niedziela, 22 lipca 2012

Dziennik od 21.07 do 19.07


21.07.12
Co mnie obudziło? Oczywiście zimno, ale bardziej moją uwagę zwróciło słońce, rozświetlające cały namiot, jeszcze promienniej niż wieczorem. Całą noc nie padało! Tu faktycznie wykrzyknik się należy, bo już zapomniałem, kiedy taka noc była. W Drevsjø, 19., na deszcz patrzyłem przez okno, bo nocowałem w prywatnym domu wynajmującym pokoje. Zaskoczyła mnie cena na tablicy przed domem. 200 koron w przeliczeniu na polskie warunki to nie mało, ale w Norwegii i owszem - mało. Po dwóch nocach w polu tak pragnąłem prysznica... No i stały argument, czyli ładowanie baterii telefonu. A całkiem ekstra wyłapałem darmowe Wi-Fi, o urywającym się sygnale, ale cośtam przesłać do Grześka i Jarka mi się udało. Wracam do dziś. Słońce. Od rana. I tak się potoczył cały dzień. Jako jasność. Nie zrywałem się. Poleżałem. Poprzewracałem się z boku na bok. Daaawno tak nie było. Tym bardziej w namiocie. Drogę rozpocząłem około 9.oo. To już w ogóle fanaberia. I jeszcze ten jasny świat. Piękny. Już nie tylko wzgórza, lecz góry w oddali. Las. Cisza. Aż nie chciało się tego spokoju burzyć, nawet modlitwą. Gdy jednak zacząłem się modlić... Nie potrafię przekazać owego stanu ducha. Nie często to się zdarza. A może pierwszy raz mi się przydarzyło w tej pielgrzymce... Byłem duchem naprawdę w innej rzeczywistości. I nie chodzi o wzruszenia towarzyszące wznoszeniu się ku niebiosom. Świadomość wolności przez wiarę, zaufanie... nie, no nie ma właściwych określeń. Myślę, że najwięcej powiem, mówiąc: przez chwil kilka byłem człowiekiem wierzącym w Boga nie umysłem, lecz całym jestestwem. Amen! Zrobiłem dziś 40km., bo jutro niedziela i chcę dotrzeć do Røros, większego miasta. Nawet jeśli nie ma tam kościoła katolickiego, to może uda mi się trafić na „mszę” ewangelicką. Dzień kończy się ciekawie. Kemping przed miejscowością Narbuvoll. Tylko że bez recepcji. Ot, pole namiotowe przy plaży przy jeziorze. I nikogo poza mną. Budka normalnie służąca za kuchenkę będzie tej nocy moim domkiem kempingowym. Mam jednak poważny dylemat. Przeczytałem, że za nocleg powinienem wrzucić 40 koron do skrzyneczki, a ja mam całą stówkę. Ktoś o to wszystko dba. Kuchenka, toalety, trawa skoszona, ławy do posiłków. I nawet łódka do dyspozycji (nikt nie pilnuje!). No trzeba zapłacić. Inaczej czułbym się jak złodziej. Tylko jak to zrobić?


19-20.07.12
Nawet Grześ mi zwrócił uwagę, że powinienem coś napisać. Swoją drogą ciekawe, czy w ogóle ktoś to czyta? No ale coś napiszę. Trzeci już nocleg w Norwegii. Pierwszy normalny. Wysyłam Jarkowi i Grześkowi też filmiki i notatki głosowe, ale nie miałem okazji sprawdzić, czy są na naszej stronie (przyp. G i J - niestety, filmiki nie dotarły z powodu zbyt dużego rozmiaru). Chłopaki absolutnie grzecznościowo wrzucają na stronkę materiał przesłany przeze mnie, więc wdzięczny jestem za wszystko, co się tam ukaże. Tym bardziej że wiem, że choćby ze zdjęciami były jakieś problemy. A na filmikach widać to, jak sypiam na przykład. No i inne ciekawostki. Nie zawsze pamiętam, aby zrobić fotę, choć ciekawe tematy się trafiają. W Trysil aż dwa wypchane niedźwiedzie widziałem i z żadnym nie pstryknąłem sobie foty. Błąd! Zresztą przesympatyczna pani z biura obsługi turystów nastraszyła mnie - nie zaprzeczając, że niedźwiedzi nie ma w tej okolicy. Z jej gestykulacji wynikało, że może się przydarzyć takie spotkanie. A ja te dwie pierwsze noce spałem w lesie! Pierwszą w budce wędkarskiej, a drugą na przystanku autobusowym. Dziś natomiast, tuż przed Drevsjø, na drogę wybiegły dwa karibu. Ot, tak sobie, z lasu, między auta. I myślicie, że się mnie bały? Ba! Jedno obróciło się i nawet trochę podbiegło w moją stronę. A gdyby to był misiek... A w nocy śpię skrępowany śpiworem... Dobrze. Wystarczy. Miśków nie ma w tej części Norwegii. Jeśli, to dalej na północy. Za to są Polacy. Pracują i tu. Dwa razy z takimi się spotkałem. Lub przejeżdżają, bo mijały mnie auta z naszą rejestracją. To jednak nic przy Holendrach. Tych to wszędzie pełno. W Szwecji kupują domy, bo dużo ich do sprzedania. W Norwegii też codziennie mijają mnie na drodze, jadąc w obie strony. Poza tym wiadomo, Niemcy. W Norwegi też mnie pozdrawiają na drodze. Nawet kierowca tutejszego autobusu rejsowego. A dziś, 20., całą drogę moczył mnie siąpiący deszcz. Przestał łaskawie na czas posiłku. Szczęśliwie w jedynym miejscu na trasie, gdzie były stoły z ławkami. A tak, to cały czas marsz. No bo nie ma gdzie usiąść. Droga nie jest przewidziana na piechurów. Nie wiedzieli, że oto tędy właśnie będę pielgrzymował! A ja, idąc z wózkiem, omijam szlak Olafa biegnący przez góry. Idę dłuższą drogą, ale to nie problem. Problem jest odwrotny. Idę za szybko. Dziś wyliczyłem, że na wymiar to po niecałe 30km. dziennie powinienem iść. No ale jak to zrobić? Jak pada - to idę. Dziś, z tą jedną przerwą, przeszedłem 38km. Ciężki to był dzień. Nastrój miałem przeciwny temu, jaki winien grać w piersi pielgrzyma. Tylko użalanie i roszczenia. Klasyka! Coś nie po mojemu, to pretensje do Boga. A tymczasem przestało padać i do wieczora bylem suchy! Mało tego. Niebo się rozpogodziło. Przed samym Sømådalen stał kościół. Drewniany oczywiście. I domek, jako dom spotkań zapewne. Skryć się przed ewentualnym nocnym deszczem, to nie miałem gdzie. Wszystko było zamknięte i żadnego dachu, ale był na zewnątrz kontakt z prądem! I to był argument, aby przy kościele spędzić noc. Łyknąłem na noc pigułkę, a wcześniej sporo kropel Amola na cukrze. Czułem się podziębiony. Gdy usypiałem jednak, po zimnym, pochmurnym i słotnym dniu, słonko ogrzewało ścianę namiotu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz