poniedziałek, 6 maja 2013

Jan Paweł II - pielgrzymka dziękczynno-intencyjna.

        Sam nie wiem. Może to już faktycznie wiek po prostu. Choć obawiam się, że zaraz zostanę zakrzyczany, że to pospolite lenistwo. A jest tak, że jak się idzie, to się idzie i już. Nie ma problemów ze wstawaniem, ociągania się, potrzebą autodopingu do wykonania koniecznych czynności. Po powrocie do domu to się zmienia...
        Po pielgrzymce „Krukowskiej” dotarliśmy do Szczecina 29-go kwietnia wieczorem. Rano Roman miał spokojne połączenie z Poznaniem. Pojechał. A ja miałem cały niemal dzień na przygotowanie pielgrzymki 1-majowej. Cacy! Sama pielgrzymka też cacy. Tylko czemu dopiero dziś, 6-go, ją opisuję. Sam nie wiem. Może to już faktycznie wiek po prostu...
        1-majowa pielgrzymka dziękczynno-intencyjna za pontyfikat Jana Pawła II i o jego kanonizację okazuje się, rozlała się szerokim kręgiem pośród chrześcijan. Do nas, pielgrzymów miłosierdzia, idea dotarła przez siostrę Asumptę. Podjęliśmy, oczywiście! Uruchomiłem nawet Dominika, choć braciszkowi dzień doczesny gros czasu zabiera. Tak więc „samotrzeć” w drogę się wybieraliśmy, choć każdy gdzie indziej. Ja na ten przykład pomyślałem o Myśliborzu. I pierwotnie pieszko iść chciałem. Około 70km. Dałoby się. Problemem byłoby to, że aby dojść na sensowną godzinę, np. na Godzinę Miłosierdzia, to musiałbym iść nocą. Tymczasem droga, którą nigdy wcześniej nie szedłem, wiodła też przez lasy. Trudno coś takiego zrealizować. No to komandosem nie jestem! Ale na rowerku... tak, to było wykonalne. Rower trzeba było naprawiać. Po jesiennej kraksie. Zakleiłem przebitą dętkę. Powyprostowywałem pogięty bagażnik. Poczyściłem. Lekka konserwacja też została dokonana. Czyta się szybko – naprawy dokonuje dłuuuuugooooo. Około północy zauważyłem, że powietrze z łatanej dętki uchodzi! Zapasowej było brak. Cóż, ponowne klejenie! I żadnej gwarancji, że rano powietrze będzie w kole. A bez powietrza raczej trudno jechać. Cała wyprawa stanęła pod pewnym znakiem zapytania. Spać poszedłem około pierwszej. Chrrrrry! Śśśśśśśś! 6.3o. Ciężko się wstaje. Godzinę później siadam na rower. Na początek przez pół miasta. Na rogatkach okazuje się, że internetowa i ta w telefonie mapa, wyznaczyły mi drogę przez Puszczę Bukową. Miejsce urokliwe, ale krosowe dla mojego rowerka. Bruk i koleiny. Zaczęło się więc fajnie. To pierwszy w sezonie kontakt z siodełkiem. Jak ta „delikatna materia” wytrzyma te wszystkie wstrząsy? Trzeba jechać. Drogi boczne wolne są od samochodów i panoramę piękną oferują, ale bruk jednak jakby troszkę przywoływał do prozy. Wyobraźnia starała się mnie przestraszyć wizją, co to będzie w drodze powrotnej.
        
Jadę. I kontempluję. Jest pięknie. Jak to na pielgrzymce. I te niespodzianki...

Na przykład tam, gdzie mapa wskazuje drogę gminną, dziś jest ogromne, zaorane pole. I już! Rezon straciłem na krótko.

Przedarłem się. I nawet - po żwirówce - trafiłem na regionalną, międzygminną ścieżkę rowerową. Zachód, normalnie! Tak to można jechać. Na półmetku jednak awaria. I na asfalcie wróg czyha. Akurat dojechałem do Bani, gdy zauważyłem, że ponownie trzeba kleić.

W tym miejscu konkretnie już chciałem być w klasztorze na 15.oo. Oj, sprężałem się! To odbijało się oczywiście na wytrzymałości organizmu. I kondycyjnych jego ograniczeń przeskoczyć nie mogłem, i „miękkości” pewnych jego części również. Do Myśliborza wjeżdżałem gdy mój budzik w zegarku wydzwaniał 14.59. To bolało! Ile wcześniej i w tej chwili myśli przebiegło przez głowę! Ile pytań! DLACZEGO?!? Tak chciałem zdążyć. Ale równolegle było i poddanie się. Jako nie mojej woli. Nie ma przypadków. Więc tak miało być. W jakimś celu. I nie koniecznie też ja musiałem jasno to wiedzieć. Najwidoczniej po prostu miałem się poddać. Trudno wyłączyć rozczarowanie. Ale cichość wobec „wyższej woli” świeciła jaśniej. Do kaplicy klasztoru Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego wszedłem w czasie drugiej dziesiątki Koronki. Przyłączyłem się z marszu.

Po to jechałem. Ale w ławce wytrzymać ciężko było. Łapały mnie skurcze w nogi. Przy gwałtownym wysiłku tak bywa. Za to miła niespodzianka tuż po modlitwie. Siostra dyżurująca tego dnia w kuchni zaprosiła mnie i poczęstowała obiadem. Dyskutowanie z mojej strony nie miałoby sensu. Na obiad i tyle. Później chwila rozmowy. Bywałem wcześniej w Myśliborzu. Raz na rekolekcjach, raz na kursie Emaus. Dwa razy doszedłem z pielgrzymką z Rokitna. Kilka razy byłem indywidualnie. A potem już droga powrotna. Nie kombinowałem mimo tych kilku rozczarowań. Owe zaorane pola postanowiłem objechać po prostu. Przy objeździe – jak się okazało - też nie istniała droga widoczna na mapie w telefonie. Ale byłem zbyt zadowolony z jednej strony i zmęczony z drugiej, aby marudzić.




Końcówkę jechałem już po zmroku. Przez las w sporej części. Dobrze, że w większości było z górki. Bo pod górkę prowadziłem rower już pieszo. Tak byłem zmęczony, po tych w przybliżeniu 150km. Z przedmieścia pojechałem już komunikacją miejską, by w domu usiąść około 23.oo. Tak wyglądała pielgrzymka za i dla Jana Pawła II. Bogu niech będą dzięki!
                                                                                                     Wojtek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz