środa, 11 lipca 2012

Dziennik - 29.06.2012 - 25.06.2012



29.06.2012
Budzik nastawiłem na 6.30. Obudziłem się oczywiście wcześniej. I dobrze. W nocy nie padało. Za to w chwilę po przebudzeniu zaczęło wstępnie kropić. Ewakuacja była błyskawiczna. Zdążyłem. Gdy lało jak z konewki, ja spokojnie popijałem kawę i zwijałem sprzęt pod daszkiem. Opuścić kemping mogłem i tak o 8.00, bo o tej godzinie umówiłem się z gospodarzem. Wieczorem już go nie było, więc płaciłem z rana. I tak jak późno się ten dzień zaczął, tak też się i wlókł. Sporo czasu umknęło, abym mógł się wreszcie spotkać z Poulem. Trochę mnie szukał. Koordynacja prowadzona była z Polski, przez Romana. Za to, gdy już się zeszliśmy, to mogłem zasiąść do śniadania przywiezionego przez Poula. Piknik w dworcowej poczekalni! Tam były ławki. Nie za dużo, ale wymieniliśmy podstawowe informacje. Poul dołączy do mnie na fragment trasy. I chyba będzie to jutro. Zobaczymy. Później najnormalniej usypiałem na trasie. Nie jeden kierowca brał mnie pewnie za pijanego. Aż pszyszedł moment, że rozłożyłem kurtkę i zdrzemnąłem się. Jak się okazało, kilkaset metrów od nadmorskiego kurorciku. Bo szedłem w stronę wybrzeża. Ujrzałem więc dziś cieśninę duńską. Teraz już do końca Dani będę szedł wybrzeżem. Byleby żwawiej niż dziś. Ożywiła mnie i to bardzo wieść od syna. Rok kończy ze średnią 4,43. To bardzo dobra średnia. Oj, łechce to bardzo moją ojcowską dumę. Do każdej dziesiątki Różańca dokładam jedno Pozdrowienie Anielskie właśnie za niego. Tyle mogę. I chcę. Mimo śniętego dnia i bolących, jakby bardziej, nóg, normę przeszedłem. Leżę w namiocie i słucham, jak deszcz bębni o tropik. Namiot jest dobry. Dziękuję ci Lucynko zań bardzo, bardzo! Tylko jak ja go jutro zwinę?


28.06.2012
Wczoraj szło się świetnie, no to dzś nie szło iść. To tak dla urozmaicenia widać. Pogoda fajna, a ciśnienia brak. Wciąż bym tylko stawał i odpoczywał. Ale człapałem. Akcent dnia to zatrzymujące się auto, gość około czterdziestki, wręcza mi buteleczkę koli. Ot, tak! Czy normalnie ludzie zatrzymują się, aby coś komuś wręczyć? Co nim powodowało? Każdy niech sam szuka odpowiedzi. Teraz jeszcze Poul. Duńczyk, poznany przez Romana w Asyżu. Seria SMS-ów, a nawet jeden telefon do mnie. Tylko że ja... Za tłumacza trzeba było Romana. A Poul chce dołączyć do mnie, choćby na pół dnia. Ma to nastąpić jutro. No to do zobaczenia Poul! Tymczasem robię coś, czego bardzo nie lubię robić. Sam dodaję sobie kilometry. Muszę się jednak dziś wykąpać. Po dwóch dniach intensywnej drogi i noclegu w dziennych ciuchach... Obieram więc kurs na Mariager, choć to oznacza +8 km., jak obliczyłem. Ale za to nazwa miasteczka bardzo mi się podoba.

27.06.2012
Wstaję pierwszy. Muszę prócz brody ogolić i głowę. No i koniecznie wypić kawę. Pożegnanie męskie. Strzała, uścisk i basta. Na powtórne odwiedziny zaproszenie dostałem już pierwszego dnia i wczoraj. Arek do pracy, a ja w drogę. Od rana świetna pogoda. Nie idę, lecz mnie niesie. W Skanderborgu podchodzi do mnie człowiek i mówi coś po angielsku. Wyłapałem, że chodzi o Włochy z ubiegłego roku. Potwierdzam - tak, byłem. Okazuje się, że spotkaliśmy się na szlaku do Rzymu. I pierwszy raz byłem zażenowany swoją ignorancją lingwistyczną. Człowiek mi mówi co, gdzie i jak, a mi obwody się przepalają od intensywności próby zrozumienia. Powoli jednak zacząłem sobie przypominać. Poprosiłem o wpisanie imienia, abym mógł spotkanie opisać. I oto osobista notatka brata-pielgrzyma: "Peter pellegrino danese Balsena". Balsena to miasto, w którym nocowaliśmy w jednym alberge. Stwierdziłem, że mały ten świat. Peter przytaknął oczywiście. Głupio mi było, że nie potrafię swobodnie pogadać, więc pożegnaliśmy się i poszedłem dalej. Gdy ochłonąłem, uderzyłem się w czoło: czemu nie dałem Peterowi tałki?! Ależ matołek ze mnie! Choć tak mogłem odpowiedzieć na tą radość, z jaką Peter mnie witał. No to też pielgrzym przecież. Przepraszam, Peter! Trudno. Trzeba iść dalej. Tylko jak długo można iść? Jak nie ma kempingu po drodze, to naprawdę długo. W końcu ma się dość i desperackie pomysły przychodzą do głowy. Zacząłem się rozglądać za takim lasem, w którym mógłbym się ukryć. A dokładnie to namiot, bo te w Dani można rozbijać wyłącznie na polach namiotowych. Przy pewnym zjeździe do lasu wydało mi się, że coś prześwituje przez drzewa. Liczyłem na jakąś opuszczoną leśną szopę. I prawie trafiłem. Trafiłem na zaplecze gospodarcze bodajże robotników leśnych. Barakowóz, mimo że chyba był otwarty, zostawiłem w spokoju. Spanie rozłożyłem na ławie, przy której spożywano posiłki. Całość osłonięta była foliowym namiotem, więc nic więcej nie potrzebowałem. Jedynym problemem, były muszki i komary. Uratował mnie mój kapelusz. Ma on w bocznych ściankach zamontowane wywietrzniki, czyli metalowe kółeczka z bardzo drobną siateczką. Oddychać można było przez to swobodnie. Kapelusz na twarz, boki ściągnięte kapturem śpiwora, i dobranoc. I ani jednego ukąszenia!


26.06.2012
Dzień pracy. Nie na trasie, ale jednak dla pielgrzymki. Wreszcie miałem dostęp do internetu. I nawet osobiście uzupełniłem dziennik pielgrzyma. Z tym, że Grzesiu, spec i mój dobroczyńca od tych tematów, i tak musiał robić poprawki. Posprawdzałem za to wszystko, co do sprawdzenia w sieci miałem. Arek oprowadził mnie po odpowiednich sklepach. Kupiłem oponki, gaziki, maść na pięty (fenomenalny linomag kończy się), a także krótkie spodenki. Te ostatnie w miejsce tych, które dokończyły żywota na trasie, podobnie jak pierwszy komplet opon. Musiałem też być w dwóch szczególnych miejscach. Pierwsze to wyeksponowane armaty, które zapisały się w historii miasta, a dzisiaj będąc w Horsens, nie można nie mieć przy nich zdjęcia. Drugie miejsce i zdjęcie to zerowy punkt miasta. Nie widziałem nigdzie indziej punktu określającego dokładnie środek miejscowości. Sporo do zrobienia było tego dnia, więc ja się zająłem naprawą kół, dalszymi sprawkami w sieci, a chrześniak obiadem. Do obiadku była bajka. A jak! Szkoda, że Ümyt nie przyszedł na obiad, choć był zaproszony. Przyszedł po pracy, wieczorem. Arek znowu za tłumacza. Ümyt jest muzułmaninem. Siłą rzeczy rozmowy od mojej pielgrzymki zeszły na religie w ogóle. Kontrowersji żadnych. Identycznego widzenia świata dużo. Chrześniakowi, gospodarzowi przyjmującemu po królewsku pielgrzyma, wręczyłem oczywiście tałkę. Nie mogłem nie obdarować nią jego przyjaciela, z którym duchowe porozumienie w wierze w jednego Boga poprostu wisiało w powietrzu. Jednak to Ümyt mnie powalił w tamtej chwili. On też miał dla mnie podarek. Małą kaletkę, zawieszaną na rzemyku na szyi. A w niej... cytat z Koranu z błogosławieństwem Bożym dla wędrowca. Autentycznie zaniemówiłem. To bardzo znaczący symbol osobistego sprzyjania człowieka człowiekowi. Inne wyznanie nie tylko nie przeszkadza w relacjach, lecz na tym przykładzie udowadnia jak żyć wartościami religijnymi w praktyce. Wartościami właściwymi dla obu wyznań zresztą. A potem jeszcze dość długo padały pytania z mojej strony i rozmowy o wierze. Najciekawsze było, to gdy niemal jednocześnie wskazaliśmy na Arka, mówiąc, że cała ta rozmowa w rzeczywistości trwa tylko dla niego. Arek, niestety, nie należy do żyjących w zgodzie z wiarą. Za to i ja dostanę do odpokutowania. Nie jestem najlepszym ojcem chrzestnym. Dziś jednak uczestniczy w katechezie, gdy jego przyjaciel i chrzestny rozmawiali o Bogu. Gdy Ümyt musiał już iść, pożegnaliśmy się serdecznie, padając sobie w ramiona. Cudowny dzień!


25.06.2012
Dzień, który ma być tylko spokojny i przyjemny. Do przejścia 25 km. Bo idę tylko do Horsens. Tam mieszka mój bratanek. To mój chrześniak, Arek. Cieszyłem się na te odwiedziny od dawna. Droga jest po prostu przyjemna. Na rogatkach sms: kiedy będziesz i co potrzebujesz? Będę za niecałą godzinę, potrzebna wanna z gorącą wodą. Ulica okazała się krótka, dotarłem w pół godziny. Serdeczny miś i do domu. A tam kanapa. Nogi na oparcie, poduszka pod głowę. Leż sobie stary i wypoczywaj. Herbatka już się robi. A potem rozmowy i plany na jutro. Na śniadanie jajecznica! Tylko telefon do szefa, o dzień wolny w pracy. Po 16. jestem zaproszony do "chińczyka" na potrawy azjatyckie bez limitu. Smacznie, wreszcie obficie i nastrojowo. Dołączył do nas przyjaciel Arka, Ümyt. Jego tato pochodzi z Turcji. Arek ma do wypełniania mało wdzięczną fuchę tłumacza. Dziś nie za długo. Umawiamy się na jutro, na obiad, który ma przygotować mój chrześniak. Tego dnia nic nie zrobiłem, choć miałem poczynić przynajmniej przygotowania i plany jutrzejszych napraw i zakupów. Gadaliśmy. Obejrzałem też sentymentalny film. To chyba nie grzech na szlaku pielgrzymim?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz