sobota, 28 lipca 2012

Wojtek dotarł do Trondheim

Wczoraj, po przejściu pieszo około 2000 kilometrów, Wojtek dotarł do norweskiego miasta Trondheim. Więcej informacji umieścimy wkrótce!

poniedziałek, 23 lipca 2012

Dziennik 22.07.12

22.07.12
Pospałbym jeszcze, oj, pospał. No, ale bardzo chcę być w Røros przed 16. To tylko 35km. stąd, więc całkiem realne. W drodze nic niezwykłego. Ot, podziwianie natury w ciszy. Czyli normalnie. Z tej natury jeden element jest jednak bardzo irytujący. Muchy. Gdy przechodzę przez las, to mam całą ich kompanię za sobą. I co czas jakiś próbuje któraś zrobić sobie ze mnie darmowy środek transportu. Często to się źle kończy dla takiej gapowiczki. Zdarzało mi się przenieść dżdżownicę z jezdni, ale dla much, komarów i meszek nie mam litości. W Szwecji jeszcze, miałem napisać o dwóch rodzajach cierpienia. Pierwszy, gdy muszę mijać słodziutkie poziomki. I drugi, gdy muszyska są natrętne nie do zniesienia. To taki paradoks, że skrajnie różne przyczyny, wywołują podobną emocję. A dziś przeszedłem swoją drogę i tyle mogę o niej powiedzieć. Nie dane mi było znaleźć się w świątyni, gdy wierni wielbią Imię Pańskie. Msza była o 12.3o. Ja doszedłem na rogatki pół godziny po 14.. Za to zaordynowałem sobie totalny wywczas. Na kempingu wziąłem pokoik! Szaleństwo. Ciągle mży, a ja tak pragnąłem wygody. Ot, pielgrzym, co?! Usprawiedliwia mnie to, że stary już jestem, czyli zmęczenie materiału. Za to duża ilość czasu i dostęp do Wi-Fi pozwoliły pouzupełniać zaległości wysyłkowe. No i jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Dziś pierwsza rocznica tragedii na Utoi. Trochę czasu spędziłem przed TV pośród Norwegów. Nawet dzieci zachowywały powagę. I chyba cały dzień na tym programie poświęcony był uczczeniu we wspólnocie tamtej tragedii. Tak, dobrze, że dzień dojścia na Utoję pielgrzymki Idzie Człowiek, wypada 11.

niedziela, 22 lipca 2012

Dziennik od 21.07 do 19.07


21.07.12
Co mnie obudziło? Oczywiście zimno, ale bardziej moją uwagę zwróciło słońce, rozświetlające cały namiot, jeszcze promienniej niż wieczorem. Całą noc nie padało! Tu faktycznie wykrzyknik się należy, bo już zapomniałem, kiedy taka noc była. W Drevsjø, 19., na deszcz patrzyłem przez okno, bo nocowałem w prywatnym domu wynajmującym pokoje. Zaskoczyła mnie cena na tablicy przed domem. 200 koron w przeliczeniu na polskie warunki to nie mało, ale w Norwegii i owszem - mało. Po dwóch nocach w polu tak pragnąłem prysznica... No i stały argument, czyli ładowanie baterii telefonu. A całkiem ekstra wyłapałem darmowe Wi-Fi, o urywającym się sygnale, ale cośtam przesłać do Grześka i Jarka mi się udało. Wracam do dziś. Słońce. Od rana. I tak się potoczył cały dzień. Jako jasność. Nie zrywałem się. Poleżałem. Poprzewracałem się z boku na bok. Daaawno tak nie było. Tym bardziej w namiocie. Drogę rozpocząłem około 9.oo. To już w ogóle fanaberia. I jeszcze ten jasny świat. Piękny. Już nie tylko wzgórza, lecz góry w oddali. Las. Cisza. Aż nie chciało się tego spokoju burzyć, nawet modlitwą. Gdy jednak zacząłem się modlić... Nie potrafię przekazać owego stanu ducha. Nie często to się zdarza. A może pierwszy raz mi się przydarzyło w tej pielgrzymce... Byłem duchem naprawdę w innej rzeczywistości. I nie chodzi o wzruszenia towarzyszące wznoszeniu się ku niebiosom. Świadomość wolności przez wiarę, zaufanie... nie, no nie ma właściwych określeń. Myślę, że najwięcej powiem, mówiąc: przez chwil kilka byłem człowiekiem wierzącym w Boga nie umysłem, lecz całym jestestwem. Amen! Zrobiłem dziś 40km., bo jutro niedziela i chcę dotrzeć do Røros, większego miasta. Nawet jeśli nie ma tam kościoła katolickiego, to może uda mi się trafić na „mszę” ewangelicką. Dzień kończy się ciekawie. Kemping przed miejscowością Narbuvoll. Tylko że bez recepcji. Ot, pole namiotowe przy plaży przy jeziorze. I nikogo poza mną. Budka normalnie służąca za kuchenkę będzie tej nocy moim domkiem kempingowym. Mam jednak poważny dylemat. Przeczytałem, że za nocleg powinienem wrzucić 40 koron do skrzyneczki, a ja mam całą stówkę. Ktoś o to wszystko dba. Kuchenka, toalety, trawa skoszona, ławy do posiłków. I nawet łódka do dyspozycji (nikt nie pilnuje!). No trzeba zapłacić. Inaczej czułbym się jak złodziej. Tylko jak to zrobić?


19-20.07.12
Nawet Grześ mi zwrócił uwagę, że powinienem coś napisać. Swoją drogą ciekawe, czy w ogóle ktoś to czyta? No ale coś napiszę. Trzeci już nocleg w Norwegii. Pierwszy normalny. Wysyłam Jarkowi i Grześkowi też filmiki i notatki głosowe, ale nie miałem okazji sprawdzić, czy są na naszej stronie (przyp. G i J - niestety, filmiki nie dotarły z powodu zbyt dużego rozmiaru). Chłopaki absolutnie grzecznościowo wrzucają na stronkę materiał przesłany przeze mnie, więc wdzięczny jestem za wszystko, co się tam ukaże. Tym bardziej że wiem, że choćby ze zdjęciami były jakieś problemy. A na filmikach widać to, jak sypiam na przykład. No i inne ciekawostki. Nie zawsze pamiętam, aby zrobić fotę, choć ciekawe tematy się trafiają. W Trysil aż dwa wypchane niedźwiedzie widziałem i z żadnym nie pstryknąłem sobie foty. Błąd! Zresztą przesympatyczna pani z biura obsługi turystów nastraszyła mnie - nie zaprzeczając, że niedźwiedzi nie ma w tej okolicy. Z jej gestykulacji wynikało, że może się przydarzyć takie spotkanie. A ja te dwie pierwsze noce spałem w lesie! Pierwszą w budce wędkarskiej, a drugą na przystanku autobusowym. Dziś natomiast, tuż przed Drevsjø, na drogę wybiegły dwa karibu. Ot, tak sobie, z lasu, między auta. I myślicie, że się mnie bały? Ba! Jedno obróciło się i nawet trochę podbiegło w moją stronę. A gdyby to był misiek... A w nocy śpię skrępowany śpiworem... Dobrze. Wystarczy. Miśków nie ma w tej części Norwegii. Jeśli, to dalej na północy. Za to są Polacy. Pracują i tu. Dwa razy z takimi się spotkałem. Lub przejeżdżają, bo mijały mnie auta z naszą rejestracją. To jednak nic przy Holendrach. Tych to wszędzie pełno. W Szwecji kupują domy, bo dużo ich do sprzedania. W Norwegii też codziennie mijają mnie na drodze, jadąc w obie strony. Poza tym wiadomo, Niemcy. W Norwegi też mnie pozdrawiają na drodze. Nawet kierowca tutejszego autobusu rejsowego. A dziś, 20., całą drogę moczył mnie siąpiący deszcz. Przestał łaskawie na czas posiłku. Szczęśliwie w jedynym miejscu na trasie, gdzie były stoły z ławkami. A tak, to cały czas marsz. No bo nie ma gdzie usiąść. Droga nie jest przewidziana na piechurów. Nie wiedzieli, że oto tędy właśnie będę pielgrzymował! A ja, idąc z wózkiem, omijam szlak Olafa biegnący przez góry. Idę dłuższą drogą, ale to nie problem. Problem jest odwrotny. Idę za szybko. Dziś wyliczyłem, że na wymiar to po niecałe 30km. dziennie powinienem iść. No ale jak to zrobić? Jak pada - to idę. Dziś, z tą jedną przerwą, przeszedłem 38km. Ciężki to był dzień. Nastrój miałem przeciwny temu, jaki winien grać w piersi pielgrzyma. Tylko użalanie i roszczenia. Klasyka! Coś nie po mojemu, to pretensje do Boga. A tymczasem przestało padać i do wieczora bylem suchy! Mało tego. Niebo się rozpogodziło. Przed samym Sømådalen stał kościół. Drewniany oczywiście. I domek, jako dom spotkań zapewne. Skryć się przed ewentualnym nocnym deszczem, to nie miałem gdzie. Wszystko było zamknięte i żadnego dachu, ale był na zewnątrz kontakt z prądem! I to był argument, aby przy kościele spędzić noc. Łyknąłem na noc pigułkę, a wcześniej sporo kropel Amola na cukrze. Czułem się podziębiony. Gdy usypiałem jednak, po zimnym, pochmurnym i słotnym dniu, słonko ogrzewało ścianę namiotu.

środa, 11 lipca 2012

Dziennik 10.07.2012 - 30.06.2012

10.07.2012
Cofnę się jednak do 8-go, do dnia wyjścia z Vadsteny. Wiele nie przeszedłem, ale skoro rozpocząłem drogę w południe, no to te 30km. i tak jest zadowalające. Doszedłem do wioseczki lub nawet czegoś mniejszego. Zauważyłem otwartą stajnię. Pytam człowieka, krzątającego się nieco wcześniej przy domku, czy mogę tam przenocować. Okazało to się jego własnością. Obawiał się. Obejrzał paszport, ulotkę, paszport pielgrzyma. W końcu jednak się zgodził. Zapytał tylko, czy palę. Chyba nie interesował się zbytnio kwestiami wiary, ale później już się rozkręcił i chętnie oprowadzał po stajni. Spałem na stryszku, na słomie, nad pustymi boksami. W nocy była rozmowa z programem czwartym Polskiego Radia. I kontakt z Romanem w studio. Po przespanej nocy droga do Askersund. Poziomki rosnące wzdłuż niemal całej drogi, próbowały mnie zatrzymać. Ze trzy razy im się udało. Co więcej, to choć ciężko było, nie dałem się. Był też dzień śpiewu. Często śpiewam, ale tego dnia... Mam parę ulubionych tekstów. I niesamowicie modliło mi się nimi. Jeszcze to przerobię. W Askersund, w biurze turystycznym, przesympatyczny i uczynny chłopak, znający kilka polskich słów, skierował mnie na kemping. Obawiałem się tego. Chmury źle wróżyły. No, troszkę poprzemawiałem do Opatrzności, ludzkimi argumentami się podpierając, ale to wystarczyło. Nie padało całą noc. Wstałem tuż po 5. Już sobie wyobrażałem, ile to kilometrów dziś zrobię. I nadrobię, bo wczoraj nie poszedłem dalej, za miasto, mimo że miałem ledwie 45km. na liczniku. Tymczasem... Tak pięknie byłem zwinięty! Tylko zaparzyć kawę, a potem się iść golić. Tylko gdzie ja mam klucz magnetyczny do wszystkich drzwi? Szukam. Szukam. Wreszcie zerkam do kuchni, bo tam zostawiłem na noc wózek. I jest! Znalazłem. Leżał sobie na stole. Zamknięty w tej kuchni! Co za typek ze mnie! Wstawiając wózek, klucz położyłem na stole i nie wziąłem, wychodząc. I teraz totalny impas. Wszyscy dookoła śpią. A ja uziemiony. Wyobraźcie sobie, jak się we mnie kotłowało. Tak chciałem wcześnie iść! Musiałem pokornie czekać. To była próba! Po półtora godzinnym oczekiwaniu otworzył mi pan porządkujący. To był pierwszy sygnał tego dnia, że nie muszę tak gnać. Bo ostatecznie jako taki znak to odczytuję. Później wstąpiłem do kościoła ewangelickiego po pieczątkę. Na marginesie przepięknego, drewnianego kościoła. I co? I trafiam na sam początek mszy. Usiadłem i cierpliwie czekałem. Bardzo mi się podobały śpiewy. Bardzo dobrze grał na pianinie młody muzyk. Dostałem zaproszenie na kawę, ale tę niewiele wcześniej piłem. Poczucie straconego czasu grało gdzieś we mnie. Nie bardzo umiałem się z tym pogodzić. Kwintesencja to końcówka dnia. Na wlocie do miasteczka Svartå stały opuszczone domy. Mogłem się w nich zainstalować. Były przecież darem z nieba. Tyle razy prosiłem o taki nocleg. Stały jak zaproszenie. Popatrzyłem w telefon - 42km. Rozterka. Tak mało... No, ale takie noclegowisko... Nie przyjąłem daru. Poszedłem dalej. A kilometr dalej zaczęło padać. Na początek. Bo gdy wszedłem do miasta, to po prostu lało. Takiego deszczu jeszcze nie przerabiałem. Byłem kompletnie przemoczony. I tak człapałem, nie wiedząc co w tej sytuacji zrobić. Mówiłem tylko: dobrze, Panie Boże, przepraszam za upór i nieodczytywanie Twojej woli. No i ulitował się Bóg. Wpierw skinieniem zaprosił mnie na ganek swojego domu Fin, mieszkający tutaj, a potem zaprowadził do Polaków. Sławek z kolegą pracują w Szwecji od kilku lat. Początkowo, na moją prośbę, pozwolił mi rozlokować się na noc w pustawej przydomowej szopce narzędziowej. Poszedłem więc po wózek, bo został na werandzie. A żeby było wesoło, to uczynny fin wcisnął mi jeszcze 100 koron! Czyli zaprosił pod dach, w deszczu zaprowadził do Polaków, a potem jeszcze obdarował groszem. Sławek też mnie zaskoczył. Szopka była dla mnie pałacem. Ale on przyszedł i powiedział, że właściwie to mogę nocować w sąsiednim, remontowanym mieszkaniu. Teraz to już nie rozumiałem opatrzności. Tak się zmienia nastrój i rzeczywistość. Noc w łóżku. Dzisiaj nie galopuję. Zrobiłem do 13.00 dwadzieścia-parę km. A teraz cierpliwie to wszystko opisuję, bo mam darmowe wi-fi, aby wysłać do Grześka, aby wrzucił na stronę, żeby się z Wami podzielić. Zaraz, zaraz! Już prawie 16.oo... A ja mam zaledwie 20km..? Jeju! W drogę!


30.06.2012
Rzeczywiście, parę dni na raz. Tyle się działo i tylko byłem zbyt zmęczony, by zapisać. To, co pamiętam, przywołuję. Fenomenalnie przydały się spodenki kupione w Horsens. Zasłoniły mi łydki dotkliwie poparzone przez słońce. A Arek się z nich śmiał! Bo słońce zdarza się na trasie. Zdarza też się zmoknąć. Drugi raz przemokłem w drodze do Frederikshavn. Poul czekał za to na mnie ze śniadaniem. Do wspólnej drogi nie doszło, ale pojedliśmy razem i razem przywitaliśmy księdza Mikołaja. Wysiadając z auta, zobaczył polską flagę przy moim wózku i pierwszy przywitał nas, mówiąc "szczęść Boże!". Porozmawialiśmy, podbił mi paszport, a potem przypomniał modlitwę doskonałą z książki "Pielgrzym". Z pokoju gościnnego nie skorzystałem. Za mało czasu było na spanie. I tak zaniedbałem nieco Poula. Ostatecznie, w jednej ławce, doczekaliśmy się mszy. Poul, ewangelik, rozumiał liturgię, bo była po duńsku. Ja, katolik, musiałem podpierać się "Oremusem". Co ciekawe, na mszy najwięcej było Cejlończyków z pochodzenia. A po uczcie sakramentalnej trzeba było zadbać o bilet na prom do Geteborga. I tu nasz duński przyjaciel okazł się być mężem opatrznościowym. Prowadził cały dialog przy kasie, a gdy okazało się, że przez internet bilet jest o połowę tańszy, zabrał mnie do swojego przyjaciela i tam dokonał transakcji. Oczywiście w duńskim, więc ja sam nie miałbym szans. Więcej! Poul wyłożył bez wahania należność, gdy z mojej karty nie chciało pobrać. Przyjaciel Poula opiekuje się kościołem ewangelickim w Frederikshavn. Pojechaliśmy tam zrobić kilka zdjęć. Wcześniej myślałem, że będziemy na mszy. Ale Polowi bardzo zależało na samej, wspólnej obecności w jego świątyni. Poprosili mnie też, abym odmówił modlitwę. Pomodliłem się na głos Modlitwą Pańska, a moi przyjaciele uczestniczyli w niej w skupieniu. Byli bardzo przejęci. Aż się dziwiłem. Tak jak wtedy, gdy Poul napisał mi, że w Hals, przy kościele, czeka na mnie "prist". Kościół był ewangelicki. Nikogo tam nie było, więc poszedłem do domu pastora. Pytam spotkanego na ogródku mężczyznę, a on mi, że pastor to jego żona. Pierwszy raz rozmawiałem z "proboszczem" kobietą. Sofii (fonetycznie) odniosła się bardzo radośnie i poprosiła o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć. Zastanawiam się, do czego te wszystkie zdjęcia? Choć... faktycznie, to ja robię błąd, tak mało fotografując ludzi na drodze pielgrzymki. Dobrze, że Poul przesłał swoje foty Romanowi. W tym też te z cypla duńskiego, przy którym Bałtyk spotyka się z Morzem Północnym. Poul bardzo się starał, aby czas do promu do Szwecji jak najbardziej mi uatrakcyjnić. W końcu jednak trzeba było się rozstać. Przysnąłem sobie w pustej poczekalni, bo prom miałem o 3.45, a potem jeszcze z połowę trzech godzin rejsu. W Geteborgu, po tradycyjnym śródmiejskim błądzeniu, dotarłem do cioci. Spędziłem z nią cały dzień. Zaprowadziła mnie do Polskiej Misji Katolickiej, gdzie podbiłem pielgrzymi paszport, ale nie poprosiłem o wykaz kościołów katolickich w Szwecji. To by było duże ułatwienie w dalszej drodze. Następnego dnia wyruszyłem bez wykazu, ale za to z niezwykłym animuszem. Dużo energi dodała mi ta wizyta i spotkanie po latach. Szkoda jednak, że tej energii pokaźną dozę straciłem na błądzenie po pewnym parku, biegnącym wzdłuż drogi nr 40. Owa 40. stała się moim koszmarem. Otóż na mapie zaznaczona jest jako droga krajowa, czyli taka, po której wolno mi się poruszać. W rzeczywistości zautostradziła się, a to mnie kompletnie wybiło z rytmu. Strach blady padł na mnie. Nawigacja w moim telefonie pokazywała drogi zastępcze tak pokręcone, że nie do ogarnięcia. Wydłużające okropnie całą drogę, a na dodatek w wielu miejscach nie było widać połączeń między nimi. Tak mnie zaskoczyła Szwecja. Nie miałem nic do stracenia i szedłem przez ten park, bo alejka początkowo biegła blisko 40. Długo to nie twrało. Potem była tylko niepewność. I natrętna myśl, czy poruszając się takimi obejściami, mam jakąkolwiek szansę zdążyć do Trondheim na 29 lipca, na święto Olafa. Opatrzność jednak prowadzi. Po swojemu! Wyszedłem na lokalną drogę, gdzie po kilku kilometrach zatrzymało się przy mnie autko typu osobowo-dostawcze. Po polsku kto ja, co ja? Ano tak i siak. Po chwili propozycja nie do odrzucenia. Przewiozą mnie przez odcinek autostrady, na którym kończy się moja droga. Tak na nową pułapkę odpowiedziała opatrzność! W drodze było jeszcze lepiej. Dostałem zaproszenie na rosół! Godzinę wcześniej głowa pełna katastroficznych myśli i niemal rezygnacji, a teraz coś tak mało realnego tutaj, jak polski rosół. Jolanta, niesamowicie zażywna osoba, mieszka w Szwecji od prawie 40 lat. Jechała z pasierbem wywieść rzeczy nie potrzebne w domu i widząc piechura z polską flagą, zagadnęli. Pogadaliśmy. Przyjęli medaliki z Niepokalanowa, bo są wierzącymi Polakami. Potem pokazali mi drogę lokalną, która ma mnie zawieść do Boros, dużego miasta na mojej nieszczęśliwej 40-ce. Cdn?

Dziennik - 29.06.2012 - 25.06.2012



29.06.2012
Budzik nastawiłem na 6.30. Obudziłem się oczywiście wcześniej. I dobrze. W nocy nie padało. Za to w chwilę po przebudzeniu zaczęło wstępnie kropić. Ewakuacja była błyskawiczna. Zdążyłem. Gdy lało jak z konewki, ja spokojnie popijałem kawę i zwijałem sprzęt pod daszkiem. Opuścić kemping mogłem i tak o 8.00, bo o tej godzinie umówiłem się z gospodarzem. Wieczorem już go nie było, więc płaciłem z rana. I tak jak późno się ten dzień zaczął, tak też się i wlókł. Sporo czasu umknęło, abym mógł się wreszcie spotkać z Poulem. Trochę mnie szukał. Koordynacja prowadzona była z Polski, przez Romana. Za to, gdy już się zeszliśmy, to mogłem zasiąść do śniadania przywiezionego przez Poula. Piknik w dworcowej poczekalni! Tam były ławki. Nie za dużo, ale wymieniliśmy podstawowe informacje. Poul dołączy do mnie na fragment trasy. I chyba będzie to jutro. Zobaczymy. Później najnormalniej usypiałem na trasie. Nie jeden kierowca brał mnie pewnie za pijanego. Aż pszyszedł moment, że rozłożyłem kurtkę i zdrzemnąłem się. Jak się okazało, kilkaset metrów od nadmorskiego kurorciku. Bo szedłem w stronę wybrzeża. Ujrzałem więc dziś cieśninę duńską. Teraz już do końca Dani będę szedł wybrzeżem. Byleby żwawiej niż dziś. Ożywiła mnie i to bardzo wieść od syna. Rok kończy ze średnią 4,43. To bardzo dobra średnia. Oj, łechce to bardzo moją ojcowską dumę. Do każdej dziesiątki Różańca dokładam jedno Pozdrowienie Anielskie właśnie za niego. Tyle mogę. I chcę. Mimo śniętego dnia i bolących, jakby bardziej, nóg, normę przeszedłem. Leżę w namiocie i słucham, jak deszcz bębni o tropik. Namiot jest dobry. Dziękuję ci Lucynko zań bardzo, bardzo! Tylko jak ja go jutro zwinę?


28.06.2012
Wczoraj szło się świetnie, no to dzś nie szło iść. To tak dla urozmaicenia widać. Pogoda fajna, a ciśnienia brak. Wciąż bym tylko stawał i odpoczywał. Ale człapałem. Akcent dnia to zatrzymujące się auto, gość około czterdziestki, wręcza mi buteleczkę koli. Ot, tak! Czy normalnie ludzie zatrzymują się, aby coś komuś wręczyć? Co nim powodowało? Każdy niech sam szuka odpowiedzi. Teraz jeszcze Poul. Duńczyk, poznany przez Romana w Asyżu. Seria SMS-ów, a nawet jeden telefon do mnie. Tylko że ja... Za tłumacza trzeba było Romana. A Poul chce dołączyć do mnie, choćby na pół dnia. Ma to nastąpić jutro. No to do zobaczenia Poul! Tymczasem robię coś, czego bardzo nie lubię robić. Sam dodaję sobie kilometry. Muszę się jednak dziś wykąpać. Po dwóch dniach intensywnej drogi i noclegu w dziennych ciuchach... Obieram więc kurs na Mariager, choć to oznacza +8 km., jak obliczyłem. Ale za to nazwa miasteczka bardzo mi się podoba.

27.06.2012
Wstaję pierwszy. Muszę prócz brody ogolić i głowę. No i koniecznie wypić kawę. Pożegnanie męskie. Strzała, uścisk i basta. Na powtórne odwiedziny zaproszenie dostałem już pierwszego dnia i wczoraj. Arek do pracy, a ja w drogę. Od rana świetna pogoda. Nie idę, lecz mnie niesie. W Skanderborgu podchodzi do mnie człowiek i mówi coś po angielsku. Wyłapałem, że chodzi o Włochy z ubiegłego roku. Potwierdzam - tak, byłem. Okazuje się, że spotkaliśmy się na szlaku do Rzymu. I pierwszy raz byłem zażenowany swoją ignorancją lingwistyczną. Człowiek mi mówi co, gdzie i jak, a mi obwody się przepalają od intensywności próby zrozumienia. Powoli jednak zacząłem sobie przypominać. Poprosiłem o wpisanie imienia, abym mógł spotkanie opisać. I oto osobista notatka brata-pielgrzyma: "Peter pellegrino danese Balsena". Balsena to miasto, w którym nocowaliśmy w jednym alberge. Stwierdziłem, że mały ten świat. Peter przytaknął oczywiście. Głupio mi było, że nie potrafię swobodnie pogadać, więc pożegnaliśmy się i poszedłem dalej. Gdy ochłonąłem, uderzyłem się w czoło: czemu nie dałem Peterowi tałki?! Ależ matołek ze mnie! Choć tak mogłem odpowiedzieć na tą radość, z jaką Peter mnie witał. No to też pielgrzym przecież. Przepraszam, Peter! Trudno. Trzeba iść dalej. Tylko jak długo można iść? Jak nie ma kempingu po drodze, to naprawdę długo. W końcu ma się dość i desperackie pomysły przychodzą do głowy. Zacząłem się rozglądać za takim lasem, w którym mógłbym się ukryć. A dokładnie to namiot, bo te w Dani można rozbijać wyłącznie na polach namiotowych. Przy pewnym zjeździe do lasu wydało mi się, że coś prześwituje przez drzewa. Liczyłem na jakąś opuszczoną leśną szopę. I prawie trafiłem. Trafiłem na zaplecze gospodarcze bodajże robotników leśnych. Barakowóz, mimo że chyba był otwarty, zostawiłem w spokoju. Spanie rozłożyłem na ławie, przy której spożywano posiłki. Całość osłonięta była foliowym namiotem, więc nic więcej nie potrzebowałem. Jedynym problemem, były muszki i komary. Uratował mnie mój kapelusz. Ma on w bocznych ściankach zamontowane wywietrzniki, czyli metalowe kółeczka z bardzo drobną siateczką. Oddychać można było przez to swobodnie. Kapelusz na twarz, boki ściągnięte kapturem śpiwora, i dobranoc. I ani jednego ukąszenia!


26.06.2012
Dzień pracy. Nie na trasie, ale jednak dla pielgrzymki. Wreszcie miałem dostęp do internetu. I nawet osobiście uzupełniłem dziennik pielgrzyma. Z tym, że Grzesiu, spec i mój dobroczyńca od tych tematów, i tak musiał robić poprawki. Posprawdzałem za to wszystko, co do sprawdzenia w sieci miałem. Arek oprowadził mnie po odpowiednich sklepach. Kupiłem oponki, gaziki, maść na pięty (fenomenalny linomag kończy się), a także krótkie spodenki. Te ostatnie w miejsce tych, które dokończyły żywota na trasie, podobnie jak pierwszy komplet opon. Musiałem też być w dwóch szczególnych miejscach. Pierwsze to wyeksponowane armaty, które zapisały się w historii miasta, a dzisiaj będąc w Horsens, nie można nie mieć przy nich zdjęcia. Drugie miejsce i zdjęcie to zerowy punkt miasta. Nie widziałem nigdzie indziej punktu określającego dokładnie środek miejscowości. Sporo do zrobienia było tego dnia, więc ja się zająłem naprawą kół, dalszymi sprawkami w sieci, a chrześniak obiadem. Do obiadku była bajka. A jak! Szkoda, że Ümyt nie przyszedł na obiad, choć był zaproszony. Przyszedł po pracy, wieczorem. Arek znowu za tłumacza. Ümyt jest muzułmaninem. Siłą rzeczy rozmowy od mojej pielgrzymki zeszły na religie w ogóle. Kontrowersji żadnych. Identycznego widzenia świata dużo. Chrześniakowi, gospodarzowi przyjmującemu po królewsku pielgrzyma, wręczyłem oczywiście tałkę. Nie mogłem nie obdarować nią jego przyjaciela, z którym duchowe porozumienie w wierze w jednego Boga poprostu wisiało w powietrzu. Jednak to Ümyt mnie powalił w tamtej chwili. On też miał dla mnie podarek. Małą kaletkę, zawieszaną na rzemyku na szyi. A w niej... cytat z Koranu z błogosławieństwem Bożym dla wędrowca. Autentycznie zaniemówiłem. To bardzo znaczący symbol osobistego sprzyjania człowieka człowiekowi. Inne wyznanie nie tylko nie przeszkadza w relacjach, lecz na tym przykładzie udowadnia jak żyć wartościami religijnymi w praktyce. Wartościami właściwymi dla obu wyznań zresztą. A potem jeszcze dość długo padały pytania z mojej strony i rozmowy o wierze. Najciekawsze było, to gdy niemal jednocześnie wskazaliśmy na Arka, mówiąc, że cała ta rozmowa w rzeczywistości trwa tylko dla niego. Arek, niestety, nie należy do żyjących w zgodzie z wiarą. Za to i ja dostanę do odpokutowania. Nie jestem najlepszym ojcem chrzestnym. Dziś jednak uczestniczy w katechezie, gdy jego przyjaciel i chrzestny rozmawiali o Bogu. Gdy Ümyt musiał już iść, pożegnaliśmy się serdecznie, padając sobie w ramiona. Cudowny dzień!


25.06.2012
Dzień, który ma być tylko spokojny i przyjemny. Do przejścia 25 km. Bo idę tylko do Horsens. Tam mieszka mój bratanek. To mój chrześniak, Arek. Cieszyłem się na te odwiedziny od dawna. Droga jest po prostu przyjemna. Na rogatkach sms: kiedy będziesz i co potrzebujesz? Będę za niecałą godzinę, potrzebna wanna z gorącą wodą. Ulica okazała się krótka, dotarłem w pół godziny. Serdeczny miś i do domu. A tam kanapa. Nogi na oparcie, poduszka pod głowę. Leż sobie stary i wypoczywaj. Herbatka już się robi. A potem rozmowy i plany na jutro. Na śniadanie jajecznica! Tylko telefon do szefa, o dzień wolny w pracy. Po 16. jestem zaproszony do "chińczyka" na potrawy azjatyckie bez limitu. Smacznie, wreszcie obficie i nastrojowo. Dołączył do nas przyjaciel Arka, Ümyt. Jego tato pochodzi z Turcji. Arek ma do wypełniania mało wdzięczną fuchę tłumacza. Dziś nie za długo. Umawiamy się na jutro, na obiad, który ma przygotować mój chrześniak. Tego dnia nic nie zrobiłem, choć miałem poczynić przynajmniej przygotowania i plany jutrzejszych napraw i zakupów. Gadaliśmy. Obejrzałem też sentymentalny film. To chyba nie grzech na szlaku pielgrzymim?

sobota, 7 lipca 2012

Utworzyliśmy galerię zdjęć

Przed chwilą umieściliśmy galerię zdjęć z aktualnej pielgrzymki Wojciecha. Zapraszamy pod adres: http://www.aforyzmy.internet.v.pl/varia/north/. Wszystkie fotografie pochodzą z czerwca, opóźnienie jest spowodowane małymi problemami technicznymi, jak i utrudnionym dostępem do internetu.