Cofnę się jednak do 8-go, do dnia
wyjścia z Vadsteny. Wiele nie przeszedłem, ale skoro rozpocząłem
drogę w południe, no to te 30km. i tak jest zadowalające.
Doszedłem do wioseczki lub nawet czegoś mniejszego. Zauważyłem
otwartą stajnię. Pytam człowieka, krzątającego się nieco
wcześniej przy domku, czy mogę tam przenocować. Okazało to się
jego własnością. Obawiał się. Obejrzał paszport, ulotkę,
paszport pielgrzyma. W końcu jednak się zgodził. Zapytał tylko,
czy palę. Chyba nie interesował się zbytnio kwestiami wiary, ale
później już się rozkręcił i chętnie oprowadzał po stajni.
Spałem na stryszku, na słomie, nad pustymi boksami. W nocy była
rozmowa z programem czwartym Polskiego Radia. I kontakt z Romanem w
studio. Po przespanej nocy droga do Askersund. Poziomki rosnące
wzdłuż niemal całej drogi, próbowały mnie zatrzymać. Ze trzy
razy im się udało. Co więcej, to choć ciężko było, nie dałem
się. Był też dzień śpiewu. Często śpiewam, ale tego dnia...
Mam parę ulubionych tekstów. I niesamowicie modliło mi się nimi.
Jeszcze to przerobię. W Askersund, w biurze turystycznym,
przesympatyczny i uczynny chłopak, znający kilka polskich słów,
skierował mnie na kemping. Obawiałem się tego. Chmury źle
wróżyły. No, troszkę poprzemawiałem do Opatrzności, ludzkimi
argumentami się podpierając, ale to wystarczyło. Nie padało całą
noc. Wstałem tuż po 5. Już sobie wyobrażałem, ile to kilometrów
dziś zrobię. I nadrobię, bo wczoraj nie poszedłem dalej, za
miasto, mimo że miałem ledwie 45km. na liczniku. Tymczasem... Tak
pięknie byłem zwinięty! Tylko zaparzyć kawę, a potem się iść
golić. Tylko gdzie ja mam klucz magnetyczny do wszystkich drzwi?
Szukam. Szukam. Wreszcie zerkam do kuchni, bo tam zostawiłem na noc
wózek. I jest! Znalazłem. Leżał sobie na stole. Zamknięty w tej
kuchni! Co za typek ze mnie! Wstawiając wózek, klucz położyłem
na stole i nie wziąłem, wychodząc. I teraz totalny impas. Wszyscy
dookoła śpią. A ja uziemiony. Wyobraźcie sobie, jak się we mnie
kotłowało. Tak chciałem wcześnie iść! Musiałem pokornie
czekać. To była próba! Po półtora godzinnym oczekiwaniu otworzył
mi pan porządkujący. To był pierwszy sygnał tego dnia, że nie
muszę tak gnać. Bo ostatecznie jako taki znak to odczytuję.
Później wstąpiłem do kościoła ewangelickiego po pieczątkę. Na
marginesie przepięknego, drewnianego kościoła. I co? I trafiam na
sam początek mszy. Usiadłem i cierpliwie czekałem. Bardzo mi się
podobały śpiewy. Bardzo dobrze grał na pianinie młody muzyk.
Dostałem zaproszenie na kawę, ale tę niewiele wcześniej piłem.
Poczucie straconego czasu grało gdzieś we mnie. Nie bardzo umiałem
się z tym pogodzić. Kwintesencja to końcówka dnia. Na wlocie do
miasteczka Svartå stały opuszczone domy. Mogłem się w nich
zainstalować. Były przecież darem z nieba. Tyle razy prosiłem o
taki nocleg. Stały jak zaproszenie. Popatrzyłem w telefon - 42km.
Rozterka. Tak mało... No, ale takie noclegowisko... Nie przyjąłem
daru. Poszedłem dalej. A kilometr dalej zaczęło padać. Na
początek. Bo gdy wszedłem do miasta, to po prostu lało. Takiego
deszczu jeszcze nie przerabiałem. Byłem kompletnie przemoczony. I
tak człapałem, nie wiedząc co w tej sytuacji zrobić. Mówiłem
tylko: dobrze, Panie Boże, przepraszam za upór i nieodczytywanie
Twojej woli. No i ulitował się Bóg. Wpierw skinieniem zaprosił
mnie na ganek swojego domu Fin, mieszkający tutaj, a potem
zaprowadził do Polaków. Sławek z kolegą pracują w Szwecji od
kilku lat. Początkowo, na moją prośbę, pozwolił mi rozlokować
się na noc w pustawej przydomowej szopce narzędziowej. Poszedłem
więc po wózek, bo został na werandzie. A żeby było wesoło, to
uczynny fin wcisnął mi jeszcze 100 koron! Czyli zaprosił pod dach,
w deszczu zaprowadził do Polaków, a potem jeszcze obdarował
groszem. Sławek też mnie zaskoczył. Szopka była dla mnie pałacem.
Ale on przyszedł i powiedział, że właściwie to mogę nocować w
sąsiednim, remontowanym mieszkaniu. Teraz to już nie rozumiałem
opatrzności. Tak się zmienia nastrój i rzeczywistość. Noc w
łóżku. Dzisiaj nie galopuję. Zrobiłem do 13.00 dwadzieścia-parę
km. A teraz cierpliwie to wszystko opisuję, bo mam darmowe wi-fi,
aby wysłać do Grześka, aby wrzucił na stronę, żeby się z Wami
podzielić. Zaraz, zaraz! Już prawie 16.oo... A ja mam zaledwie
20km..? Jeju! W drogę!
30.06.2012
Rzeczywiście, parę dni na raz. Tyle
się działo i tylko byłem zbyt zmęczony, by zapisać. To, co
pamiętam, przywołuję. Fenomenalnie przydały się spodenki kupione
w Horsens. Zasłoniły mi łydki dotkliwie poparzone przez słońce.
A Arek się z nich śmiał! Bo słońce zdarza się na trasie. Zdarza
też się zmoknąć. Drugi raz przemokłem w drodze do Frederikshavn.
Poul czekał za to na mnie ze śniadaniem. Do wspólnej drogi nie
doszło, ale pojedliśmy razem i razem przywitaliśmy księdza
Mikołaja. Wysiadając z auta, zobaczył polską flagę przy moim
wózku i pierwszy przywitał nas, mówiąc "szczęść Boże!".
Porozmawialiśmy, podbił mi paszport, a potem przypomniał modlitwę
doskonałą z książki "Pielgrzym". Z pokoju gościnnego
nie skorzystałem. Za mało czasu było na spanie. I tak zaniedbałem
nieco Poula. Ostatecznie, w jednej ławce, doczekaliśmy się mszy.
Poul, ewangelik, rozumiał liturgię, bo była po duńsku. Ja,
katolik, musiałem podpierać się "Oremusem". Co ciekawe,
na mszy najwięcej było Cejlończyków z pochodzenia. A po uczcie
sakramentalnej trzeba było zadbać o bilet na prom do Geteborga. I
tu nasz duński przyjaciel okazł się być mężem opatrznościowym.
Prowadził cały dialog przy kasie, a gdy okazało się, że przez
internet bilet jest o połowę tańszy, zabrał mnie do swojego
przyjaciela i tam dokonał transakcji. Oczywiście w duńskim, więc
ja sam nie miałbym szans. Więcej! Poul wyłożył bez wahania
należność, gdy z mojej karty nie chciało pobrać. Przyjaciel
Poula opiekuje się kościołem ewangelickim w Frederikshavn.
Pojechaliśmy tam zrobić kilka zdjęć. Wcześniej myślałem, że
będziemy na mszy. Ale Polowi bardzo zależało na samej, wspólnej
obecności w jego świątyni. Poprosili mnie też, abym odmówił
modlitwę. Pomodliłem się na głos Modlitwą Pańska, a moi
przyjaciele uczestniczyli w niej w skupieniu. Byli bardzo przejęci.
Aż się dziwiłem. Tak jak wtedy, gdy Poul napisał mi, że w Hals,
przy kościele, czeka na mnie "prist". Kościół był
ewangelicki. Nikogo tam nie było, więc poszedłem do domu pastora.
Pytam spotkanego na ogródku mężczyznę, a on mi, że pastor to
jego żona. Pierwszy raz rozmawiałem z "proboszczem"
kobietą. Sofii (fonetycznie) odniosła się bardzo radośnie i
poprosiła o pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć. Zastanawiam się,
do czego te wszystkie zdjęcia? Choć... faktycznie, to ja robię
błąd, tak mało fotografując ludzi na drodze pielgrzymki. Dobrze,
że Poul przesłał swoje foty Romanowi. W tym też te z cypla
duńskiego, przy którym Bałtyk spotyka się z Morzem Północnym.
Poul bardzo się starał, aby czas do promu do Szwecji jak
najbardziej mi uatrakcyjnić. W końcu jednak trzeba było się
rozstać. Przysnąłem sobie w pustej poczekalni, bo prom miałem o
3.45, a potem jeszcze z połowę trzech godzin rejsu. W Geteborgu, po
tradycyjnym śródmiejskim błądzeniu, dotarłem do cioci. Spędziłem
z nią cały dzień. Zaprowadziła mnie do Polskiej Misji
Katolickiej, gdzie podbiłem pielgrzymi paszport, ale nie poprosiłem
o wykaz kościołów katolickich w Szwecji. To by było duże
ułatwienie w dalszej drodze. Następnego dnia wyruszyłem bez
wykazu, ale za to z niezwykłym animuszem. Dużo energi dodała mi ta
wizyta i spotkanie po latach. Szkoda jednak, że tej energii pokaźną
dozę straciłem na błądzenie po pewnym parku, biegnącym wzdłuż
drogi nr 40. Owa 40. stała się moim koszmarem. Otóż na mapie
zaznaczona jest jako droga krajowa, czyli taka, po której wolno mi
się poruszać. W rzeczywistości zautostradziła się, a to mnie
kompletnie wybiło z rytmu. Strach blady padł na mnie. Nawigacja w
moim telefonie pokazywała drogi zastępcze tak pokręcone, że nie
do ogarnięcia. Wydłużające okropnie całą drogę, a na dodatek w
wielu miejscach nie było widać połączeń między nimi. Tak mnie
zaskoczyła Szwecja. Nie miałem nic do stracenia i szedłem przez
ten park, bo alejka początkowo biegła blisko 40. Długo to nie
twrało. Potem była tylko niepewność. I natrętna myśl, czy
poruszając się takimi obejściami, mam jakąkolwiek szansę zdążyć
do Trondheim na 29 lipca, na święto Olafa. Opatrzność jednak
prowadzi. Po swojemu! Wyszedłem na lokalną drogę, gdzie po kilku
kilometrach zatrzymało się przy mnie autko typu osobowo-dostawcze.
Po polsku kto ja, co ja? Ano tak i siak. Po chwili propozycja nie do
odrzucenia. Przewiozą mnie przez odcinek autostrady, na którym
kończy się moja droga. Tak na nową pułapkę odpowiedziała
opatrzność! W drodze było jeszcze lepiej. Dostałem zaproszenie na
rosół! Godzinę wcześniej głowa pełna katastroficznych myśli i
niemal rezygnacji, a teraz coś tak mało realnego tutaj, jak polski
rosół. Jolanta, niesamowicie zażywna osoba, mieszka w Szwecji od
prawie 40 lat. Jechała z pasierbem wywieść rzeczy nie potrzebne w
domu i widząc piechura z polską flagą, zagadnęli. Pogadaliśmy.
Przyjęli medaliki z Niepokalanowa, bo są wierzącymi Polakami.
Potem pokazali mi drogę lokalną, która ma mnie zawieść do Boros,
dużego miasta na mojej nieszczęśliwej 40-ce. Cdn?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz