie moją wydolność. Do moich stałych modlitw na drogę Ania dorzuciła mi Anioł Pański. Wyrabiam się spokojnie. A nawet jeszzcze lepiej układa się czas. Ze zdarzeń dobrych, to podniosłem z chodnika nielotnego jeszcze wróbelka. Wcale nie uciekał o dziwo. Wrzuciłem go na dach przystanku i dorzuciłem mu pół bułki. Jeśli jego rodzice obserwowali go, to chyba ma szansę przeżyć. Ciekawostka, że szedłem przez Strasburg! Ten był nieporównywalnie mniejszy od francuskiego. W pewnej wiosce zainteresował się mną plicjant. Ostatecznie "pouczył", aby iść lewą stroną szosy. Nie wszyscy kierowcy mają takie samo zdanie. Klakson i gestykulacja starszego pana do miłych nie należały. Młody chłopak był jeszcze złośliwszy. Zatrąbił w momencie mijania mnie. Ale to epizody. Ogólnie kierowcy są do przesady cierpliwi i nie brakuje akcentów sympatii, jak chćby pozdrawiający mnie żołnierz Bundeswery z mijającej mnie kolumny. Trzech Poznaniaków zatrzymało się, aby pogadać. Wcisneli truskawki, jabłko i pomidora. To chyba akurat mieli w szoferce. A potem, obalając obiegową opinię, wcisneli mi garść euro. Najfajniejsze jednak było ich żywe zainteresowanie. Odwdzięczyłem się dając każdemu małą tałkę - symbol pielgrzymki, zrobiobione specjalnie na takie okazje przez Piotra z Warszawy. Dzień był udany. Szedłem do wieczora i w końcówce wisiałem na wózku, ale zrobiłem ponad 40 km. Oby tak dalej! Nocleg wypadł przy zagrodzie młodego gospodarza. Był prąd, woda i miejsce na namiot. A doprowadził mnie tam inny pan, taki widać lubiący nadużywać. I bez znajomości języka można się dogadać.
Notatka: 13.06.12
Nie jest dobrze najeść się przed snem. Nie przespałem nocy snem głębokim, jak poprzednią. A wstałem już kwadrans po czwartej. Pewnie później się to odbije. Nic to! Spanie w czasie drogi już ćwiczyłem. Nie ubieram butów. Idę w klapkach. Do Waren idę niemal za jednym razem. A to 14 km. No, były ze dwa przystanki, ale króciutkie. Wreszcie dostaję pieczątkę do paszportu pielgrzyma. Nie w kościele katolickim, bo mimo, że otwarty, to jednak nie było nikogo z duchowieństwa. Kawałk drogi wcześniej mijałem Carritas. Miła pani zaprowadziła mnie do brata..., hm! imię mi uciekło... Ten mi jednak podbił bez problemów. A potem zachwycałem się miasteczkiem i jego terenami rekreacyjnymi, z parkiem naturalnym włącznie. Nic dziwnego. To miejscowość wypoczynkowa. Tuż za, w przerwie na posilenie się, gdy tak spojrzałem w niebo między koronami sosen, to... Bóg był tak blisko! A potem szedłem ścieżkami rowerowymi poprzez lasy. Zapach traw był po prostu upojny. Przypomniał mi wczesne dzieciństwo, gdy z grupą maluchów chodziliśmy na spacery do pobliskiego parku-lasku. Pięknie się modli w takich okolicznościach. Mijający mnie rowerzyści uśmiechali się serdecznie i pozdrawiali. Kilku grupkom wręczyłem ulotki i wyjaśniłem kto ja i gdzie zmierzam. W takich chwilach zapominałem o coraz bardziej bolących nogach. Po 38 km po prostu stanąłem. I to na kilka ledwie przed zamierzonym na dziś końcem. Jako dobry pretekst przyjąłem konieczność zjedzenia czegoś teraz, by potem przetrawć przed snem maszerując. Przyszło jednak podreptać więcej niż zamierzałem. W Alt Schwerin trafiłem na emerytowanego pastora. Nie posiadał pieczęci. Spytał czy mam jedzenie. Wolałbym pytanie, czy mam gdzie spać. Do kempingu musiałem iść jeszcze 3 km. I nie położyłem się wcześnie spać. Za te pieniądze musiałem wykorzystać wszystkie możliwości, tj. pranie, kompanie i gotowanie... ale już tylko herbatki. Jeju, jak taka herbata smakuje!
Notatka: 14.06.12
Z rana przeczytałem wczorajsze czytania. Inaczej niż do tychczas spojrzałem na św. Mateusza w rozdziale 5, gdzie powiedziane jest " Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. ... A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego." Skoro cały sens pielgrzymki polega na krzyczeniu o Cywilizacji Miłości, to oznacza to, że wszystkich ludzi na świecie uznaję za dzieci Boże. A każde dziecko Boże jest mibratem... Dzień był zoologiczny. Trawy porastające przydrożny rów były tak wysokie, że ukryły jelonka. Ten jednak na dźwięk mojego głosu nie wytrzymał i zaczął uciekać. Tak nieszczęśliwie dla niego, że wyskoczył przy drodze. Spojrzał w przeciwną stronę, a potem w moją. Jeju! Jaką on woltę wykonał! Miałem ubaw. A potem blisko jezdni w zbożu żerowało ze 20 żurawi. Aut się nie bały. Przede mną większość jednak przezornie odleciała. Z kilku ptaków drapieżnych jeden dziwnie zaczął się zbliżać do mnie. Leżałem w czas odpoczynku, a on kołował co rusz niżej. Pomachałem mu stopą. Odleciał. Czy ptaki mają zmysł powonienia? I clou wieczoru. Leżę już, myślę tylko jakby tu zasnąć mimo pragnienia (skończyła mi się woda), i słyszę polskią mowę! Wypad z namiotu, w piżamowych spodniach, witam się i proszę o wodę. Poznałem polaków, którzy przyjechali do siostry i szwagra, którzy z kolei wyjechali z Polski 20 lat temu i tu się osiedlili. Ich dom stał przy boisku, przy którym rozłożyłem namiot. Mały ten świat!
Notatka: 15.06.12
Dziwne, że usłyszałem budzik. Nie wyspałem się. Wieczorem dobrą godzinę straciłem na naprawę rączki wózka. Odłamała się! Chińszczyzna! No, ale fakt, że dużo musiała znosić. Za to poznany wczoraj rodak, przyniusł mi kanapki i gorącą, cytrynową herbatę! Hmm! Cuuudo! Nogi bolą od rana. Dziwne, bo miękkie adidaski podrażniają dopiero co zaleczoną kontuzję. Ale ubieram je i ruszam. W pewnym momencie musiałem zjechać na miękkie pobocze, ustępując samochdom. I... Przejechałem nad myszką. Myślałem, że nie żyje. Ale zatrzymałem się, schyliłem, przyjrzałem, a ona trzymała jakieś nasionko i tylko zamarła w bezruchu. Nie uciekła nawet gdy pogłaskałem ją różańcem. I to ze trzy razy. Rozbujałem się. Wreszcie znalazłem market w którym mogę płacić moją kartą. I to w takim, którego w Polsce nie widziałem. W dwóch popularnych u nas mojej karty nie honorują. Popiłem dopalacza, czyli coli i wtedy zacząłem "robić kilometry". I jakie to sympatyczne, że na obwodnicy Schwerina kilku kierowców zatrąbiło aby mnie pozdrowić. Generalnie Niemcy są bardzo uprzejmi. Bardzo się też ucieszyłem z telefonu od Romana. Normalnie unikam rozmów, bo później ciężko się wypłacić. Tej rozmowy nie mogłem sobie odmówić. Wierzę też, że są tacy, którzy czekają na opisy z drogi, takie jak choćby ten. Muszę więc jutro znaleźć darmowe wi-fi i wysłać, bo mimo zmęczenia piszę każdego wieczora. Nie liczyłem dziś kilometrów. Domyślałem się, że 40-kę osiągnę. W pewnym momencie miałem dość. Myślałem, że dalej nie zrobię kilku kroków. W wiosce, do której doczłapałem, spytałem o pokoje noclegowe. Tak, byłem gotów wywalić choćby i 20 euro. Pan mi powiedział, że najbliższe to w Wittenburgu. Załamałem się. Tym bardziej, że wszystko wskazywało, że zaraz lunie. Jednak do miasta nie było jak się obawiałem 8 km., lecz tylko 3. Psychologiczna różnica. Dostałem od pana flachę gazowanej wody i podreptałem. Kościół, katolicki, był zarqaz przy wejściu do miasta. A przy nim sporo nowoczesnych zabudowań. I tylko księdza nie było. Zanim to stwierdziłem, przez dłuższy. czs mogłem cieszyć się modlitwą i śpiewaniem w ciszy kościoła. Lubię, gdy jestem sam w takiej świątyni. Nie krępuję się śpiewać. A tu na dodatek nie powstrzymałem się od silnych wzruszeń. Dzień był ciekawy. O świcie człapałem śpiąc jeszcze. Potem nabrałem tak radosnego wigoru, że unosiłem ręce i wołałem "dzięki, Boże!". Wieczorem padałem ze zmęczenia i przez ból całych nóg. Teraz mogłem pochlipać w świątyni oczekując w niepewności na przyjazd księdza. Niemieckiego księdza. Kościół był otwarty, wię przyje chać musiał. Ale czy użyczy schronienia, czy skończy się na stemplu w paszporcie pielgrzyma? Tymczasem było znacznie po 21.oo. a jeszcze trzeba się oporządzić. Ksiąd okazał się radosnym człowiekiem. Oczywistym dla niego było przyjęcie pielgrzyma. Za kolację podziękowałem, bo pełny żołądek to zły sen. Za to podarowane truskawki zjadłem z rozkoszą. Przed zgaszeniem światła pograłem jeszcze na gitarze. A potem kanapa... eeech!
Notatka: 16.06.12
Monotonia drogi. Ubrałem "sztywne buty". Teraz niech nogi odpoczną od miękkich. Ciężko się idzie. Nie ma tej swobody co w adidasach. Po 20 km z ulgą zdejmuję je, siadam na krzesełku przy kafejce, czekam, bo pani sprząta, a ja marzę o kawie. Ukazuje się druga pani i... informuje mnie, że zamykają! Zwijają też krzesełka. No, ta! Faktycznie w sobotę zamykają o 12.3o. Ale pech! Przenooszę się na przystanek autobusowy, na drugą stronę ulicy. I z tej perspektywy zauważam na ścianie kafejki kontakty. Po paru minutach piję gorącą, aromatyczną elgrejkę. A tak! Mam ze sobą grzałkę elektryczną. Doszedłem do Schwarcebek. Choć 3 km. musiałem usiąść i dać odpocząć nogom. Nie ma księdza. Za to spowodowałem małą panikę w przykościelnym domu samotnej matki. Mężczyzna źle się kojarzy. Jedna z pań okazuje się być Polką. Przyszła do koleżanki Rosjanki. Wysłuchała mnie i zaproponowała nocleg u niej, ale na podłodze, bo mieszkanie w malowaniu. Zestawiłem już wózek do piwnicy, gdy pani zeszła z przeprosinami. Jej chłopak nie chce gościa w domu. To on maluje i zagroził porzuceniem pracy. Ostro. Ale i tak bywa. A ja jestem w kropce. Księdz nie ma i raczej nie będzie. Wracamy jednak pod kościół. Trochę poczekam pisząc w tym czasie. Nawiązuje się rozmowa z Polką i rosjanką. Pytania typowe. Co mi daje takie pielgrzymowanie? Z czego się utrzymuję? A potem te najczęstsze - czemu Pan Bóg pozwala na zło na tym świecie. Klasyka. Osoby boleśnie doświadczone mają pretansje do Boga. Choć w tym przypadku to kościół je przygarnął i dał schronienie. Na koniec Polka podziękowała mi za rozmowę. Coś z niej chyba przyswoiła. A ja ruszam do ewangelików. Na dzwonki nikt nie odpowiada. Ale gdy już chcę zrezygnować, nadchodzi młody człowiek, indyjskiej urody, informuje, że pastora w sobotę to nie złapię. Przejął się jednak pielgrzymką i moją sytuacją. Wciska mi pięć euro. Rozmyśla na głos co by tu zaradzić. Na dobry początek przynosi mi jedzenie i picie. Potem zatrzymuje policję aby mnie dowieźli do taniego domu noclegowego (bez skutku). Na koniec tłumaczy, gdzie taki jest i prosi o modlitwę za niego, ewangelika. Daję mu zeszyt. Wpisuje intencję. Pan Bog na pewno zna niemiecki! Osobna historia ile się naszukałem owego zimmerfrei. Chyba znowu była to nauka cierpliwości i zgody na niepowodzenia. Ostatecznie postanawiam po prostu iść do hamburga. Właśnie mija północ. Przede mną 46 km.
niedziela, 17 czerwca 2012
WPIS KOLEGI...
>>> WPIS ROMANA PO ROZMOWIE TELEFONICZNEJ Z WOJTKIEM...>>>
Rozmawiałem z Wojtkiem. Przekroczył Schwerin. Kondycja ok. Bolą trochę nogi, ale duch pielgrzymowania obecny! Dzień po dniu realizuje założony ambitny plan marszowy. Obiecał, że jak tylko wejdzie w strefę wolnego wi-fi, to wrzuci coś na swojego bloga.
Mówi, że pękła mu rączka wózka, ale już naprawił. Poza tym doświadcza miłego traktowania ze strony Niemców. Trąbią dodając mu otuchy i pozdrawiają. Wojtek ma na wózku zatkniętą polską flagę, a pod nią powiesił niemiecką. Będzie dodawał kolejno flagi mijanych państw. Rozdaje ulotki z opisem misji w językach lokalnych.
Wojtek, bracie! Trzymaj fason i z Panem Bogiem!
Do zobaczenia w Trondheim!
R
sobota, 2 czerwca 2012
Plan Boży, czy dla Boga?
Plan Boży, czy dla Boga? Różnica zasadnicza, lecz ostatecznie wyjdzie i tak, jak Panu Bogu miłe! Taką konkluzją się ratuję, po „nieudanym początku” pielgrzymki Idzie Człowiek - Północ. Okazało się, że co było w roku ubiegłym, to zupełnie inna rzeczywistość niż stan na dziś. W październiku, po trzymiesięcznej, codziennej zaprawie, przejście 40 km. dziennie, było normą. Pół roku później nie jestem tym samym człowiekiem. Przesadziłem bardzo mocno z pofolgowaniem sobie w zbieraniu zapasów na drogę. Wtedy ze 107 kg straciłem blisko 20. Jednak 113 na tegorocznym starcie okazało się być jednym ze zgubnych czynników. Ciężaru plecaczka też nie sprawdziłem. Brałem to za radosną wiarę w siebie. Teraz z poczuciem zażenowania nazywam to zadufaniem. A przecież mój dobry duch wszystkich pielgrzymek, dziś już śp. Ksiądz Grzegorz Zaklika, przed wyjściem w pierwszą z nich mówił, że powyżej 10 kg w plecaku, to błąd. Wziąłem pewnie blisko dwa razy tyle. I żeby to przynajmniej był plecak! Wziąłem plecaczek spacerowy. Po pierwszych kilometrach ramiączka wżynały się nie do wytrzymania! Leszek Podolecki, który zawsze uczestniczy w mszach przed moim wyjściem, zdecydowanie stwierdził, że nie mam szans dojść do Dębogóry z tym plecaczkiem. A ja jeszcze próbowałem dyskutować. Teraz się pytam sam siebie: to było zadufanie czy już głupota? Leszek dowiózł mi nowy, porządny plecak. Nie uratowało mnie to przed bolesnym poczuciem sprawienia zawodu. Nie uratowały mnie nowe, profesjonalne buty, które również kupił i dowiózł mi dnia następnego. A ja wyruszyłem w sandałkach. Choć tu błędu się nie dopatruję. W tychże sandałach przeszedłem przecież całe Włochy. Skąd mogłem wiedzieć więc, że okażą się najfatalniejszym z wyborów?! Tymczasem starta pięta prawego z nich sprawiła, że wysklepiony środek uciskał podbicie stopy, ostatecznie doprowadzając do urazu ortopedycznego. Przez cztery dni drogi dorobiłem się kilkunastu, w tym kilku doprawdy dorodnych bąbli. Miałem co ofiarować w intencjach każdego z dni. Że doszedłem do Piły, po 44-ech km. z Drawna, uważam za cud. I tak mi przykro, że pomimo gościny u Ojców Kapucynów, kolacji, krzepiącego snu i śniadania, pomimo ofiarowania mi przez jednego z gospodarzy nowych japonek, które przecież sam otrzymał w prezencie, zawiodłem i przerwałem pieszą pielgrzymkę! Tak, powtórzę - przerwałem pieszą pielgrzymkę. Ów Franciszkanin, na wzór Jana Pawła II, podarował mi swoje klapki, słysząc, że nie dam rady założyć tych nowych butów na poobcierane nogi. Wyszedłem z klasztoru w Pile w tych klapkach i początkowo radośnie dreptałem. Po kilku kilometrach nastąpiło to, czego przed wyruszeniem w ogóle nie brałem pod uwagę. Dalej iść nie mogłem. Człapałem, zatrzymując się co parę metrów. Tu przełamywanie bólu było bez sensu. Dokuśtykałem do restauracji motelu, zamówiłem herbatę i dałem sobie czas na przetrawienie sytuacji. Zgrzeszyłem brakiem roztropności w dniu wyruszenia w pielgrzymkę. A w tym momencie musiałem zadecydować, czy z poczucia wstydu iść (!) dalej zagryzając usta, czy myśląc perspektywicznie nie narażać się na gorszą kontuzję, przełykając naprawdę gorzką pigułkę zawodu. Wybrałem pokorę. To dlatego na wstępie zwrot „nieudanym początku” ująłem w cudzysłów. Nauka pokory i roztropności to nie strata, lecz ogromny zysk. A mi w szczególności przydała się taka katecheza. Dwa dni leżakowania na poduszkach uszkodzonej nogi i okładów z octu wyraźnie przyniosły poprawę. Jutro zaś przyjedzie po mnie Szczepan i dowiezie ostatnie 50 km. na spotkanie z Dominikiem i Romanem w Dębogórze. A tam, po opisanym tu doświadczeniu, Duch Święty zadecyduje co dalej.
Amen!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
