29.06.2012
Budzik nastawiłem na 6.30. Obudziłem
się oczywiście wcześniej. I dobrze. W nocy nie padało. Za to w
chwilę po przebudzeniu zaczęło wstępnie kropić. Ewakuacja była
błyskawiczna. Zdążyłem. Gdy lało jak z konewki, ja spokojnie
popijałem kawę i zwijałem sprzęt pod daszkiem. Opuścić kemping
mogłem i tak o 8.00, bo o tej godzinie umówiłem się z
gospodarzem. Wieczorem już go nie było, więc płaciłem z rana. I
tak jak późno się ten dzień zaczął, tak też się i wlókł.
Sporo czasu umknęło, abym mógł się wreszcie spotkać z Poulem.
Trochę mnie szukał. Koordynacja prowadzona była z Polski, przez
Romana. Za to, gdy już się zeszliśmy, to mogłem zasiąść do
śniadania przywiezionego przez Poula. Piknik w dworcowej poczekalni!
Tam były ławki. Nie za dużo, ale wymieniliśmy podstawowe
informacje. Poul dołączy do mnie na fragment trasy. I chyba będzie
to jutro. Zobaczymy. Później najnormalniej usypiałem na trasie.
Nie jeden kierowca brał mnie pewnie za pijanego. Aż pszyszedł
moment, że rozłożyłem kurtkę i zdrzemnąłem się. Jak się
okazało, kilkaset metrów od nadmorskiego kurorciku. Bo szedłem w
stronę wybrzeża. Ujrzałem więc dziś cieśninę duńską. Teraz
już do końca Dani będę szedł wybrzeżem. Byleby żwawiej niż
dziś. Ożywiła mnie i to bardzo wieść od syna. Rok kończy ze
średnią 4,43. To bardzo dobra średnia. Oj, łechce to bardzo moją
ojcowską dumę. Do każdej dziesiątki Różańca dokładam jedno
Pozdrowienie Anielskie właśnie za niego. Tyle mogę. I chcę. Mimo
śniętego dnia i bolących, jakby bardziej, nóg, normę
przeszedłem. Leżę w namiocie i słucham, jak deszcz bębni o
tropik. Namiot jest dobry. Dziękuję ci Lucynko zań bardzo, bardzo!
Tylko jak ja go jutro zwinę?
28.06.2012
Wczoraj szło się świetnie, no to dzś
nie szło iść. To tak dla urozmaicenia widać. Pogoda fajna, a
ciśnienia brak. Wciąż bym tylko stawał i odpoczywał. Ale
człapałem. Akcent dnia to zatrzymujące się auto, gość około
czterdziestki, wręcza mi buteleczkę koli. Ot, tak! Czy normalnie
ludzie zatrzymują się, aby coś komuś wręczyć? Co nim
powodowało? Każdy niech sam szuka odpowiedzi. Teraz jeszcze Poul.
Duńczyk, poznany przez Romana w Asyżu. Seria SMS-ów, a nawet jeden
telefon do mnie. Tylko że ja... Za tłumacza trzeba było Romana. A
Poul chce dołączyć do mnie, choćby na pół dnia. Ma to nastąpić
jutro. No to do zobaczenia Poul! Tymczasem robię coś, czego bardzo
nie lubię robić. Sam dodaję sobie kilometry. Muszę się jednak
dziś wykąpać. Po dwóch dniach intensywnej drogi i noclegu w
dziennych ciuchach... Obieram więc kurs na Mariager, choć to
oznacza +8 km., jak obliczyłem. Ale za to nazwa miasteczka bardzo mi
się podoba.
27.06.2012
Wstaję pierwszy. Muszę prócz brody
ogolić i głowę. No i koniecznie wypić kawę. Pożegnanie męskie.
Strzała, uścisk i basta. Na powtórne odwiedziny zaproszenie
dostałem już pierwszego dnia i wczoraj. Arek do pracy, a ja w
drogę. Od rana świetna pogoda. Nie idę, lecz mnie niesie. W
Skanderborgu podchodzi do mnie człowiek i mówi coś po angielsku.
Wyłapałem, że chodzi o Włochy z ubiegłego roku. Potwierdzam -
tak, byłem. Okazuje się, że spotkaliśmy się na szlaku do Rzymu.
I pierwszy raz byłem zażenowany swoją ignorancją lingwistyczną.
Człowiek mi mówi co, gdzie i jak, a mi obwody się przepalają od
intensywności próby zrozumienia. Powoli jednak zacząłem sobie
przypominać. Poprosiłem o wpisanie imienia, abym mógł spotkanie
opisać. I oto osobista notatka brata-pielgrzyma: "Peter
pellegrino danese Balsena". Balsena to miasto, w którym
nocowaliśmy w jednym alberge. Stwierdziłem, że mały ten świat.
Peter przytaknął oczywiście. Głupio mi było, że nie potrafię
swobodnie pogadać, więc pożegnaliśmy się i poszedłem dalej. Gdy
ochłonąłem, uderzyłem się w czoło: czemu nie dałem Peterowi
tałki?! Ależ matołek ze mnie! Choć tak mogłem odpowiedzieć na
tą radość, z jaką Peter mnie witał. No to też pielgrzym
przecież. Przepraszam, Peter! Trudno. Trzeba iść dalej. Tylko jak
długo można iść? Jak nie ma kempingu po drodze, to naprawdę
długo. W końcu ma się dość i desperackie pomysły przychodzą do
głowy. Zacząłem się rozglądać za takim lasem, w którym mógłbym
się ukryć. A dokładnie to namiot, bo te w Dani można rozbijać
wyłącznie na polach namiotowych. Przy pewnym zjeździe do lasu
wydało mi się, że coś prześwituje przez drzewa. Liczyłem na
jakąś opuszczoną leśną szopę. I prawie trafiłem. Trafiłem na
zaplecze gospodarcze bodajże robotników leśnych. Barakowóz, mimo
że chyba był otwarty, zostawiłem w spokoju. Spanie rozłożyłem
na ławie, przy której spożywano posiłki. Całość osłonięta
była foliowym namiotem, więc nic więcej nie potrzebowałem.
Jedynym problemem, były muszki i komary. Uratował mnie mój
kapelusz. Ma on w bocznych ściankach zamontowane wywietrzniki, czyli
metalowe kółeczka z bardzo drobną siateczką. Oddychać można
było przez to swobodnie. Kapelusz na twarz, boki ściągnięte
kapturem śpiwora, i dobranoc. I ani jednego ukąszenia!
26.06.2012
Dzień pracy. Nie na trasie, ale jednak
dla pielgrzymki. Wreszcie miałem dostęp do internetu. I nawet
osobiście uzupełniłem dziennik pielgrzyma. Z tym, że Grzesiu,
spec i mój dobroczyńca od tych tematów, i tak musiał robić
poprawki. Posprawdzałem za to wszystko, co do sprawdzenia w sieci
miałem. Arek oprowadził mnie po odpowiednich sklepach. Kupiłem
oponki, gaziki, maść na pięty (fenomenalny linomag kończy się),
a także krótkie spodenki. Te ostatnie w miejsce tych, które
dokończyły żywota na trasie, podobnie jak pierwszy komplet opon.
Musiałem też być w dwóch szczególnych miejscach. Pierwsze to
wyeksponowane armaty, które zapisały się w historii miasta, a
dzisiaj będąc w Horsens, nie można nie mieć przy nich zdjęcia.
Drugie miejsce i zdjęcie to zerowy punkt miasta. Nie widziałem
nigdzie indziej punktu określającego dokładnie środek
miejscowości. Sporo do zrobienia było tego dnia, więc ja się
zająłem naprawą kół, dalszymi sprawkami w sieci, a chrześniak
obiadem. Do obiadku była bajka. A jak! Szkoda, że Ümyt nie
przyszedł na obiad, choć był zaproszony. Przyszedł po pracy,
wieczorem. Arek znowu za tłumacza. Ümyt jest muzułmaninem. Siłą
rzeczy rozmowy od mojej pielgrzymki zeszły na religie w ogóle.
Kontrowersji żadnych. Identycznego widzenia świata dużo.
Chrześniakowi, gospodarzowi przyjmującemu po królewsku pielgrzyma,
wręczyłem oczywiście tałkę. Nie mogłem nie obdarować nią jego
przyjaciela, z którym duchowe porozumienie w wierze w jednego Boga
poprostu wisiało w powietrzu. Jednak to Ümyt mnie powalił w tamtej
chwili. On też miał dla mnie podarek. Małą kaletkę, zawieszaną
na rzemyku na szyi. A w niej... cytat z Koranu z błogosławieństwem
Bożym dla wędrowca. Autentycznie zaniemówiłem. To bardzo znaczący
symbol osobistego sprzyjania człowieka człowiekowi. Inne wyznanie
nie tylko nie przeszkadza w relacjach, lecz na tym przykładzie
udowadnia jak żyć wartościami religijnymi w praktyce. Wartościami
właściwymi dla obu wyznań zresztą. A potem jeszcze dość długo
padały pytania z mojej strony i rozmowy o wierze. Najciekawsze było,
to gdy niemal jednocześnie wskazaliśmy na Arka, mówiąc, że cała
ta rozmowa w rzeczywistości trwa tylko dla niego. Arek, niestety,
nie należy do żyjących w zgodzie z wiarą. Za to i ja dostanę do
odpokutowania. Nie jestem najlepszym ojcem chrzestnym. Dziś jednak
uczestniczy w katechezie, gdy jego przyjaciel i chrzestny rozmawiali
o Bogu. Gdy Ümyt musiał już iść, pożegnaliśmy się serdecznie,
padając sobie w ramiona. Cudowny dzień!
25.06.2012
Dzień, który ma być tylko spokojny i
przyjemny. Do przejścia 25 km. Bo idę tylko do Horsens. Tam mieszka
mój bratanek. To mój chrześniak, Arek. Cieszyłem się na te
odwiedziny od dawna. Droga jest po prostu przyjemna. Na rogatkach
sms: kiedy będziesz i co potrzebujesz? Będę za niecałą godzinę,
potrzebna wanna z gorącą wodą. Ulica okazała się krótka,
dotarłem w pół godziny. Serdeczny miś i do domu. A tam kanapa.
Nogi na oparcie, poduszka pod głowę. Leż sobie stary i wypoczywaj.
Herbatka już się robi. A potem rozmowy i plany na jutro. Na
śniadanie jajecznica! Tylko telefon do szefa, o dzień wolny w
pracy. Po 16. jestem zaproszony do "chińczyka" na potrawy
azjatyckie bez limitu. Smacznie, wreszcie obficie i nastrojowo.
Dołączył do nas przyjaciel Arka, Ümyt. Jego tato pochodzi z
Turcji. Arek ma do wypełniania mało wdzięczną fuchę tłumacza.
Dziś nie za długo. Umawiamy się na jutro, na obiad, który ma
przygotować mój chrześniak. Tego dnia nic nie zrobiłem, choć
miałem poczynić przynajmniej przygotowania i plany jutrzejszych
napraw i zakupów. Gadaliśmy. Obejrzałem też sentymentalny film.
To chyba nie grzech na szlaku pielgrzymim?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz