Ze względu na utrudniony dostęp do internetu, w szczególności w drodze między miastami, trudno jest wysyłać regularnie notatki, dlatego zdecydowaliśmy, że ze względu na sposób działania bloga, najwygodniej będzie umieszczać je większymi porcjami, z datą OD - DO. Do wyboru mieliśmy tworzenie od razu kilku nowych notatek - ale data notatki nie byłaby zgodna z dniem, który dany opis pokrywa. Moglibyśmy również tworzyć notatki z datą wstecz - ale to rozwiązanie zupełnie odpada. Reasumując, notatki, które powstają w czasie drogi, publikowane będą porcjami, pokrywając kilka dni w jednym poście.
Notatka: 10.06.12
Od Ottona do Ottona! Ze Szczecina wyszedłem z parafii św. Ottona, a w Pasewalku kościół katolicki ma tego samego patrona. Na razie siedzę przed plebanią i mam czas na pisanie, bo nikt nie otwiera. Co będzie dalej? Będę czekał do skutku. Po pierwsze - muszę podbić paszport pielgrzyma. Po drugie - w Pasewalku nie ma kempingu, więc muszę prosić o pozwolenie na rozbicie namiotu tutaj, na skwerku. Jest fajne miejsce pod lipami, schowane za garażami, a więc hałas z ulicy będzie mniejszy. Oby tylko ktoś się zjawił! Przeszedłem dziś dobre 40 km. Dodać sobie dodałem, a jakże, przez pomylenie drogi już na początku, ale około 1 km., więc nie ma o czym mówić. Pogodę trafiłem idealną. Lekko zachmurzone niebo chroniło przed słońcem. Skwar tonował przyjemny wiaterek. I tak sobie szedłem w tych nowych butach. Trzeci dzień. Ale z przerwą czterech. W tym trzy wizyty u fizykoterapeuty. Oj, przydał się kontakt z panem Markiem! Co fachmen, to fachmen. Podparty wcześniej zrobionym zdjęciem rentgenowskim, spokojnie mógł ponaciągać, porozluźniać, a i postrzelac również co niektórymi stawami stopy. A zaaplikowanie trzech sesji z urządzeniem zwanym bodajże pulsometrem, było genialne. Obrzęk zszedł całkowicie i nadwyrężone ścięgna przestały boleć. Od Loknitz jednak buciki zastąpiłem chińskimi, lanymi klapkami. Czyli po około 25 km. Nie forsuję zgrywania się stóp z butami, tym bardziej, że forsuję tempo. Jeśli chcę zdążyć do Trondheim, do grobu św. Olafa na dzień jego święta, muszę iść szybko. Przyjechał ksiądz. Pogadaliśmy. Nie ma problemu z namiotem. Toaleta i prąd do dyspozycji. Co więcej, to się nie narzucam. A namiot jest śwyetny. To prezent od Lucyny, miłośniczki dróg Camino, z Warszawy. Lucyna w tej chwili bodajże, pielgrzymuje do Ziemi Świętej. Krzysztof, który wynajmuje mieszkanie w Loknitz (pracuje w Szczecinie!), zaprosił mnie na cherbatę. Dokończyliśmy rozmowę z drogi, gdzie się spotkaliśmy, gdy wracał z przejażdżki rowerowej. Podkręcił mi tempo marszu. Jakoś automatycznie przyśpieszłem przy rowerze. A chwilę wcześniej wlokłem się ledwie. Ciekawe! Kucha dnia, to zgubiona rejestracja. A tak! Zrobiłem sobie taką. Za słabo jednak była przyklejona i teraz leży sobie gdzieś na drodze. Tekst ten prześlę Grzesiowi do wklejenia na stronę dopiero gdy załapię się gdzieś po drodze na darmowe wi-fi. Droga długa i trzeba oszczędzać, co jest zresztą cnotą.
Notatka: 12.06.12
Wyszedłem przy siąpiącym deszczyku. ... Nie zapisałem. Zapomniałem, co napisać miałem. Takie też się zdarzać będą. ... Doszedłem do Mollenhagen. Jest kościół, może będzie pastor. Może poproszę o miejsce pod namiot. Pani ze stacji benzynowej tłumaczyła jak dojść do kościoła, ale i wyjaśniła, że pastor to mieszka w następnej miejscowości. Nie idę! Śpię tutaj. Przy stacji? Nie ma problemu! I jeszcze z łazienki korzystam. Za 3 euro, ale warto, bo prócz prysznica golę brodę i głowę.
Notatka: 11.06.12
Wczoraj ćwiczyłem prowadzenie wózka. Dziś ćwiczyłem spanie w czasie drogi, opierając się na jego rączce. Pierwsze okazało się dość proste, ale zanim do tego doszedłem... Nie, nie używałem brzydkich słów, choć powody były. Nie chciał jechać prosto. Dopiero gdy dokręciłem śróbę mocującą przednie koło, te przestało się chybotać i znosić wózek na boki. Spanie nawet, nawet mi wychodziło. Tylko nie mogłem opierać się całym ciężarem poprostu. A około południa spać mi się chciało przeokropnie. Słońce niemal cały dzień było za chmurami, a to oznaczło niskie ciśnienie. Na mnie to działa. Kubek kawy w przydrożnej gasztetce polepszył znacznie moją wydolność. Do moich stałych modlitw na drogę Ania dorzuciła mi Anioł Pański. Wyrabiam się spokojnie. A nawet jeszzcze lepiej układa się czas. Ze zdarzeń dobrych, to podniosłem z chodnika nielotnego jeszcze wróbelka. Wcale nie uciekał o dziwo. Wrzuciłem go na dach przystanku i dorzuciłem mu pół bułki. Jeśli jego rodzice obserwowali go, to chyba ma szansę przeżyć. Ciekawostka, że szedłem przez Strasburg! Ten był nieporównywalnie mniejszy od francuskiego. W pewnej wiosce zainteresował się mną plicjant. Ostatecznie "pouczył", aby iść lewą stroną szosy. Nie wszyscy kierowcy mają takie samo zdanie. Klakson i gestykulacja starszego pana do miłych nie należały. Młody chłopak był jeszcze złośliwszy. Zatrąbił w momencie mijania mnie. Ale to epizody. Ogólnie kierowcy są do przesady cierpliwi i nie brakuje akcentów sympatii, jak chćby pozdrawiający mnie żołnierz Bundeswery z mijającej mnie kolumny. Trzech Poznaniaków zatrzymało się, aby pogadać. Wcisneli truskawki, jabłko i pomidora. To chyba akurat mieli w szoferce. A potem, obalając obiegową opinię, wcisneli mi garść euro. Najfajniejsze jednak było ich żywe zainteresowanie. Odwdzięczyłem się dając każdemu małą tałkę - symbol pielgrzymki, zrobiobione specjalnie na takie okazje przez Piotra z Warszawy. Dzień był udany. Szedłem do wieczora i w końcówce wisiałem na wózku, ale zrobiłem ponad 40 km. Oby tak dalej! Nocleg wypadł przy zagrodzie młodego gospodarza. Był prąd, woda i miejsce na namiot. A doprowadził mnie tam inny pan, taki widać lubiący nadużywać. I bez znajomości języka można się dogadać.
Notatka: 13.06.12
Nie jest dobrze najeść się przed snem. Nie przespałem nocy snem głębokim, jak poprzednią. A wstałem już kwadrans po czwartej. Pewnie później się to odbije. Nic to! Spanie w czasie drogi już ćwiczyłem. Nie ubieram butów. Idę w klapkach. Do Waren idę niemal za jednym razem. A to 14 km. No, były ze dwa przystanki, ale króciutkie. Wreszcie dostaję pieczątkę do paszportu pielgrzyma. Nie w kościele katolickim, bo mimo, że otwarty, to jednak nie było nikogo z duchowieństwa. Kawałk drogi wcześniej mijałem Carritas. Miła pani zaprowadziła mnie do brata..., hm! imię mi uciekło... Ten mi jednak podbił bez problemów. A potem zachwycałem się miasteczkiem i jego terenami rekreacyjnymi, z parkiem naturalnym włącznie. Nic dziwnego. To miejscowość wypoczynkowa. Tuż za, w przerwie na posilenie się, gdy tak spojrzałem w niebo między koronami sosen, to... Bóg był tak blisko! A potem szedłem ścieżkami rowerowymi poprzez lasy. Zapach traw był po prostu upojny. Przypomniał mi wczesne dzieciństwo, gdy z grupą maluchów chodziliśmy na spacery do pobliskiego parku-lasku. Pięknie się modli w takich okolicznościach. Mijający mnie rowerzyści uśmiechali się serdecznie i pozdrawiali. Kilku grupkom wręczyłem ulotki i wyjaśniłem kto ja i gdzie zmierzam. W takich chwilach zapominałem o coraz bardziej bolących nogach. Po 38 km po prostu stanąłem. I to na kilka ledwie przed zamierzonym na dziś końcem. Jako dobry pretekst przyjąłem konieczność zjedzenia czegoś teraz, by potem przetrawć przed snem maszerując. Przyszło jednak podreptać więcej niż zamierzałem. W Alt Schwerin trafiłem na emerytowanego pastora. Nie posiadał pieczęci. Spytał czy mam jedzenie. Wolałbym pytanie, czy mam gdzie spać. Do kempingu musiałem iść jeszcze 3 km. I nie położyłem się wcześnie spać. Za te pieniądze musiałem wykorzystać wszystkie możliwości, tj. pranie, kompanie i gotowanie... ale już tylko herbatki. Jeju, jak taka herbata smakuje!
Notatka: 14.06.12
Z rana przeczytałem wczorajsze czytania. Inaczej niż do tychczas spojrzałem na św. Mateusza w rozdziale 5, gdzie powiedziane jest " Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. ... A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego." Skoro cały sens pielgrzymki polega na krzyczeniu o Cywilizacji Miłości, to oznacza to, że wszystkich ludzi na świecie uznaję za dzieci Boże. A każde dziecko Boże jest mibratem... Dzień był zoologiczny. Trawy porastające przydrożny rów były tak wysokie, że ukryły jelonka. Ten jednak na dźwięk mojego głosu nie wytrzymał i zaczął uciekać. Tak nieszczęśliwie dla niego, że wyskoczył przy drodze. Spojrzał w przeciwną stronę, a potem w moją. Jeju! Jaką on woltę wykonał! Miałem ubaw. A potem blisko jezdni w zbożu żerowało ze 20 żurawi. Aut się nie bały. Przede mną większość jednak przezornie odleciała. Z kilku ptaków drapieżnych jeden dziwnie zaczął się zbliżać do mnie. Leżałem w czas odpoczynku, a on kołował co rusz niżej. Pomachałem mu stopą. Odleciał. Czy ptaki mają zmysł powonienia? I clou wieczoru. Leżę już, myślę tylko jakby tu zasnąć mimo pragnienia (skończyła mi się woda), i słyszę polskią mowę! Wypad z namiotu, w piżamowych spodniach, witam się i proszę o wodę. Poznałem polaków, którzy przyjechali do siostry i szwagra, którzy z kolei wyjechali z Polski 20 lat temu i tu się osiedlili. Ich dom stał przy boisku, przy którym rozłożyłem namiot. Mały ten świat!
Notatka: 15.06.12
Dziwne, że usłyszałem budzik. Nie wyspałem się. Wieczorem dobrą godzinę straciłem na naprawę rączki wózka. Odłamała się! Chińszczyzna! No, ale fakt, że dużo musiała znosić. Za to poznany wczoraj rodak, przyniusł mi kanapki i gorącą, cytrynową herbatę! Hmm! Cuuudo! Nogi bolą od rana. Dziwne, bo miękkie adidaski podrażniają dopiero co zaleczoną kontuzję. Ale ubieram je i ruszam. W pewnym momencie musiałem zjechać na miękkie pobocze, ustępując samochdom. I... Przejechałem nad myszką. Myślałem, że nie żyje. Ale zatrzymałem się, schyliłem, przyjrzałem, a ona trzymała jakieś nasionko i tylko zamarła w bezruchu. Nie uciekła nawet gdy pogłaskałem ją różańcem. I to ze trzy razy. Rozbujałem się. Wreszcie znalazłem market w którym mogę płacić moją kartą. I to w takim, którego w Polsce nie widziałem. W dwóch popularnych u nas mojej karty nie honorują. Popiłem dopalacza, czyli coli i wtedy zacząłem "robić kilometry". I jakie to sympatyczne, że na obwodnicy Schwerina kilku kierowców zatrąbiło aby mnie pozdrowić. Generalnie Niemcy są bardzo uprzejmi. Bardzo się też ucieszyłem z telefonu od Romana. Normalnie unikam rozmów, bo później ciężko się wypłacić. Tej rozmowy nie mogłem sobie odmówić. Wierzę też, że są tacy, którzy czekają na opisy z drogi, takie jak choćby ten. Muszę więc jutro znaleźć darmowe wi-fi i wysłać, bo mimo zmęczenia piszę każdego wieczora. Nie liczyłem dziś kilometrów. Domyślałem się, że 40-kę osiągnę. W pewnym momencie miałem dość. Myślałem, że dalej nie zrobię kilku kroków. W wiosce, do której doczłapałem, spytałem o pokoje noclegowe. Tak, byłem gotów wywalić choćby i 20 euro. Pan mi powiedział, że najbliższe to w Wittenburgu. Załamałem się. Tym bardziej, że wszystko wskazywało, że zaraz lunie. Jednak do miasta nie było jak się obawiałem 8 km., lecz tylko 3. Psychologiczna różnica. Dostałem od pana flachę gazowanej wody i podreptałem. Kościół, katolicki, był zarqaz przy wejściu do miasta. A przy nim sporo nowoczesnych zabudowań. I tylko księdza nie było. Zanim to stwierdziłem, przez dłuższy. czs mogłem cieszyć się modlitwą i śpiewaniem w ciszy kościoła. Lubię, gdy jestem sam w takiej świątyni. Nie krępuję się śpiewać. A tu na dodatek nie powstrzymałem się od silnych wzruszeń. Dzień był ciekawy. O świcie człapałem śpiąc jeszcze. Potem nabrałem tak radosnego wigoru, że unosiłem ręce i wołałem "dzięki, Boże!". Wieczorem padałem ze zmęczenia i przez ból całych nóg. Teraz mogłem pochlipać w świątyni oczekując w niepewności na przyjazd księdza. Niemieckiego księdza. Kościół był otwarty, wię przyje chać musiał. Ale czy użyczy schronienia, czy skończy się na stemplu w paszporcie pielgrzyma? Tymczasem było znacznie po 21.oo. a jeszcze trzeba się oporządzić. Ksiąd okazał się radosnym człowiekiem. Oczywistym dla niego było przyjęcie pielgrzyma. Za kolację podziękowałem, bo pełny żołądek to zły sen. Za to podarowane truskawki zjadłem z rozkoszą. Przed zgaszeniem światła pograłem jeszcze na gitarze. A potem kanapa... eeech!
Notatka: 16.06.12
Monotonia drogi. Ubrałem "sztywne buty". Teraz niech nogi odpoczną od miękkich. Ciężko się idzie. Nie ma tej swobody co w adidasach. Po 20 km z ulgą zdejmuję je, siadam na krzesełku przy kafejce, czekam, bo pani sprząta, a ja marzę o kawie. Ukazuje się druga pani i... informuje mnie, że zamykają! Zwijają też krzesełka. No, ta! Faktycznie w sobotę zamykają o 12.3o. Ale pech! Przenooszę się na przystanek autobusowy, na drugą stronę ulicy. I z tej perspektywy zauważam na ścianie kafejki kontakty. Po paru minutach piję gorącą, aromatyczną elgrejkę. A tak! Mam ze sobą grzałkę elektryczną. Doszedłem do Schwarcebek. Choć 3 km. musiałem usiąść i dać odpocząć nogom. Nie ma księdza. Za to spowodowałem małą panikę w przykościelnym domu samotnej matki. Mężczyzna źle się kojarzy. Jedna z pań okazuje się być Polką. Przyszła do koleżanki Rosjanki. Wysłuchała mnie i zaproponowała nocleg u niej, ale na podłodze, bo mieszkanie w malowaniu. Zestawiłem już wózek do piwnicy, gdy pani zeszła z przeprosinami. Jej chłopak nie chce gościa w domu. To on maluje i zagroził porzuceniem pracy. Ostro. Ale i tak bywa. A ja jestem w kropce. Księdz nie ma i raczej nie będzie. Wracamy jednak pod kościół. Trochę poczekam pisząc w tym czasie. Nawiązuje się rozmowa z Polką i rosjanką. Pytania typowe. Co mi daje takie pielgrzymowanie? Z czego się utrzymuję? A potem te najczęstsze - czemu Pan Bóg pozwala na zło na tym świecie. Klasyka. Osoby boleśnie doświadczone mają pretansje do Boga. Choć w tym przypadku to kościół je przygarnął i dał schronienie. Na koniec Polka podziękowała mi za rozmowę. Coś z niej chyba przyswoiła. A ja ruszam do ewangelików. Na dzwonki nikt nie odpowiada. Ale gdy już chcę zrezygnować, nadchodzi młody człowiek, indyjskiej urody, informuje, że pastora w sobotę to nie złapię. Przejął się jednak pielgrzymką i moją sytuacją. Wciska mi pięć euro. Rozmyśla na głos co by tu zaradzić. Na dobry początek przynosi mi jedzenie i picie. Potem zatrzymuje policję aby mnie dowieźli do taniego domu noclegowego (bez skutku). Na koniec tłumaczy, gdzie taki jest i prosi o modlitwę za niego, ewangelika. Daję mu zeszyt. Wpisuje intencję. Pan Bog na pewno zna niemiecki! Osobna historia ile się naszukałem owego zimmerfrei. Chyba znowu była to nauka cierpliwości i zgody na niepowodzenia. Ostatecznie postanawiam po prostu iść do hamburga. Właśnie mija północ. Przede mną 46 km.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz