wtorek, 26 czerwca 2012

Drugie wejście. Osobiste!

17.06.12.
Koszmarnie mi sie idzie. No, cóz? Wczoraj zrobilem szmat drogi, a teraz, bez wypoczynku dla nóg, dalsze ich "eksploatowanie rabunkowe". Bola! Srednia musze miec fatalna. I jeszcze te slimaki. W nocy nie jestem w stanie ich omijac, a wylaza z traw stadami. No i autentycznie zasypiam w marszu. Miescina za miescina. Siapi i zime wiatrzysko. Przydaje sie ubiegloroczna kurtka zalatwiona przez nasza Iwonke, a podarowana przez Arka. Ale usiasc to nie ma jak. Mokro. Koszmar. Nogi bola okropnie. Ratuja przystanki autobusowe, ale nie przy kazdym jest lawka. Przedmiescia Hamburga to polaczone ciagiem miasteczka. Tak mi sie wydaje. Gdy w koncu jetem w Hamburgu, to klade sie na lawce i zapadam w drzemke. Troche doklada mi drogi sciezka rowerowa, ale nie ma lepszej drogi. Centrum. Robi wrazenie. W bardzo bliskiej odleglosci kilka kosciolów. Postanawiam isc do Polskiej Misji Katolickiej. Znajduje bez problemów. GPS w telefonie to praktyczna rzecz. Przychodze w trakcie mszy. Mszy po polsku. Nie wiem czy inne tez beda w naszym jezyku. Trudno. Msza to masza. Niezaleznie od jezyka. Mam "Oremus". Czekam przy biurze. W koncu podchodzi do mnie mlody ksiadz. Bez problemu reaguje na moja prosbe. Wózek do salki, moge sie przebrac i mam pare minut do nastepnej mszy. Madry ten Pan Bóg. Gdybym spal w Schwarzenbek, to móglbym nie zdazyc. A tak jeszcze ta ociupine cierpienia moglem ofiarowac w konkretnej intencji. Po ogloszeniach ksiadz iformuje, ze idzie taki oto pielgrzym. Wiec po mszy sporo osób wpisalo intencje. Siostra czestuje mnie obiadem, ale w salce pozostac nie moge. Dzis konczy sie rok szkolny i maja w niej spotkanie. Biedna ta siostra. Meczy ja widac to, ze musi mnie wyprosic. Ta walka rzuca sie w oczy. "Przypadkowy" parafianin, który wpadl w swoich sprawach, tak na chwile, bo spieszy sie tez w sprawach syna, obiecuje zaprowadzic mnie do Kalkutanek i przedlozyc prosbe siostry o przyjecie mnie na noc. Czyli siostrzyczka, mimo urwania glowy, robi cos dla pielgrzyma. Dla mnie wygrala. Takiej postawy uczyl Jezus. U Kalkutanek totalne zamieszanie. Tylko one wydaja dzis posilki biednym i tlum na 4 tury sie zebral. W wiekszosci Polacy i w wiekszosci, niestety, pod wplywem. Mój przewodnik nie zdolal porozumiec sie z siostra kalkutanka w ogólnym zamieszaniu. Seria telefonów. Cóz, musze poczekac z boku, az skonczy sie wydawka. Czekam z 3, a moze i 4 godziny. To doprawdy jest dalsza nauka cierpliwosci. Po tylu kilometrach i nocy bez snu. Przychodzi inny pan, pan Józef, rozmawia z Kalkutankami i okazuje sie, ze nie moga mnie przyjac. Maja na noc kobiety z problemami psychicznymi. Mam wrócic do Polskiej Misji Katolickiej i tam czekac. Bo albo ksieza cos wymysla, albo mój "przypadkowy" przewodnik wezmie mnie do siebie do domu. Przycupnalem na schodkach i... zasnalem. Przyszedl mój dobroczynca i wzial pod swój dach. Przedstawil bardzo uprzejma zone, z pochodzenia Peruwianke. Ich syna Dominika poznalem, gdy odprowadzal mnie z tata do Kalkutanek. Chlopak okolo 12-to letni. To jego pokój ofiarowano mi na te noc. Szkoda tylko, ze bylem tak zakrecony, iz nie zapytalem o imie swojego dobroczynce. No bo jak teraz wyglada powyzszy opis bez imienia czlowieka, który poswiecil mi tyle swojego czasu i podjal goscina?! Przepraszam! Bylem bardzo zakrecony w tym Hamburgu. Zdjec z ciekawymi ludzmi tez nie porobilem. Za to usnalem jak niemowle, przy dzwiekach które Dominik wydobywal z fortepianu. Taki bonus.

18.06.12.
Wyspany, slysze krzatanine. Mama szykuje Dominika do szkoly. Jego tato puka, bo chlopak chce sie pozegnac. Myje szybko rece. A Dominis wrecza mi saszetke ze slodyczami na droge. Rozumie, ze to osobisty prezent. Ja mu daje mala talke. Od razu ubral ja na szyje. Swietny dzieciak. Talki podarowalem tez gospodarzom. Nakarmiony, wyprowiantowany przez gospodynie na droge, ide w towarzystwie mojego dobroczyncy do... kosciola sw. Ansgara, czyli po naszemu Oskara. To cel mojej obecnosci w Hamburgu. Mój gospodarz zagaduje dwoch robotników krzatajacych sie przy biurze. Ksiedza nie ma, ale trzeba poczekac. Zegnamy sie. Dziekuje jak potrafie. Po malym wahaniu sciskamy sie na misia. To juz poufala, przyjacielska relacja. Znowu wiec podkresle, ze okropnie podpadlem nie poznajac imienia swojego dobroczyncy. A on musi juz isc do pracy. Ja ide do kosciola. Dziekuje za laske dotarcia tutaj. Bardzo mi na tym zalezalo. W duzej mierze przez to, ze to patron mojego ukochanego syna. Dziekuje do prawdy goraco. Czuje sie szczesliwy. Potem robie kilka zdjec. Relikwi zlozonej w oltarzu, to jest kosci przedramienia. Figury swietego, z jego atrybutem, czyli kosciolem na lewej rece. I wypisu o swietym Anzgarze, wywieszonego w kruchcie. Wracam do modlitwy, gdy jeden z robotników - który okazal sie byc Polakiem - poinformowal mnie, ze przyszedl ksiadz. Biegne do niego. Musze tu przeciez pozostawic pierwsza tablice pokoju. Przedstawiam sie, a potem ów Polak (o imieniu Mariusz), tlumaczy rozmowe. Ksiadz jest zaskoczony i troche zdezorientowany. Szybko jednak wyczuwa istote pielgrzymki. Czyta ulotke. A potem przyjmuje tablice. Nie wiedzialem przez cala droge jak to zrobie. A teraz, ot, dokonalo sie. Pan Bóg dal nawet tlumacza! Poprosilem o blogoslawienstwo i otrzymalem je, i nie tylko. Bo gdy padlo "Amen", ksiad ukleknal przede mna. Teraz ja nie wiedzialem co sie dzieje. Tymczasem tuz u moich stóp lezal krzyzyk. Maly, chyba srebrny, z agafkowym zapieciem. Kaplan wreczyl mi go. Wszystko wygladalo tak, jakby tak wlasnie mialo byc. Tak jakos symbolicznie. Podziekowalem i pozostalo mi jeszcze powierzyc Panu Jezusowi, Matce Przenajswietszej i sw. Oskarowi intencje zlozone na moje rece. Kochani! W swiatyni "Apostola Pólnocy", szystkie intencje zostaly przedstawione. Amen. Ucalowalem jeszcze relikwiarz swietego i w poczuciu spelnienia, taki radosny i lekki, dosc dlugo rozmawialem z Mariuszem. Przyniusl mi od ksiedza medal, jaki wreczja tutaj w szczególnych okazjach. Wiem, kto go dostanie ode mnie. Bo komu medal sw Oskara moze sie nalezec bardziej, niz... tak,tak - Oskarowi! Pozegnalem sie z Mariuszem i ruszylem do kosciola sw Jakuba. Zamierzalem spotkac sie z pastorem ? ?. Bardzo mi go polecal Marek, jako wielkiego milosnika szlaków jakubowego i olafowego. Marek napisal o tym w mailu. Nieco przekorne, ze odczytalem go dzis rano, bo wtedy dopiero uzyskalem wi-fi w domu, w ktorym mnie przyjeto na noc. A byla tez informacja, ze pastor moze mizorganizowac nocleg. Zabawne, prawda? Bylo - minelo. Teraz dogadujemy sie na temat szlaku w Dani. Dostaje wykaz albergów i spisuje sobie wieksze miasta na mojej drodze. Pastor ma specjalny kacik na pamiatki ze szlaków, wreczane mu przez goszczacych pieelgrzymów. Znajduje w nim miejsce i nasza mala talka. Wczesniej to pastor naklada mi na prawy przegub tasiemke z blogoslawienstwem i sam od siebie blogoslawi. Boze kochany! To takie oczywiste, ze mozna! Czemuz tak czesto jestesmy slepi, przez zle emocje i egoizm po prostu!? Pastor pokazuje mi jeszcz - z duma! - slup z drogowskazami do róznych miejsc pielgrzymkowych. A potem i tu przyszlo sie pozegnac i ruszyc dalej w droge. Ba! Latwo sie mówi. I latwo na mapie wyznacza trase. Nie jestem w stanie opisac, jak bladzilem i jakie emocje przezywalem. Z tym, ze nie bylo we mnie zlosci! I to jest jeden z wielkich darów pielgrzymowania - przyjmowanie z pokora wszystkiego, co mnie spotyka. I dobrego, i zlego. Dolozylo mi owe bladzenie pare ladnych kilometrów. Takich pustych, bo nie przyblizajacych do celu. Za to zapytany o droge wiekowy czlowiek z przejeciem wysluchal informacje o pielgrzymce, a potem kategorycznie wcisnal mi 5 euro. Sa w swiecie ludzie dla których wiara ma znaczenie? Sa! Tego dnia raz jeszcze opatrznosc wystawila mnie na próbe. Doczlapalem do malej miesciny i znalazlem nawet miejsce, gdzie byly pokoje. Nie moglem sie jednak dogadac. Zdesperowany zadzwonilem (koszta!) do Marka z Hamburga, aby zadzwonil do wlascicielki i dogadal. Wszystko zajete! Za godzine moge dostac za to garaz do dyspozycji. To i tak duzo, ale 4 km. dalej, w Quickborn, wiekszym miasteczku, jest sporo mozliwosci. 4 km. to mniej niz godzina. Ide! I mysle sobie, ze znowu nie po mojemu, a po Bozemu, i km. przybywa. Trafiam na tablice, ze jest tu katolicki kosciól. Tam sie kieruje. Co najmniej pieczec bedzie. A moze i nocleg. Przez uchylone okno slysze spiew w kosciele. Wchodze, klaniam sie Panu Jezusowi i kieruje do ludzi cwiczacych spiew. Jedna pani rozumie polski. Wyjasniam o co mi chodzi. Ksiedza nie ma. No to klops! Stepla tez nie bedzie. Trudno. Mówie, ze moge zaspiewac. Usmiechy i zgoda. Ide na srodek kosciola, dla lepszej akustyki, a potem niesmialo zaczynam "Maryjo, sliczna pani". Koncze juz na pelny glos. I chyba sie spodobalo, bo nasi niemieccy bracia wysluchali w ciszy, a potem byly brawa. I cos jeszcze. Nocleg. Niemieccy Katolicy zafundowali mi hotel! To sie nazywa kosciól.

19÷22.06.12.
Nie daje rady z pisaniem. W dzien ide, a wieczorem zasypiam ze zmeczenia. Bedzie wiec krótko i opisowo. Stracilem przednie kolo. Odlamalo sie! "Przypadkiem" za chwile byl warsztat samochodowy. Mlodziutki chlopak bez problemu zajal sie sprawa. Wyrzucilismy kólko, a z jego widelca zrobilismy podpórke. Od tej pory wózek jedzie na dwóch kolach, ale stoi bez stalego trzymania go. W najblizszym wiekszym miescie zaszedlem do kosciola, po pieczatke. Ksiadz nazywal sie Kochanowski, ale po polsku nie mówil. Ponownie szalenstwo bladzenia, przy wyjsciu z Rentburga, jak wczoraj, z Flensburga. Ominac Schlezwik, to tez korowody. Mysle, ze dobra dniówke stracilem na puste kilometry. Z mojej i nie mojej winy. Bo czesto to gapiostwo, ale czasami mapa nie pokazuje, ze wczesniej opracowana droga nie wolno isc pieszo. Oczywiscie zostalem tez potraktowany jak kloszard. A jak! W duzych miastach ludzie odseparowuja sie. Sporo mmusi byc natretów, przez których tak sie dzieje. Ale tez i znieczulica ludzi bogatych zmienia reakcje i relacje. Podtrzymuje, ze generalnie Niemcy to uprzejmy naród. Ot, chocby ostatni nocleg na ich ziemi. Kemping w malusiej miescinie. Jestem sam. Przyjezdza gospodarz. Za pole namiotowe 6 eu i 2 eu za zeton do prysznica. Dogaduje sie, ze skoro jestem sam, to nie rozbije namiotu, lecz przespie te jedna noc w umywalni. Zrobiil wielkie oczy i dlugo krecil nosem. W koncu jakby co, to on nic nie wie. Ale przyjechali Dunczycy. Trudno - pomyslalem - trzeba rozbijac. Tymczasem przychodzi gospodarz, przerywa mi wymaczanie nóg w goracej wodzie z mydelkiem, i prowadzi mnie do domku, jakie sie stawia dzieciom w ogródku. Ale! W srodku pietrowe lózko z materacami. Ok? - pyta. Lol! Super - odpowiadam. I jeszcze pytal czy droge pokonuje w laczkach, bo tylko te u mnie widzial. Gdybym nie pokazal butów, to pewno i taki prezent bym otrzymal. Slowem - Niemiec! Doloze i te jakze istotna informacje, ze pierwsza opona dopelnila zywota. Przetarla sie. Jaj siostra jeszcze sie trzyma.Detka z przetartej otrzymala latke. Ot, duchowe informacje. Bylo sporo zdarzen, które obowiazkowo winny sie tu znalezc, ale nie zapisane od reki, po prostu umknely z pamieci. A co najgorsze, to nie moge obiecac poprawy.

23.06.12.
23. Tak stoi dzisiejsza data. Dzien musial byc dobry. 23 to dzien ojca - dzis wlasnie. 23 mam imieniny. 23 nr. nosil Michael Jordan. 23 mnie aresztowano... Ups! Z tym ostatnim to mnie ponioslo. Tak czy inaczej, lubie liczbe 23. Wczesnie sie obudzilem i czulem wyspany. Zjadlem sniadanko, co nie czesto mi sie zdarza. Nie pomylilem drogi! Sprawdzilem i poszedlem we wlasciwym kierunku. A droga byla dzis prosta jak sznurek w kieszeni. Zart! Naprawde byla prosta. I szlo mi sie niesamowicie. No bo skoro w sztywnych butach przeszedlem ponad 30 km..! Troszke mnie dzis pokropilo, ale tak bardziej dla straszenia. Przed eskalacja, krótka na szczescie, schowalem sie, bo akurat bylem w Aabensraa. Jeszcze w Niemczech, widzac ta nazwe na drogowskazach, usmiechalem sie, ze dla nas to kuriozum po dwa "a" na poczatku i jeszcze koncu. A pózniej szedlem przez te miasto. Na wlocie prawdopodobnie stoi elektrownia nuklearna. Takie wrazenie sprawia. Jesli dobrze zgadlem, to pierwszy raz bylem przy takim zakladzie. A pózniej poszedlem do kosciola sw. Ansgara. Niestety byl zamkniety na cztery spusty. Zywego ducha! No to pa i dalej. I to tak skutecznie, ze przeszedlem dzis 52 km. Nadrobilem dwa ostatnie, fatalne dni. Super ujmujacym zdarzeniem byl telefon od Oskara. Raczej nie nalezy do pamietajacych o datach i rocznicach. To tak po mnie. O dniu ojca jednak pamietal. Dochodzac do Haderslev z blaganiem w oczach rozgladalem sie za kempingiem. Nie bylo informacji. Zalamka. W miescie mozliwosci sa kiepskie. No to trzeba bylo popatrzec na koscioly. A jest ich tu kilka i o dziwnych nazwach. Zauwazylem kosciól z Maryja w nazwie. Czyli najprawdopodobniej katolicki. I faktycznie. I wiecej! "Msza w jezyku polskim o 17.oo." A na domofonie imie i nazwisko polskiego ksiedza. Tylko ze niikogo nie bylo na plebani. Tu po 20.oo, trzeba sie zdecydowac, wiec nie moglem czekac, nie majac zadnej pewnosci, ze ktos przyjdzie. Uprzejmy policjant dal mi mapke z zaznaczonym kempingiem, który okazalo sie, ze jadnak jest. Idac tam, przypomnialem sobie, ze jutro niedziela. Nie zapamietalem godzin mszy, cofnalem sie zeby to sprawdzic. A potem tak raz jeszcze, nacisnalem dzwonek na plebani i... spie dzisiaj na lózeczku polowym, a deszcze, chocby najmocniejsze, nie sa mi straszne. Chwala Panu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz