wtorek, 26 czerwca 2012

W deszczu.

24.06.12
Pisane na dunskiej klawiaturze. Zaczne jednak od wczorajszej daty. Tam zakonczenie wygladalo sielsko. Bo bylo sielsko. Jednak... Gdy zostalem sam w przybudowce katechetycznej, to nie zabralem sie za porzadkowanie rzeczy i spraw. Wpierw podszedlem do znajdujacej sie w jednej z sal figury. Bylo to wyobrazenie Matki Bozej, bodajze w wizerunku z Guadalupe. Ukleklem, i kierujac swoje duchowe jestestwo ku niebu, bardzo goraco dziekowalem za tak dobre zakonczenie ciezkiego dnia. Szybko przyszla refleksja w czasie modlitwy, ze gdy przychodzi cudowne wybawienie z klopotow, to tak latwo ulega sie radosnemu uniesieniu. A co by bylo, gdybym musial isc na ten kemping i rozkladac namiot w deszczu? Czy wtedy bylbym w stanie dziekowac Bogu za cale dobro, ktore i tak przeciez posiadalem i ktorym bylem otoczony? A co by bylo, gdybym nie znalazl noclegu z jakichs wymyslnych powodow, gdybym musial dalej maszerowac, jak do Hamburga? Czy wtedy bym byl taki wylewny wobec Boga? Przyszla mi na mysl postac Hioba. Czy ja bym tak potrafil? Potrafilem prosic w tej chwili Pana, abym potrafil. Nie prosilem o trudne proby. Przeciwnie. Zgodzilem sie jednak na wole Boza proszac, abym nigdy nie byl w stanie odwrocic sie od Pana! I cos na ksztalt proby przyszlo. Caly dzien w deszczu! Pierwszy raz. Dzien monotonnej drogi w przemoczonych ciuchach, w chlupiacych butach, na dorzutke z wiatrem czesto wdzierajacym sie za kurtke. O tych butach to pomyslalem, ze moze to i dobrze. Moze sie wreszcie dopasuja do stop. Przeszedlem w nich prawie caly dzisiejszy dystans. A dystans ten wyniosl... 51 km! Nie z przerostu ambicji to wyniklo. Marzylem o koncu jeszcze przed 40-ka, ale nie bylo miejsca do spania na mojej drodze! Bylo mi zimno. A tymczasem sytuacja zmusila mnie, abym doszedl do Vejle, bo dopiero tam moglem szykac noclegu. Ostatnie 4 km. pokonywalem juz w laczkach, bo w butach wloklem sie niemilosiernie. A bylo po 20.oo. Za to przypomnialem sobie, ze w Vejle jest kosciol katolicki. Ksiadz Jan z Haderslev dal mi broszurke z wykazem wszystkich kosciolow katolickich w Dani. Zastukalem wiec do drzwi plebani w Vejle. Otworzyl czlowiek z kwadratowym, drewnianym krzyzykiem na piersi. Nie wiedzialem czy to ksiadz. Jako pierwszy pokazalem paszport pielgrzyma, proszac o stepel. Ale prosba o nocleg chyba zle zablrzmiala. Odnioslem wrazenie, ze na dach nad glowa nie mam co liczyc. Pan poszedl podbic paszport, a ja, bez cienia zlosci czy zalu powiedzialem: no coz Panie Boze, skoro taka twoja wola... Ok, to ide szukac przytuliska. I ta zgoda byla dla mnie samego budujaca. Sytuacja nie byla tak tragiczna, jak to moze tu wygladac. Bylem w miescie w ktorym na pewno bylo sporo miejsc noclegowych. Drogich zapewne, nie na moja pielgrzymia kieszen, ale byly. Nie wiemy jak Niebo reaguje na nasze intencje. Moje mikrofijat moglo tak zadzialac, ze wrocil do mnie z paszportem juz ksiadz. Posluchal tej mojej koridy jezykowej i zaprosil w progi. Pomogl wniesc bagaze, dal pokoj, osobiscie zmienil posciel, zszedl do kotlowni abym rozwiesil wszystkie mokre ciuchy. Chcial pogadac, ale malo bylem w stanie zrozumiec. Zrozumialem, ze z pochodzenia byl Belgiem. Ze w Dani ksieza katoliccy pochodza wlasnie z innych panstw. Ze moj gospodarz jest proboszczem tutaj, ale i na Horsens, do ktorego jutro zamierzalem dojsc. Bardzo bylem zmeczony. Ale znowu szczesliwy. Zmuszony przejsc taki szmat drogi, aby znalezc sie w progach kosciola. Kosciola, w sensie wspolnoty. Mocne doswiadczenie. Te pisanie nie oddaje przezyc. Coz, kazdy ma jednak swoja pielgrzymke, w ktorej i jemu Pan na pewno chce sie pokazac.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz