piątek, 20 kwietnia 2012

Emocje rosną.

Miesiąc i sześć dni... Dokładnie 27 maja. Ja ze Szczecina, Roman z Łodzi, a Dominik z Gdańska. Wyruszymy z naszych miast rodzinnych, a spotkamy się w Dębogórze. Po tygodniu drogi. Do przejścia każdy z nas ma po 200 km. z haczykiem. To takie powtórzenie, w skali mikro, ubiegłorocznej pielgrzymki do Asyżu. To ciekawe, że nasze miasta ułożone są względem siebie podobnie jak Fatima z Moskwą i Jerozolimą. Sami jeszcze nie wiemy,  o co w tej pielgrzymce chodzi. To sprawa wyłącznie Ducha Świętego. W niedzielę Zesłania, a jakże, przyjdzie nam wyjść, aby się dowiedzieć. Dowiedzieć w dniu Przenajświętszej Trójcy. A później... wprost z Dębogóry pójdę do Nidaros... Stawiam wielokropki, bo faktycznie coraz głębiej się nad tym zastanawiam i przeżywam to. Tyle kilometrów samotnej drogi. Choć nie mam nic przeciwko, aby się ktoś dołączył. Tylko tempo moje trzeba by przyjąć. Choć tym razem wcale nie musi być ono specjalnie wielkie. Tym razem idę z bagażem na plecach. Czyli bez wózeczka. Z grubsza liczę po 35km/24h. Bardzo ostrożnie. Czyli zajmie mi to 65 dni. Oj, chyba jednak trzeba będzie podkręcić. A! Droga zweryfikuje chęci podług zamiarów.  W każdym razie w Trondheim planuję być około dnia Przemienienia Pańskiego, czyli 6 sierpnia. To wersja ostrożna. Bo jeżeli dam radę, to zamierzam wrócić do Polski na ... O, rany! W tej chwili spojrzałem do kalendarza i wiecie co? A to, że 29 lipca jest Olafa! Nie wiem czemu myślałem, że dopiero na jesieni. No to teraz już nie mam wątpliwości, jakiego dnia muszę dotrzeć do Nidaros, do grobu św. Olafa! I tak, jak teraz obliczyłem, będę musiał dzień w dzień pokonywać ponad 40 km. No... nie wiem... Muszę przywołać się do głębszej wiary, bo jak patrzę na wszystkie "przeciw"... Około 2300 km. w 56 dni. Z 65 zrobiło mi się 56. Ciekawe. I nie wiem, czy mi nie przybędzie drogi przez pomyłki, konieczność obchodzenia przeszkód, itp., czy może Opatrzność łaskawie tę drogę skróci nieco. Różnie bywa. Wiem już na pewno, że nie wrócę do Polski na początek Pielgrzymki Szczecińskiej. Bo o tym chciałem powyżej wspomnieć. Dołączę do niej z kilkudniowym opóźnieniem. No, ale to już temat na inny czas. Dziś usnę z myślą o Idzie Człowiek - północ.

środa, 11 kwietnia 2012

Polonia z Berlina i namiot.

No to mogę uzupełnić. Bo w poprzednim wpisie nie ująłem. A od czwartku (22 marca) do soboty byłem w Górce Klasztornej. Nie sam. Leszek Podolecki, mimo przeciwności, stara się i organizuje. Tym razem rekolekcje dla więźniów miały w planie wyjazd do Okonka, do ich patronki, Matki Bożej od Wykupu Niewolników, Matki Bożej Wolności, oraz Misterium Męki Pańskiej w Górce Klasztornej. Fajnie obserwuje się człowieka, więźnia, który po dwudziestu paru latach, ponownie służy do mszy. Te przejęcie, ale i ta radość po! A misterium, to ja sam widziałem pierwszy raz w życiu. Wymowna inscenizacja! Nie mgliste wyobrażenie, lecz żywi ludzie, nadający odgrywanym postaciom ludzki właśnie wymiar. I bardzo ważne spotkanie. Dla mnie. Z Polonią niemiecką. Z Berlińczykami. W jednej sali mieliśmy posiłki. No to im zaśpiewaliśmy z wtórem gitary "Matkę". Mocne wejście i wrażenie. Później i inne pieśni, i wspólne ich śpiewanie. A przy ostatnim posiłku zostaliśmy z Tadeuszem dłużej. On grał, ja próbowałem mu pomagać na swojej gitarze. Pośpiewaliśmy Polonii, a potem opowiedziałem o zbliżającym się moim pielgrzymowaniu na północ, do Nidaros, o którym Leszek wcześniej poinformował rodaków. Zapraszali do Berlina, do Polskiej Misji Katolickiej. I szkoda, że to nie po drodze. Żałowałem też, że nie wziąłem zeszytu intencji. Żal tym bardziej, że Berlińczycy spontanicznie zrzucili się na namiot dla mnie. Tak całkowicie od siebie i z serca. Bardzo miły gest. Był to mój największy sprzętowy problem. Teraz jak dorzucę parę groszy od siebie, to będę miał bardzo dobry namiot. Choć... po 1 kwietnia, trochę się zmieniło. Tego dnia byłem ponownie w Schronisku dla Młodzieży na Modrej w Szczecinie. Powód znalazł się naprawdę nie codzienny. Otóż Arcybiskup Szczecińsko-Kamieński, Andrzej Dzięga, postanowił, że w Niedzielę Palmową uroczystą mszę odprawi właśnie tam, bierzmując młodzież, i to młodzież o trudnych drogach życiowych. To się nazywa duszpasterstwo! Wielu biskupów zdecydowałoby się na taki ośrodek zamiast na katedrę?! Dla mnie "kozacka" decyzja. A przy tej okazji wicedyrektor ośrodka ponowił ofertę sprezentowania mi namiotu, co dnia następnego dokonało się. Namiot lekki, mimo iż 3-osobowy. Jedna rzecz mnie niepokoi. Czy nie będzie przeciekał, bo na to nie mogę sobie pozwolić w drodze. A to jest namiot bez tropiku. No i co? Ano mam jeszcze parę dni czasu. Po prostu spędzę noc, albo i więcej w tym namiocie i w praktyce sprawdzę jego przydatność. Ciekawe jest to jednak, jak problemy "same się rozwiązują". Tak zwane przypadki. A jakże! Opatrzność nade mną. Wierzę! Proste więc, że niczego mi nie zabraknie. A zresztą, co tam wyposażenie. Modlitwy nie zabraknie, a to jest najważniejsze. Rozmowa ze Stwórcą to pielgrzymka.

piątek, 6 kwietnia 2012

Po usilnej próbie napisania...


W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! Boże w Trójcy jedyny! Doznaję totalnej bezsilności. Nie umiem sobie z tym poradzić. Ty wiesz. Proszę Cię Boże o pomoc. Na piśmie. Bo o pisanie w tej chwili najbardziej chodzi. Proszę, napisz. Tylko Ty możesz. Taka mała kreaturka jak ja, nie może. Ty wiesz. Boże, gdy proszę Ducha Twojego, aby przemawiał do młodych na rekolekcjach, czyni to. To działa. Tu i teraz też więc proszę: Duchu Święty przyjdź i napisz do tych wszystkich, którym jesteśmy to winni. Wiem, że sporo ludzi czeka na Facebooku i na Idzie Człowiek. Sam przecież odsyłałem. I co teraz? Są wejścia na stronę, a tam cisza. Nawet wiatr nie wieje. Tak przecież nie może być. Proszę o pomoc z nieba. Uznaję z całą pokorą, że tu, na ziemi nie ma siły, która by mi pomogła. Zapraszam Cię Duchu Święty do mojego serca. Proszę, rozgość się. I daj nam, małym w wierze, chleb Niebieskiego Słowa. Amen.


Działo się! Hm. W tym momencie pomyślałem o ostatnich dniach. A dzieje się przecież nieprzerwanie od bardzo dawna. Wymienię, aby sobie samemu przypomnieć, co powinienem był Wam opisać. 24 lutego. Gryfino i „Włóczykij”. Spotkanie podróżników i eksploratorów. A my w trzech mówiąc o drodze Idzie Człowiek, mówimy o pielgrzymce. Mówimy o duchowym wymiarze drogi. Koszalin, 6 marca, rekolekcje dla gimnazjalistów z Ustki. Zaprosił nas ksiądz Jacek, wcześniej posługujący w Okonku, w parafii Matki Boskiej od Wykupu Niewolników, Matki Boskiej Wolności. Z Leszkiem Podoleckim i Dominikiem mieliśmy po kilka konferencji. Pracowity czas. A dla mnie szczególny za sprawą Tasi. Uderzyło ją świadectwo mojego życia. A konkretnie relacja wobec syna. Bo relacja z ojcem jest jej traumą. Potem 9-go, w kawiarence przyparafialnej w Gdańsku–Wrzeszczu, spotkanie ze znajomkami Dominika. Znajomkami, bo nie pierwszy raz opowiadał im o pielgrzymowaniu. No i wielkie wydarzenie następnego dnia - gdyńskie „Kolosy”! Chyba największy w Polsce festiwal podróżników i eksploratorów. Mieliśmy tremę. A przynajmniej ja. Tysiące ludzi, a tu trzeba było mówić o Bogu. Pielgrzymka bez Boga byłaby karykaturą. Jak umieliśmy, tak powiedzieliśmy. Dla mnie „Kolosy” cudowne były z innego powodu. Piękną nauką pokory. A tak! Pan Bóg pokazuje, że choćbyśmy nie wiem co zdziałali „dla Boga”, to nigdy nie mamy prawa popadać w samouwielbienie. A to co mieliśmy zaszczyt uczynić, to tak naprawdę jest podarkiem i łaską od Pana Boga dla nas. Niesamowicie mocno odczułem to dzień później, dzięki konferencji Piotra Kuryło. To, że gościu nie przeszedł, a przebiegł, i nie 4 000 km, a 20 000 km, to jeszcze pikuś. Ale jak On mówił o WIERZE! Tak pięknie wkomponował istotę wiary w swoją opowieść, że tylko się uczyć i naśladować. Naturalnie, skromnie i kontaktowo. To za słowa o sile wiary dostał największe brawa. A ja byłem zachwycony. Zaprosiliśmy Piotrka do stolika na wieczorne spotkanie prelegentów. Tam znowu dane mi było cieszyć się faktem, że zaszczyt takiego spotkania jest po mojej stronie. Było fantastycznie wesoło. Piotr ma ogromne poczucie humoru i dystansu do siebie. Słowem: katecheza. Może kiedyś ruszymy razem w drogę i modlitwę? Póki co, 12 marca rekolekcje w Zespołu Szkół nr 4 im. Armii Krajowej w Szczecinie, na zaproszenie uczącej tam, mojej serdecznej koleżanki Ani. Nazajutrz pierwszy z trzech dni rekolekcji w Schronisku dla Nieletnich na Modrej w Szczecinie. Chłopaki słuchali i chętnie śpiewali do wtóru gitary Tadeusza, który od wielu lat towarzyszy Leszkowi w ewangelizacji wśród więźniów. 21-go panel w Wyższej Szkole Humanistycznej Towarzystwa Wiedzy Powszechnej w moim mieście. Zaproszeni oficjele, a i samo miejsce, aż onieśmielało. Oprócz podziękowania na piśmie, dostałem też (wczoraj) kartę z życzeniami świątecznymi. Tyle fatygi... To robi wrażenie. 27-go w Warszawie, u Sióstr Loretanek, w rekolekcjach pomyślanych dla pracowników ich wydawnictwa, prócz Dominika i Romana, gościł też Szczepan, który „poszukuje” i po Kalwarii Zebrzydowskiej zawitał do naszych Braci ze Wspólnot Jerozolimskich. A ja wprosiłem się do posługi przy mszy celebrowanej w kaplicy SL przez biskupa Stanisława Stefanka! Znowu więc większy zaszczyt dla mnie, niż służba bliźnim rekolekcjami. Po nocy spędzonej w pociągu, na 18.oo stawiłem się w kościele w Płotach. Tam, za sprawą umawiającego mnie z dwa miesiące wcześniej kolegi z czasów więzienia (nie był więźniem), mówiłem do młodzieży przygotowującej się do bierzmowania. Później, choć pora młoda nie była, kolega ugościł mnie kolacją. Wspominam o tym, by móc powiedzieć o wysłuchanej u niego historii dziewczynki chorej na raka. Z jednej strony pozwoliło mi to kolejny raz w życiu utwierdzić się, że i tak jestem szczęściarzem, mimo niespełnienia życiowych pragnień. Ojciec dziewczynki może być przy niej każdego dnia. Ja przez swoją głupotę straciłem taką możliwość wobec syna. Jednak ten ojciec pewnego dnia otrzymał większy cios ode mnie i cały czas drży z niepokoju. A mój syn jest zdrowy. Wiara czyni cuda. Te dziecko, ta dziewczynka będzie przykładem. Przykładem dla kościoła o sile wiary i modlitwy. Bo modlą się o nią nie tylko rodzice, ale modli się pewien więzień. Mocno narozrabiał w życiu. W więzieniu jednak zostało mu dane poznawanie, odczuwanie znaczenie łaski Bożej. Wypełnia tę łaskę. Ofiarowuje siebie innym. To się nazywa KOŚCIÓŁ. Módlmy się za innych, bo nawet jak jest źle w naszym życiu, to wielu ma naprawdę gorzej. I na zakończenie, 4 kwietnia świadczyłem o łasce Pańskiej dwóm grupom gimnazjalistów z parafii św. Maksymiliana Kolbe na szczecińskich Pomorzanach. Duży spokój odczuwam po tych rekolekcjach. Jak zawsze zdałem się na Ducha Świętego. Jednak o ile czasami dopadał mnie niepokój, czy było według planu Bożego, to nie tym razem. Może dlatego, że sam otrzymałem swoisty znak. Otóż na jednym ze slajdów, z Maryją i apostołami w pięćdziesiątnicy, nad ich głowami uwidoczniony został Duch Święty jako gołębica. Niby nic nowego. Jednak... Ten kształt. Rozpostarte skrzydła to ramiona tałki! Tej tałki, która niedługo zawiśnie na mojej piersi, gdy wyruszę w najbliższą pielgrzymkę. I tu znowu prowokacyjnie zapytam: przypadek?
            Panie Boże błogosław!