Pielgrzymowałem przez Polskę i przez Europę. Szedłem z Fatimy do Asyżu, potem z Polski przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię na Wyspę Utoya, modląc się za ofiary Andresa Brevika i za jego nawrócenie. Potem była pielgrzymka z Polski do Moskwy i z powrotem, a w tym roku wędrujemy do Brukseli. Ja wyruszę z Monte Cassino, Grzegorz idzie z Głogowca, a Roman z irlandzkiego Knock. Modlimy się o Europę cywilizacji miłości. Św. Benedykcie módl się za nami!
sobota, 28 lipca 2012
Wojtek dotarł do Trondheim
Wczoraj, po przejściu pieszo około 2000 kilometrów, Wojtek dotarł do norweskiego miasta Trondheim. Więcej informacji umieścimy wkrótce!
poniedziałek, 23 lipca 2012
Dziennik 22.07.12
22.07.12
Pospałbym jeszcze, oj, pospał. No, ale bardzo chcę być w Røros przed 16. To tylko 35km. stąd, więc całkiem realne. W drodze nic niezwykłego. Ot, podziwianie natury w ciszy. Czyli normalnie. Z tej natury jeden element jest jednak bardzo irytujący. Muchy. Gdy przechodzę przez las, to mam całą ich kompanię za sobą. I co czas jakiś próbuje któraś zrobić sobie ze mnie darmowy środek transportu. Często to się źle kończy dla takiej gapowiczki. Zdarzało mi się przenieść dżdżownicę z jezdni, ale dla much, komarów i meszek nie mam litości. W Szwecji jeszcze, miałem napisać o dwóch rodzajach cierpienia. Pierwszy, gdy muszę mijać słodziutkie poziomki. I drugi, gdy muszyska są natrętne nie do zniesienia. To taki paradoks, że skrajnie różne przyczyny, wywołują podobną emocję. A dziś przeszedłem swoją drogę i tyle mogę o niej powiedzieć. Nie dane mi było znaleźć się w świątyni, gdy wierni wielbią Imię Pańskie. Msza była o 12.3o. Ja doszedłem na rogatki pół godziny po 14.. Za to zaordynowałem sobie totalny wywczas. Na kempingu wziąłem pokoik! Szaleństwo. Ciągle mży, a ja tak pragnąłem wygody. Ot, pielgrzym, co?! Usprawiedliwia mnie to, że stary już jestem, czyli zmęczenie materiału. Za to duża ilość czasu i dostęp do Wi-Fi pozwoliły pouzupełniać zaległości wysyłkowe. No i jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Dziś pierwsza rocznica tragedii na Utoi. Trochę czasu spędziłem przed TV pośród Norwegów. Nawet dzieci zachowywały powagę. I chyba cały dzień na tym programie poświęcony był uczczeniu we wspólnocie tamtej tragedii. Tak, dobrze, że dzień dojścia na Utoję pielgrzymki Idzie Człowiek, wypada 11.
Pospałbym jeszcze, oj, pospał. No, ale bardzo chcę być w Røros przed 16. To tylko 35km. stąd, więc całkiem realne. W drodze nic niezwykłego. Ot, podziwianie natury w ciszy. Czyli normalnie. Z tej natury jeden element jest jednak bardzo irytujący. Muchy. Gdy przechodzę przez las, to mam całą ich kompanię za sobą. I co czas jakiś próbuje któraś zrobić sobie ze mnie darmowy środek transportu. Często to się źle kończy dla takiej gapowiczki. Zdarzało mi się przenieść dżdżownicę z jezdni, ale dla much, komarów i meszek nie mam litości. W Szwecji jeszcze, miałem napisać o dwóch rodzajach cierpienia. Pierwszy, gdy muszę mijać słodziutkie poziomki. I drugi, gdy muszyska są natrętne nie do zniesienia. To taki paradoks, że skrajnie różne przyczyny, wywołują podobną emocję. A dziś przeszedłem swoją drogę i tyle mogę o niej powiedzieć. Nie dane mi było znaleźć się w świątyni, gdy wierni wielbią Imię Pańskie. Msza była o 12.3o. Ja doszedłem na rogatki pół godziny po 14.. Za to zaordynowałem sobie totalny wywczas. Na kempingu wziąłem pokoik! Szaleństwo. Ciągle mży, a ja tak pragnąłem wygody. Ot, pielgrzym, co?! Usprawiedliwia mnie to, że stary już jestem, czyli zmęczenie materiału. Za to duża ilość czasu i dostęp do Wi-Fi pozwoliły pouzupełniać zaległości wysyłkowe. No i jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Dziś pierwsza rocznica tragedii na Utoi. Trochę czasu spędziłem przed TV pośród Norwegów. Nawet dzieci zachowywały powagę. I chyba cały dzień na tym programie poświęcony był uczczeniu we wspólnocie tamtej tragedii. Tak, dobrze, że dzień dojścia na Utoję pielgrzymki Idzie Człowiek, wypada 11.
niedziela, 22 lipca 2012
Dziennik od 21.07 do 19.07
21.07.12
Co mnie obudziło? Oczywiście zimno, ale bardziej moją uwagę zwróciło słońce, rozświetlające cały namiot, jeszcze promienniej niż wieczorem. Całą noc nie padało! Tu faktycznie wykrzyknik się należy, bo już zapomniałem, kiedy taka noc była. W Drevsjø, 19., na deszcz patrzyłem przez okno, bo nocowałem w prywatnym domu wynajmującym pokoje. Zaskoczyła mnie cena na tablicy przed domem. 200 koron w przeliczeniu na polskie warunki to nie mało, ale w Norwegii i owszem - mało. Po dwóch nocach w polu tak pragnąłem prysznica... No i stały argument, czyli ładowanie baterii telefonu. A całkiem ekstra wyłapałem darmowe Wi-Fi, o urywającym się sygnale, ale cośtam przesłać do Grześka i Jarka mi się udało. Wracam do dziś. Słońce. Od rana. I tak się potoczył cały dzień. Jako jasność. Nie zrywałem się. Poleżałem. Poprzewracałem się z boku na bok. Daaawno tak nie było. Tym bardziej w namiocie. Drogę rozpocząłem około 9.oo. To już w ogóle fanaberia. I jeszcze ten jasny świat. Piękny. Już nie tylko wzgórza, lecz góry w oddali. Las. Cisza. Aż nie chciało się tego spokoju burzyć, nawet modlitwą. Gdy jednak zacząłem się modlić... Nie potrafię przekazać owego stanu ducha. Nie często to się zdarza. A może pierwszy raz mi się przydarzyło w tej pielgrzymce... Byłem duchem naprawdę w innej rzeczywistości. I nie chodzi o wzruszenia towarzyszące wznoszeniu się ku niebiosom. Świadomość wolności przez wiarę, zaufanie... nie, no nie ma właściwych określeń. Myślę, że najwięcej powiem, mówiąc: przez chwil kilka byłem człowiekiem wierzącym w Boga nie umysłem, lecz całym jestestwem. Amen! Zrobiłem dziś 40km., bo jutro niedziela i chcę dotrzeć do Røros, większego miasta. Nawet jeśli nie ma tam kościoła katolickiego, to może uda mi się trafić na „mszę” ewangelicką. Dzień kończy się ciekawie. Kemping przed miejscowością Narbuvoll. Tylko że bez recepcji. Ot, pole namiotowe przy plaży przy jeziorze. I nikogo poza mną. Budka normalnie służąca za kuchenkę będzie tej nocy moim domkiem kempingowym. Mam jednak poważny dylemat. Przeczytałem, że za nocleg powinienem wrzucić 40 koron do skrzyneczki, a ja mam całą stówkę. Ktoś o to wszystko dba. Kuchenka, toalety, trawa skoszona, ławy do posiłków. I nawet łódka do dyspozycji (nikt nie pilnuje!). No trzeba zapłacić. Inaczej czułbym się jak złodziej. Tylko jak to zrobić?
19-20.07.12
Nawet Grześ mi zwrócił uwagę, że powinienem coś napisać. Swoją drogą ciekawe, czy w ogóle ktoś to czyta? No ale coś napiszę. Trzeci już nocleg w Norwegii. Pierwszy normalny. Wysyłam Jarkowi i Grześkowi też filmiki i notatki głosowe, ale nie miałem okazji sprawdzić, czy są na naszej stronie (przyp. G i J - niestety, filmiki nie dotarły z powodu zbyt dużego rozmiaru). Chłopaki absolutnie grzecznościowo wrzucają na stronkę materiał przesłany przeze mnie, więc wdzięczny jestem za wszystko, co się tam ukaże. Tym bardziej że wiem, że choćby ze zdjęciami były jakieś problemy. A na filmikach widać to, jak sypiam na przykład. No i inne ciekawostki. Nie zawsze pamiętam, aby zrobić fotę, choć ciekawe tematy się trafiają. W Trysil aż dwa wypchane niedźwiedzie widziałem i z żadnym nie pstryknąłem sobie foty. Błąd! Zresztą przesympatyczna pani z biura obsługi turystów nastraszyła mnie - nie zaprzeczając, że niedźwiedzi nie ma w tej okolicy. Z jej gestykulacji wynikało, że może się przydarzyć takie spotkanie. A ja te dwie pierwsze noce spałem w lesie! Pierwszą w budce wędkarskiej, a drugą na przystanku autobusowym. Dziś natomiast, tuż przed Drevsjø, na drogę wybiegły dwa karibu. Ot, tak sobie, z lasu, między auta. I myślicie, że się mnie bały? Ba! Jedno obróciło się i nawet trochę podbiegło w moją stronę. A gdyby to był misiek... A w nocy śpię skrępowany śpiworem... Dobrze. Wystarczy. Miśków nie ma w tej części Norwegii. Jeśli, to dalej na północy. Za to są Polacy. Pracują i tu. Dwa razy z takimi się spotkałem. Lub przejeżdżają, bo mijały mnie auta z naszą rejestracją. To jednak nic przy Holendrach. Tych to wszędzie pełno. W Szwecji kupują domy, bo dużo ich do sprzedania. W Norwegii też codziennie mijają mnie na drodze, jadąc w obie strony. Poza tym wiadomo, Niemcy. W Norwegi też mnie pozdrawiają na drodze. Nawet kierowca tutejszego autobusu rejsowego. A dziś, 20., całą drogę moczył mnie siąpiący deszcz. Przestał łaskawie na czas posiłku. Szczęśliwie w jedynym miejscu na trasie, gdzie były stoły z ławkami. A tak, to cały czas marsz. No bo nie ma gdzie usiąść. Droga nie jest przewidziana na piechurów. Nie wiedzieli, że oto tędy właśnie będę pielgrzymował! A ja, idąc z wózkiem, omijam szlak Olafa biegnący przez góry. Idę dłuższą drogą, ale to nie problem. Problem jest odwrotny. Idę za szybko. Dziś wyliczyłem, że na wymiar to po niecałe 30km. dziennie powinienem iść. No ale jak to zrobić? Jak pada - to idę. Dziś, z tą jedną przerwą, przeszedłem 38km. Ciężki to był dzień. Nastrój miałem przeciwny temu, jaki winien grać w piersi pielgrzyma. Tylko użalanie i roszczenia. Klasyka! Coś nie po mojemu, to pretensje do Boga. A tymczasem przestało padać i do wieczora bylem suchy! Mało tego. Niebo się rozpogodziło. Przed samym Sømådalen stał kościół. Drewniany oczywiście. I domek, jako dom spotkań zapewne. Skryć się przed ewentualnym nocnym deszczem, to nie miałem gdzie. Wszystko było zamknięte i żadnego dachu, ale był na zewnątrz kontakt z prądem! I to był argument, aby przy kościele spędzić noc. Łyknąłem na noc pigułkę, a wcześniej sporo kropel Amola na cukrze. Czułem się podziębiony. Gdy usypiałem jednak, po zimnym, pochmurnym i słotnym dniu, słonko ogrzewało ścianę namiotu.
środa, 11 lipca 2012
Dziennik 10.07.2012 - 30.06.2012
10.07.2012
Cofnę się jednak do 8-go, do dnia
wyjścia z Vadsteny. Wiele nie przeszedłem, ale skoro rozpocząłem
drogę w południe, no to te 30km. i tak jest zadowalające.
Doszedłem do wioseczki lub nawet czegoś mniejszego. Zauważyłem
otwartą stajnię. Pytam człowieka, krzątającego się nieco
wcześniej przy domku, czy mogę tam przenocować. Okazało to się
jego własnością. Obawiał się. Obejrzał paszport, ulotkę,
paszport pielgrzyma. W końcu jednak się zgodził. Zapytał tylko,
czy palę. Chyba nie interesował się zbytnio kwestiami wiary, ale
później już się rozkręcił i chętnie oprowadzał po stajni.
Spałem na stryszku, na słomie, nad pustymi boksami. W nocy była
rozmowa z programem czwartym Polskiego Radia. I kontakt z Romanem w
studio. Po przespanej nocy droga do Askersund. Poziomki rosnące
wzdłuż niemal całej drogi, próbowały mnie zatrzymać. Ze trzy
razy im się udało. Co więcej, to choć ciężko było, nie dałem
się. Był też dzień śpiewu. Często śpiewam, ale tego dnia...
Mam parę ulubionych tekstów. I niesamowicie modliło mi się nimi.
Jeszcze to przerobię. W Askersund, w biurze turystycznym,
przesympatyczny i uczynny chłopak, znający kilka polskich słów,
skierował mnie na kemping. Obawiałem się tego. Chmury źle
wróżyły. No, troszkę poprzemawiałem do Opatrzności, ludzkimi
argumentami się podpierając, ale to wystarczyło. Nie padało całą
noc. Wstałem tuż po 5. Już sobie wyobrażałem, ile to kilometrów
dziś zrobię. I nadrobię, bo wczoraj nie poszedłem dalej, za
miasto, mimo że miałem ledwie 45km. na liczniku. Tymczasem... Tak
pięknie byłem zwinięty! Tylko zaparzyć kawę, a potem się iść
golić. Tylko gdzie ja mam klucz magnetyczny do wszystkich drzwi?
Szukam. Szukam. Wreszcie zerkam do kuchni, bo tam zostawiłem na noc
wózek. I jest! Znalazłem. Leżał sobie na stole. Zamknięty w tej
kuchni! Co za typek ze mnie! Wstawiając wózek, klucz położyłem
na stole i nie wziąłem, wychodząc. I teraz totalny impas. Wszyscy
dookoła śpią. A ja uziemiony. Wyobraźcie sobie, jak się we mnie
kotłowało. Tak chciałem wcześnie iść! Musiałem pokornie
czekać. To była próba! Po półtora godzinnym oczekiwaniu otworzył
mi pan porządkujący. To był pierwszy sygnał tego dnia, że nie
muszę tak gnać. Bo ostatecznie jako taki znak to odczytuję.
Później wstąpiłem do kościoła ewangelickiego po pieczątkę. Na
marginesie przepięknego, drewnianego kościoła. I co? I trafiam na
sam początek mszy. Usiadłem i cierpliwie czekałem. Bardzo mi się
podobały śpiewy. Bardzo dobrze grał na pianinie młody muzyk.
Dostałem zaproszenie na kawę, ale tę niewiele wcześniej piłem.
Poczucie straconego czasu grało gdzieś we mnie. Nie bardzo umiałem
się z tym pogodzić. Kwintesencja to końcówka dnia. Na wlocie do
miasteczka Svartå stały opuszczone domy. Mogłem się w nich
zainstalować. Były przecież darem z nieba. Tyle razy prosiłem o
taki nocleg. Stały jak zaproszenie. Popatrzyłem w telefon - 42km.
Rozterka. Tak mało... No, ale takie noclegowisko... Nie przyjąłem
daru. Poszedłem dalej. A kilometr dalej zaczęło padać. Na
początek. Bo gdy wszedłem do miasta, to po prostu lało. Takiego
deszczu jeszcze nie przerabiałem. Byłem kompletnie przemoczony. I
tak człapałem, nie wiedząc co w tej sytuacji zrobić. Mówiłem
tylko: dobrze, Panie Boże, przepraszam za upór i nieodczytywanie
Twojej woli. No i ulitował się Bóg. Wpierw skinieniem zaprosił
mnie na ganek swojego domu Fin, mieszkający tutaj, a potem
zaprowadził do Polaków. Sławek z kolegą pracują w Szwecji od
kilku lat. Początkowo, na moją prośbę, pozwolił mi rozlokować
się na noc w pustawej przydomowej szopce narzędziowej. Poszedłem
więc po wózek, bo został na werandzie. A żeby było wesoło, to
uczynny fin wcisnął mi jeszcze 100 koron! Czyli zaprosił pod dach,
w deszczu zaprowadził do Polaków, a potem jeszcze obdarował
groszem. Sławek też mnie zaskoczył. Szopka była dla mnie pałacem.
Ale on przyszedł i powiedział, że właściwie to mogę nocować w
sąsiednim, remontowanym mieszkaniu. Teraz to już nie rozumiałem
opatrzności. Tak się zmienia nastrój i rzeczywistość. Noc w
łóżku. Dzisiaj nie galopuję. Zrobiłem do 13.00 dwadzieścia-parę
km. A teraz cierpliwie to wszystko opisuję, bo mam darmowe wi-fi,
aby wysłać do Grześka, aby wrzucił na stronę, żeby się z Wami
podzielić. Zaraz, zaraz! Już prawie 16.oo... A ja mam zaledwie
20km..? Jeju! W drogę!
30.06.2012
Rzeczywiście, parę dni na raz. Tyle
się działo i tylko byłem zbyt zmęczony, by zapisać. To, co
pamiętam, przywołuję. Fenomenalnie przydały się spodenki kupione
w Horsens. Zasłoniły mi łydki dotkliwie poparzone przez słońce.
A Arek się z nich śmiał! Bo słońce zdarza się na trasie. Zdarza
też się zmoknąć. Drugi raz przemokłem w drodze do Frederikshavn.
Poul czekał za to na mnie ze śniadaniem. Do wspólnej drogi nie
doszło, ale pojedliśmy razem i razem przywitaliśmy księdza
Mikołaja. Wysiadając z auta, zobaczył polską flagę przy moim
wózku i pierwszy przywitał nas, mówiąc "szczęść Boże!".
Porozmawialiśmy, podbił mi paszport, a potem przypomniał modlitwę
doskonałą z książki "Pielgrzym". Z pokoju gościnnego
nie skorzystałem. Za mało czasu było na spanie. I tak zaniedbałem
nieco Poula. Ostatecznie, w jednej ławce, doczekaliśmy się mszy.
Poul, ewangelik, rozumiał liturgię, bo była po duńsku. Ja,
katolik, musiałem podpierać się "Oremusem". Co ciekawe,
na mszy najwięcej było Cejlończyków z pochodzenia. A po uczcie
sakramentalnej trzeba było zadbać o bilet na prom do Geteborga. I
tu nasz duński przyjaciel okazł się być mężem opatrznościowym.
Prowadził cały dialog przy kasie, a gdy okazało się, że przez
internet bilet jest o połowę tańszy, zabrał mnie do swojego
przyjaciela i tam dokonał transakcji. Oczywiście w duńskim, więc
ja sam nie miałbym szans. Więcej! Poul wyłożył bez wahania
należność, gdy z mojej karty nie chciało pobrać. Przyjaciel
Poula opiekuje się kościołem ewangelickim w Frederikshavn.
Pojechaliśmy tam zrobić kilka zdjęć. Wcześniej myślałem, że
będziemy na mszy. Ale Polowi bardzo zależało na samej, wspólnej
obecności w jego świątyni. Poprosili mnie też, abym odmówił
modlitwę. Pomodliłem się na głos Modlitwą Pańska, a moi
przyjaciele uczestniczyli w niej w skupieniu. Byli bardzo przejęci.
Aż się dziwiłem. Tak jak wtedy, gdy Poul napisał mi, że w Hals,
przy kościele, czeka na mnie "prist". Kościół był
ewangelicki. Nikogo tam nie było, więc poszedłem do domu pastora.
Pytam spotkanego na ogródku mężczyznę, a on mi, że pastor to
jego żona. Pierwszy raz rozmawiałem z "proboszczem"
kobietą. Sofii (fonetycznie) odniosła się bardzo radośnie i
poprosiła o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć. Zastanawiam się,
do czego te wszystkie zdjęcia? Choć... faktycznie, to ja robię
błąd, tak mało fotografując ludzi na drodze pielgrzymki. Dobrze,
że Poul przesłał swoje foty Romanowi. W tym też te z cypla
duńskiego, przy którym Bałtyk spotyka się z Morzem Północnym.
Poul bardzo się starał, aby czas do promu do Szwecji jak
najbardziej mi uatrakcyjnić. W końcu jednak trzeba było się
rozstać. Przysnąłem sobie w pustej poczekalni, bo prom miałem o
3.45, a potem jeszcze z połowę trzech godzin rejsu. W Geteborgu, po
tradycyjnym śródmiejskim błądzeniu, dotarłem do cioci. Spędziłem
z nią cały dzień. Zaprowadziła mnie do Polskiej Misji
Katolickiej, gdzie podbiłem pielgrzymi paszport, ale nie poprosiłem
o wykaz kościołów katolickich w Szwecji. To by było duże
ułatwienie w dalszej drodze. Następnego dnia wyruszyłem bez
wykazu, ale za to z niezwykłym animuszem. Dużo energi dodała mi ta
wizyta i spotkanie po latach. Szkoda jednak, że tej energii pokaźną
dozę straciłem na błądzenie po pewnym parku, biegnącym wzdłuż
drogi nr 40. Owa 40. stała się moim koszmarem. Otóż na mapie
zaznaczona jest jako droga krajowa, czyli taka, po której wolno mi
się poruszać. W rzeczywistości zautostradziła się, a to mnie
kompletnie wybiło z rytmu. Strach blady padł na mnie. Nawigacja w
moim telefonie pokazywała drogi zastępcze tak pokręcone, że nie
do ogarnięcia. Wydłużające okropnie całą drogę, a na dodatek w
wielu miejscach nie było widać połączeń między nimi. Tak mnie
zaskoczyła Szwecja. Nie miałem nic do stracenia i szedłem przez
ten park, bo alejka początkowo biegła blisko 40. Długo to nie
twrało. Potem była tylko niepewność. I natrętna myśl, czy
poruszając się takimi obejściami, mam jakąkolwiek szansę zdążyć
do Trondheim na 29 lipca, na święto Olafa. Opatrzność jednak
prowadzi. Po swojemu! Wyszedłem na lokalną drogę, gdzie po kilku
kilometrach zatrzymało się przy mnie autko typu osobowo-dostawcze.
Po polsku kto ja, co ja? Ano tak i siak. Po chwili propozycja nie do
odrzucenia. Przewiozą mnie przez odcinek autostrady, na którym
kończy się moja droga. Tak na nową pułapkę odpowiedziała
opatrzność! W drodze było jeszcze lepiej. Dostałem zaproszenie na
rosół! Godzinę wcześniej głowa pełna katastroficznych myśli i
niemal rezygnacji, a teraz coś tak mało realnego tutaj, jak polski
rosół. Jolanta, niesamowicie zażywna osoba, mieszka w Szwecji od
prawie 40 lat. Jechała z pasierbem wywieść rzeczy nie potrzebne w
domu i widząc piechura z polską flagą, zagadnęli. Pogadaliśmy.
Przyjęli medaliki z Niepokalanowa, bo są wierzącymi Polakami.
Potem pokazali mi drogę lokalną, która ma mnie zawieść do Boros,
dużego miasta na mojej nieszczęśliwej 40-ce. Cdn?
Dziennik - 29.06.2012 - 25.06.2012
29.06.2012
Budzik nastawiłem na 6.30. Obudziłem
się oczywiście wcześniej. I dobrze. W nocy nie padało. Za to w
chwilę po przebudzeniu zaczęło wstępnie kropić. Ewakuacja była
błyskawiczna. Zdążyłem. Gdy lało jak z konewki, ja spokojnie
popijałem kawę i zwijałem sprzęt pod daszkiem. Opuścić kemping
mogłem i tak o 8.00, bo o tej godzinie umówiłem się z
gospodarzem. Wieczorem już go nie było, więc płaciłem z rana. I
tak jak późno się ten dzień zaczął, tak też się i wlókł.
Sporo czasu umknęło, abym mógł się wreszcie spotkać z Poulem.
Trochę mnie szukał. Koordynacja prowadzona była z Polski, przez
Romana. Za to, gdy już się zeszliśmy, to mogłem zasiąść do
śniadania przywiezionego przez Poula. Piknik w dworcowej poczekalni!
Tam były ławki. Nie za dużo, ale wymieniliśmy podstawowe
informacje. Poul dołączy do mnie na fragment trasy. I chyba będzie
to jutro. Zobaczymy. Później najnormalniej usypiałem na trasie.
Nie jeden kierowca brał mnie pewnie za pijanego. Aż pszyszedł
moment, że rozłożyłem kurtkę i zdrzemnąłem się. Jak się
okazało, kilkaset metrów od nadmorskiego kurorciku. Bo szedłem w
stronę wybrzeża. Ujrzałem więc dziś cieśninę duńską. Teraz
już do końca Dani będę szedł wybrzeżem. Byleby żwawiej niż
dziś. Ożywiła mnie i to bardzo wieść od syna. Rok kończy ze
średnią 4,43. To bardzo dobra średnia. Oj, łechce to bardzo moją
ojcowską dumę. Do każdej dziesiątki Różańca dokładam jedno
Pozdrowienie Anielskie właśnie za niego. Tyle mogę. I chcę. Mimo
śniętego dnia i bolących, jakby bardziej, nóg, normę
przeszedłem. Leżę w namiocie i słucham, jak deszcz bębni o
tropik. Namiot jest dobry. Dziękuję ci Lucynko zań bardzo, bardzo!
Tylko jak ja go jutro zwinę?
28.06.2012
Wczoraj szło się świetnie, no to dzś
nie szło iść. To tak dla urozmaicenia widać. Pogoda fajna, a
ciśnienia brak. Wciąż bym tylko stawał i odpoczywał. Ale
człapałem. Akcent dnia to zatrzymujące się auto, gość około
czterdziestki, wręcza mi buteleczkę koli. Ot, tak! Czy normalnie
ludzie zatrzymują się, aby coś komuś wręczyć? Co nim
powodowało? Każdy niech sam szuka odpowiedzi. Teraz jeszcze Poul.
Duńczyk, poznany przez Romana w Asyżu. Seria SMS-ów, a nawet jeden
telefon do mnie. Tylko że ja... Za tłumacza trzeba było Romana. A
Poul chce dołączyć do mnie, choćby na pół dnia. Ma to nastąpić
jutro. No to do zobaczenia Poul! Tymczasem robię coś, czego bardzo
nie lubię robić. Sam dodaję sobie kilometry. Muszę się jednak
dziś wykąpać. Po dwóch dniach intensywnej drogi i noclegu w
dziennych ciuchach... Obieram więc kurs na Mariager, choć to
oznacza +8 km., jak obliczyłem. Ale za to nazwa miasteczka bardzo mi
się podoba.
27.06.2012
Wstaję pierwszy. Muszę prócz brody
ogolić i głowę. No i koniecznie wypić kawę. Pożegnanie męskie.
Strzała, uścisk i basta. Na powtórne odwiedziny zaproszenie
dostałem już pierwszego dnia i wczoraj. Arek do pracy, a ja w
drogę. Od rana świetna pogoda. Nie idę, lecz mnie niesie. W
Skanderborgu podchodzi do mnie człowiek i mówi coś po angielsku.
Wyłapałem, że chodzi o Włochy z ubiegłego roku. Potwierdzam -
tak, byłem. Okazuje się, że spotkaliśmy się na szlaku do Rzymu.
I pierwszy raz byłem zażenowany swoją ignorancją lingwistyczną.
Człowiek mi mówi co, gdzie i jak, a mi obwody się przepalają od
intensywności próby zrozumienia. Powoli jednak zacząłem sobie
przypominać. Poprosiłem o wpisanie imienia, abym mógł spotkanie
opisać. I oto osobista notatka brata-pielgrzyma: "Peter
pellegrino danese Balsena". Balsena to miasto, w którym
nocowaliśmy w jednym alberge. Stwierdziłem, że mały ten świat.
Peter przytaknął oczywiście. Głupio mi było, że nie potrafię
swobodnie pogadać, więc pożegnaliśmy się i poszedłem dalej. Gdy
ochłonąłem, uderzyłem się w czoło: czemu nie dałem Peterowi
tałki?! Ależ matołek ze mnie! Choć tak mogłem odpowiedzieć na
tą radość, z jaką Peter mnie witał. No to też pielgrzym
przecież. Przepraszam, Peter! Trudno. Trzeba iść dalej. Tylko jak
długo można iść? Jak nie ma kempingu po drodze, to naprawdę
długo. W końcu ma się dość i desperackie pomysły przychodzą do
głowy. Zacząłem się rozglądać za takim lasem, w którym mógłbym
się ukryć. A dokładnie to namiot, bo te w Dani można rozbijać
wyłącznie na polach namiotowych. Przy pewnym zjeździe do lasu
wydało mi się, że coś prześwituje przez drzewa. Liczyłem na
jakąś opuszczoną leśną szopę. I prawie trafiłem. Trafiłem na
zaplecze gospodarcze bodajże robotników leśnych. Barakowóz, mimo
że chyba był otwarty, zostawiłem w spokoju. Spanie rozłożyłem
na ławie, przy której spożywano posiłki. Całość osłonięta
była foliowym namiotem, więc nic więcej nie potrzebowałem.
Jedynym problemem, były muszki i komary. Uratował mnie mój
kapelusz. Ma on w bocznych ściankach zamontowane wywietrzniki, czyli
metalowe kółeczka z bardzo drobną siateczką. Oddychać można
było przez to swobodnie. Kapelusz na twarz, boki ściągnięte
kapturem śpiwora, i dobranoc. I ani jednego ukąszenia!
26.06.2012
Dzień pracy. Nie na trasie, ale jednak
dla pielgrzymki. Wreszcie miałem dostęp do internetu. I nawet
osobiście uzupełniłem dziennik pielgrzyma. Z tym, że Grzesiu,
spec i mój dobroczyńca od tych tematów, i tak musiał robić
poprawki. Posprawdzałem za to wszystko, co do sprawdzenia w sieci
miałem. Arek oprowadził mnie po odpowiednich sklepach. Kupiłem
oponki, gaziki, maść na pięty (fenomenalny linomag kończy się),
a także krótkie spodenki. Te ostatnie w miejsce tych, które
dokończyły żywota na trasie, podobnie jak pierwszy komplet opon.
Musiałem też być w dwóch szczególnych miejscach. Pierwsze to
wyeksponowane armaty, które zapisały się w historii miasta, a
dzisiaj będąc w Horsens, nie można nie mieć przy nich zdjęcia.
Drugie miejsce i zdjęcie to zerowy punkt miasta. Nie widziałem
nigdzie indziej punktu określającego dokładnie środek
miejscowości. Sporo do zrobienia było tego dnia, więc ja się
zająłem naprawą kół, dalszymi sprawkami w sieci, a chrześniak
obiadem. Do obiadku była bajka. A jak! Szkoda, że Ümyt nie
przyszedł na obiad, choć był zaproszony. Przyszedł po pracy,
wieczorem. Arek znowu za tłumacza. Ümyt jest muzułmaninem. Siłą
rzeczy rozmowy od mojej pielgrzymki zeszły na religie w ogóle.
Kontrowersji żadnych. Identycznego widzenia świata dużo.
Chrześniakowi, gospodarzowi przyjmującemu po królewsku pielgrzyma,
wręczyłem oczywiście tałkę. Nie mogłem nie obdarować nią jego
przyjaciela, z którym duchowe porozumienie w wierze w jednego Boga
poprostu wisiało w powietrzu. Jednak to Ümyt mnie powalił w tamtej
chwili. On też miał dla mnie podarek. Małą kaletkę, zawieszaną
na rzemyku na szyi. A w niej... cytat z Koranu z błogosławieństwem
Bożym dla wędrowca. Autentycznie zaniemówiłem. To bardzo znaczący
symbol osobistego sprzyjania człowieka człowiekowi. Inne wyznanie
nie tylko nie przeszkadza w relacjach, lecz na tym przykładzie
udowadnia jak żyć wartościami religijnymi w praktyce. Wartościami
właściwymi dla obu wyznań zresztą. A potem jeszcze dość długo
padały pytania z mojej strony i rozmowy o wierze. Najciekawsze było,
to gdy niemal jednocześnie wskazaliśmy na Arka, mówiąc, że cała
ta rozmowa w rzeczywistości trwa tylko dla niego. Arek, niestety,
nie należy do żyjących w zgodzie z wiarą. Za to i ja dostanę do
odpokutowania. Nie jestem najlepszym ojcem chrzestnym. Dziś jednak
uczestniczy w katechezie, gdy jego przyjaciel i chrzestny rozmawiali
o Bogu. Gdy Ümyt musiał już iść, pożegnaliśmy się serdecznie,
padając sobie w ramiona. Cudowny dzień!
25.06.2012
Dzień, który ma być tylko spokojny i
przyjemny. Do przejścia 25 km. Bo idę tylko do Horsens. Tam mieszka
mój bratanek. To mój chrześniak, Arek. Cieszyłem się na te
odwiedziny od dawna. Droga jest po prostu przyjemna. Na rogatkach
sms: kiedy będziesz i co potrzebujesz? Będę za niecałą godzinę,
potrzebna wanna z gorącą wodą. Ulica okazała się krótka,
dotarłem w pół godziny. Serdeczny miś i do domu. A tam kanapa.
Nogi na oparcie, poduszka pod głowę. Leż sobie stary i wypoczywaj.
Herbatka już się robi. A potem rozmowy i plany na jutro. Na
śniadanie jajecznica! Tylko telefon do szefa, o dzień wolny w
pracy. Po 16. jestem zaproszony do "chińczyka" na potrawy
azjatyckie bez limitu. Smacznie, wreszcie obficie i nastrojowo.
Dołączył do nas przyjaciel Arka, Ümyt. Jego tato pochodzi z
Turcji. Arek ma do wypełniania mało wdzięczną fuchę tłumacza.
Dziś nie za długo. Umawiamy się na jutro, na obiad, który ma
przygotować mój chrześniak. Tego dnia nic nie zrobiłem, choć
miałem poczynić przynajmniej przygotowania i plany jutrzejszych
napraw i zakupów. Gadaliśmy. Obejrzałem też sentymentalny film.
To chyba nie grzech na szlaku pielgrzymim?
niedziela, 8 lipca 2012
Kolejna porcja zdjęć dostępna na stronie
Tym razem, prezentujemy znacznie nowsze fotografie. Zapraszamy do zapoznania się z lipcową galerią.
sobota, 7 lipca 2012
Utworzyliśmy galerię zdjęć
Przed chwilą umieściliśmy
galerię zdjęć z aktualnej pielgrzymki Wojciecha. Zapraszamy pod adres: http://www.aforyzmy.internet.v.pl/varia/north/. Wszystkie fotografie pochodzą z czerwca, opóźnienie jest spowodowane małymi problemami technicznymi, jak i utrudnionym dostępem do internetu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)