środa, 11 lipca 2012

Dziennik 10.07.2012 - 30.06.2012

10.07.2012
Cofnę się jednak do 8-go, do dnia wyjścia z Vadsteny. Wiele nie przeszedłem, ale skoro rozpocząłem drogę w południe, no to te 30km. i tak jest zadowalające. Doszedłem do wioseczki lub nawet czegoś mniejszego. Zauważyłem otwartą stajnię. Pytam człowieka, krzątającego się nieco wcześniej przy domku, czy mogę tam przenocować. Okazało to się jego własnością. Obawiał się. Obejrzał paszport, ulotkę, paszport pielgrzyma. W końcu jednak się zgodził. Zapytał tylko, czy palę. Chyba nie interesował się zbytnio kwestiami wiary, ale później już się rozkręcił i chętnie oprowadzał po stajni. Spałem na stryszku, na słomie, nad pustymi boksami. W nocy była rozmowa z programem czwartym Polskiego Radia. I kontakt z Romanem w studio. Po przespanej nocy droga do Askersund. Poziomki rosnące wzdłuż niemal całej drogi, próbowały mnie zatrzymać. Ze trzy razy im się udało. Co więcej, to choć ciężko było, nie dałem się. Był też dzień śpiewu. Często śpiewam, ale tego dnia... Mam parę ulubionych tekstów. I niesamowicie modliło mi się nimi. Jeszcze to przerobię. W Askersund, w biurze turystycznym, przesympatyczny i uczynny chłopak, znający kilka polskich słów, skierował mnie na kemping. Obawiałem się tego. Chmury źle wróżyły. No, troszkę poprzemawiałem do Opatrzności, ludzkimi argumentami się podpierając, ale to wystarczyło. Nie padało całą noc. Wstałem tuż po 5. Już sobie wyobrażałem, ile to kilometrów dziś zrobię. I nadrobię, bo wczoraj nie poszedłem dalej, za miasto, mimo że miałem ledwie 45km. na liczniku. Tymczasem... Tak pięknie byłem zwinięty! Tylko zaparzyć kawę, a potem się iść golić. Tylko gdzie ja mam klucz magnetyczny do wszystkich drzwi? Szukam. Szukam. Wreszcie zerkam do kuchni, bo tam zostawiłem na noc wózek. I jest! Znalazłem. Leżał sobie na stole. Zamknięty w tej kuchni! Co za typek ze mnie! Wstawiając wózek, klucz położyłem na stole i nie wziąłem, wychodząc. I teraz totalny impas. Wszyscy dookoła śpią. A ja uziemiony. Wyobraźcie sobie, jak się we mnie kotłowało. Tak chciałem wcześnie iść! Musiałem pokornie czekać. To była próba! Po półtora godzinnym oczekiwaniu otworzył mi pan porządkujący. To był pierwszy sygnał tego dnia, że nie muszę tak gnać. Bo ostatecznie jako taki znak to odczytuję. Później wstąpiłem do kościoła ewangelickiego po pieczątkę. Na marginesie przepięknego, drewnianego kościoła. I co? I trafiam na sam początek mszy. Usiadłem i cierpliwie czekałem. Bardzo mi się podobały śpiewy. Bardzo dobrze grał na pianinie młody muzyk. Dostałem zaproszenie na kawę, ale tę niewiele wcześniej piłem. Poczucie straconego czasu grało gdzieś we mnie. Nie bardzo umiałem się z tym pogodzić. Kwintesencja to końcówka dnia. Na wlocie do miasteczka Svartå stały opuszczone domy. Mogłem się w nich zainstalować. Były przecież darem z nieba. Tyle razy prosiłem o taki nocleg. Stały jak zaproszenie. Popatrzyłem w telefon - 42km. Rozterka. Tak mało... No, ale takie noclegowisko... Nie przyjąłem daru. Poszedłem dalej. A kilometr dalej zaczęło padać. Na początek. Bo gdy wszedłem do miasta, to po prostu lało. Takiego deszczu jeszcze nie przerabiałem. Byłem kompletnie przemoczony. I tak człapałem, nie wiedząc co w tej sytuacji zrobić. Mówiłem tylko: dobrze, Panie Boże, przepraszam za upór i nieodczytywanie Twojej woli. No i ulitował się Bóg. Wpierw skinieniem zaprosił mnie na ganek swojego domu Fin, mieszkający tutaj, a potem zaprowadził do Polaków. Sławek z kolegą pracują w Szwecji od kilku lat. Początkowo, na moją prośbę, pozwolił mi rozlokować się na noc w pustawej przydomowej szopce narzędziowej. Poszedłem więc po wózek, bo został na werandzie. A żeby było wesoło, to uczynny fin wcisnął mi jeszcze 100 koron! Czyli zaprosił pod dach, w deszczu zaprowadził do Polaków, a potem jeszcze obdarował groszem. Sławek też mnie zaskoczył. Szopka była dla mnie pałacem. Ale on przyszedł i powiedział, że właściwie to mogę nocować w sąsiednim, remontowanym mieszkaniu. Teraz to już nie rozumiałem opatrzności. Tak się zmienia nastrój i rzeczywistość. Noc w łóżku. Dzisiaj nie galopuję. Zrobiłem do 13.00 dwadzieścia-parę km. A teraz cierpliwie to wszystko opisuję, bo mam darmowe wi-fi, aby wysłać do Grześka, aby wrzucił na stronę, żeby się z Wami podzielić. Zaraz, zaraz! Już prawie 16.oo... A ja mam zaledwie 20km..? Jeju! W drogę!


30.06.2012
Rzeczywiście, parę dni na raz. Tyle się działo i tylko byłem zbyt zmęczony, by zapisać. To, co pamiętam, przywołuję. Fenomenalnie przydały się spodenki kupione w Horsens. Zasłoniły mi łydki dotkliwie poparzone przez słońce. A Arek się z nich śmiał! Bo słońce zdarza się na trasie. Zdarza też się zmoknąć. Drugi raz przemokłem w drodze do Frederikshavn. Poul czekał za to na mnie ze śniadaniem. Do wspólnej drogi nie doszło, ale pojedliśmy razem i razem przywitaliśmy księdza Mikołaja. Wysiadając z auta, zobaczył polską flagę przy moim wózku i pierwszy przywitał nas, mówiąc "szczęść Boże!". Porozmawialiśmy, podbił mi paszport, a potem przypomniał modlitwę doskonałą z książki "Pielgrzym". Z pokoju gościnnego nie skorzystałem. Za mało czasu było na spanie. I tak zaniedbałem nieco Poula. Ostatecznie, w jednej ławce, doczekaliśmy się mszy. Poul, ewangelik, rozumiał liturgię, bo była po duńsku. Ja, katolik, musiałem podpierać się "Oremusem". Co ciekawe, na mszy najwięcej było Cejlończyków z pochodzenia. A po uczcie sakramentalnej trzeba było zadbać o bilet na prom do Geteborga. I tu nasz duński przyjaciel okazł się być mężem opatrznościowym. Prowadził cały dialog przy kasie, a gdy okazało się, że przez internet bilet jest o połowę tańszy, zabrał mnie do swojego przyjaciela i tam dokonał transakcji. Oczywiście w duńskim, więc ja sam nie miałbym szans. Więcej! Poul wyłożył bez wahania należność, gdy z mojej karty nie chciało pobrać. Przyjaciel Poula opiekuje się kościołem ewangelickim w Frederikshavn. Pojechaliśmy tam zrobić kilka zdjęć. Wcześniej myślałem, że będziemy na mszy. Ale Polowi bardzo zależało na samej, wspólnej obecności w jego świątyni. Poprosili mnie też, abym odmówił modlitwę. Pomodliłem się na głos Modlitwą Pańska, a moi przyjaciele uczestniczyli w niej w skupieniu. Byli bardzo przejęci. Aż się dziwiłem. Tak jak wtedy, gdy Poul napisał mi, że w Hals, przy kościele, czeka na mnie "prist". Kościół był ewangelicki. Nikogo tam nie było, więc poszedłem do domu pastora. Pytam spotkanego na ogródku mężczyznę, a on mi, że pastor to jego żona. Pierwszy raz rozmawiałem z "proboszczem" kobietą. Sofii (fonetycznie) odniosła się bardzo radośnie i poprosiła o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć. Zastanawiam się, do czego te wszystkie zdjęcia? Choć... faktycznie, to ja robię błąd, tak mało fotografując ludzi na drodze pielgrzymki. Dobrze, że Poul przesłał swoje foty Romanowi. W tym też te z cypla duńskiego, przy którym Bałtyk spotyka się z Morzem Północnym. Poul bardzo się starał, aby czas do promu do Szwecji jak najbardziej mi uatrakcyjnić. W końcu jednak trzeba było się rozstać. Przysnąłem sobie w pustej poczekalni, bo prom miałem o 3.45, a potem jeszcze z połowę trzech godzin rejsu. W Geteborgu, po tradycyjnym śródmiejskim błądzeniu, dotarłem do cioci. Spędziłem z nią cały dzień. Zaprowadziła mnie do Polskiej Misji Katolickiej, gdzie podbiłem pielgrzymi paszport, ale nie poprosiłem o wykaz kościołów katolickich w Szwecji. To by było duże ułatwienie w dalszej drodze. Następnego dnia wyruszyłem bez wykazu, ale za to z niezwykłym animuszem. Dużo energi dodała mi ta wizyta i spotkanie po latach. Szkoda jednak, że tej energii pokaźną dozę straciłem na błądzenie po pewnym parku, biegnącym wzdłuż drogi nr 40. Owa 40. stała się moim koszmarem. Otóż na mapie zaznaczona jest jako droga krajowa, czyli taka, po której wolno mi się poruszać. W rzeczywistości zautostradziła się, a to mnie kompletnie wybiło z rytmu. Strach blady padł na mnie. Nawigacja w moim telefonie pokazywała drogi zastępcze tak pokręcone, że nie do ogarnięcia. Wydłużające okropnie całą drogę, a na dodatek w wielu miejscach nie było widać połączeń między nimi. Tak mnie zaskoczyła Szwecja. Nie miałem nic do stracenia i szedłem przez ten park, bo alejka początkowo biegła blisko 40. Długo to nie twrało. Potem była tylko niepewność. I natrętna myśl, czy poruszając się takimi obejściami, mam jakąkolwiek szansę zdążyć do Trondheim na 29 lipca, na święto Olafa. Opatrzność jednak prowadzi. Po swojemu! Wyszedłem na lokalną drogę, gdzie po kilku kilometrach zatrzymało się przy mnie autko typu osobowo-dostawcze. Po polsku kto ja, co ja? Ano tak i siak. Po chwili propozycja nie do odrzucenia. Przewiozą mnie przez odcinek autostrady, na którym kończy się moja droga. Tak na nową pułapkę odpowiedziała opatrzność! W drodze było jeszcze lepiej. Dostałem zaproszenie na rosół! Godzinę wcześniej głowa pełna katastroficznych myśli i niemal rezygnacji, a teraz coś tak mało realnego tutaj, jak polski rosół. Jolanta, niesamowicie zażywna osoba, mieszka w Szwecji od prawie 40 lat. Jechała z pasierbem wywieść rzeczy nie potrzebne w domu i widząc piechura z polską flagą, zagadnęli. Pogadaliśmy. Przyjęli medaliki z Niepokalanowa, bo są wierzącymi Polakami. Potem pokazali mi drogę lokalną, która ma mnie zawieść do Boros, dużego miasta na mojej nieszczęśliwej 40-ce. Cdn?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz